Odpowiedzi forum utworzone

Przeglądasz 10 wpisów - od 11 do 20 (z 27)
  • Autor
    Wpisy
  • din
    Uczestnik
      Liczba postów: 30

      staram się być dobrej myśli choć już miewałem takie mniemanie o sobie, że jestem jakimś paranoikiem. Ja też oduczam się szukania winnych ale oto odkrywa się moja postać, czlowiek nie umiejący zadbać o siebie. Już wielu cech się doszukiwałem, autyzmu, lenistwa, wygodnictwa? ale nie, potrafię innym pomóc i mogę w mig podać dłoń nawet jak ktoś nie prosi ale sam nie widzę własnych potrzeb. Jestem dla siebie sam niewidzialny i to jest dla mnie bolesnym odkryciem które muszę jakoś naprawić.

      din
      Uczestnik
        Liczba postów: 30

        mariusz pisze o tym, o czym sam tu chciałem napisać:) wg mnie istota DDA polega właśnie na tym wpojonym, wyuczonym i zaobserwowanym strachu, wstydzie i braku odpowiedzialności za siebie, który przekazali nam rodzice (świadomie lub nieświadomie)
        Nie mam ubogich rodziców, natomiast ojciec, który jest uzależniony i sam jest zakompleksiony widocznie czuł się pewniej gdy mnie także utwierdzał w przekonaniu, że każde moje działanie należy skwitować ironicznym śmiechem. Efekt jest taki, że dziś mam mega stracha przed nowymi etapami w życiu, przed pracą, itp. Czuję się po prostu niepełny, nieadekwatny i niekompetenty, nie mówiąc o założeniu rodziny. I przy tym wszystkim, przy całej obojętności i mentalnym podcinaniu skrzydeł i osobowości (tak robi każdy uzależniony – nie chce, żeby dotychczasowe role się zmieniły i dlatego utrzymuje stagnację) nie skąpi mi pieniędzy! Nawet więcej! chce uzbierać na moje mieszkanie a ja tylko chciałbym od niego końca uzależnionego myślenia…I dlatego podwójnie czuję wstyd, bo mimo całego wewnętrznego konfliktu, mimo podciętej pewności siebie, trudno mi znaleźć pracę (strach przed ludźmi i nowymi sytuacjami) i przyjmuję pieniądze na utrzymanie i sam trwam na razie w dość patowej sytuacji.

        podsumowując: mój strach bierze się z tego, że dotałem takie sygnały i przekazy od rodziców oraz sam widziałem jak oni prowadzą swoje życie i jakimi schematami myślą i czynią. Stąd to całe męczenie buły jakim jest próba wydostania się ze szponów DDA.

        din
        Uczestnik
          Liczba postów: 30
          w odpowiedzi na: Ja DDA. #55704

          jest coś w tym, jest mega dużo kobiet a tak na prawdę mega dużo mężczyzn ma dda, bo przeważnie ojcowie piją. Kobiety jako istoty emocjonalne często szukają tu potwierdzenia czy czegoś, takie moje zdanie.
          Andrew, słuchaj na kłamstwie nie zbudujesz niczego, u mnie kłamanie wzięło się stąd, że naginając rzeczywistość mówiłem kolegom w szkole że u mnie jest ok, nie mam marazmu, że życie poza szkołą prowadzę urozmaicone, itp. Chciałem oszukać rzeczywistość alkoholowej rodziny, poza tym od ojca naśladowałem zaprzeczenia skoro on podpity wyśmiewa mnie jak mu mówię że jest podpity. Jaki to może dać efekt? rozumiem cię.
          Jeśli masz choć troszkę wolnego czasu, znajdź ośrodek uzależnień, grupę wsparcia ->w grupie ludzi o tym samym problemie możesz cyklicznie wydusić to wszystko co ciebie trapi i niszczy. To najlepszy katalizator zdrowego umysłu i otrzeźwienia ze starych nawyków:) polecam!

          co do notorycznego kłamania lektura:
          http://chomikuj.pl/Chomik.aspx?id=dda i tam jest dział "książki DDA"
          np.książki Janet G. Woititz

          din
          Uczestnik
            Liczba postów: 30
            w odpowiedzi na: Lęk przed śmiercia… #55400

            Ciekawie to ujęłaś, przemyślę to. Zobaczę, jak na mnie wpłynie terapia.

            din
            Uczestnik
              Liczba postów: 30
              w odpowiedzi na: Lęk przed śmiercia… #55398

              .

              Edytowany przez: zaqwas, w: 2008/06/15 11:15

              din
              Uczestnik
                Liczba postów: 30
                w odpowiedzi na: Lęk przed śmiercia… #55396

                ok, powiem tak: wiary wg mnie nie powinno się mieszać z religią choć ma to wiele wspólnego. Gdzieś tam w ulotkach o dda jest nawet wątek: uwierzyliśmy w nadrzędną siłę (jakkolwiek rozumiesz jej istnienie) która poprowadzi nas..coś w tym stylu. Chodzi właśnie o to, że gdy masz w głowie takie wyobrażenie, że nad wszystkim ma pieczę jakaś siła nadrzędna to automatycznie zrzucasz z siebie ciężar egzystencjalny. Czasem miałem takie momenty, że zacząłem w wyobraźni drążyć, że jest wszechświat, żyję sobie teraz, ale co, gdy nie ma Boga (jestem chrześcijaninem ale słabo praktykującym)? co gdy jest pustka w sensie istnienia świata? że powstał bez powodu…w tych momentach miałem największe zjazdy deprechy. Wydaje mi się że nawet będąc ateistką możesz wieżyc np. w przeznaczenie, w pozytywny obrót spraw, itp…odrzucając to wszystko ja bym się kompletnie pogubił już.
                po drugie takie zagubienie i poczucie że jestem za delikatny i rzeczywistość lub ludzie wchodzą mi na głowę było tak na prawdę wynikiem tego, że nie zauważyłem w moim domu rodzinnym czegoś takiego jak racjonalne ustalanie granic i sam ani ich nie wyznaczałem ani nie pilnowałem, nawet nie wiedziałem że takie coś istnieje (a takie coś istnieje u zwierząt, co nie?) efekt? nie byłem szanowany, ludzie łatwo się na mnie wyżywali, kłócili a ja nie wiedząc o co chodzi wdawałem się w te kłótnie.
                Gdy ktoś mi uzmysłowił te granice to zacząłem wreszcie je ustalać i pilnować, na początku nerwowo dosyć, niektórym na prawdę się oberwało ostro, obrażali się, ale…do dziś mnie szanują, jest wyraźnie inaczej, moje zdanie się liczy, jestem wyluzowany. dopiero od tego momentu zacząłem żyć w relacjach 'ja jestem ok i ty jesteś ok’, asertywność jest tu kluczem na wagę złota.
                natomiast u mnie duży wpływ na lęk egzystencjalny i możliwe, że przed śmiercią ma wpływ marazm w moim domu bo tam jest ojciec podpity który śpi lub bredzi jakieś deliriowe głupoty, babcia, która leży od dekady bez słowa prawie i matka, która uparcie nie daje jej pod opiekę pielęgniarce (współuzależnienie) i dzień spędza na jej karmieniu i przebieraniu pieluch. Mimo że mnie nie fizycznie nie krzywdzili to jednak od takiego miejsca musiałem spieprzać a jak tam przyjeżdżam raz na jakiś czas, to już niepokój, bezsenna noc…niestety dla własnego dobra trzeba unikać takich miejsc.

                din
                Uczestnik
                  Liczba postów: 30
                  w odpowiedzi na: Lęk przed śmiercia… #55383

                  tak czytam i wydaje mi się że np. moja matka i tata maja tak jak wy, boją się wielu rzeczy, jak nad morze to się utopisz jak w góry to zginiesz w górach. Czasem im mówię że w domu też można zginąć nawet siedząc na kiblu w WC. Ja mam swój sposób, wyjeżdżam pod namiot, lecę samolotem na chwilę w odwiedziny, chodzę na prawko kat A, mimo upartej tezy mamy że się zabiję i cynicznego uśmiechu ojca wystarczy mi kwadrans jazdy na moto na placu nawet, jest strach, sa wywrotki, trzesące portki;) ale potem już do końca dnia mam taki spokój, satysfakcję, pewność siebie i humor ze nic nie jest mi w stanie tego zabrać. Tak więc trzeba się ugiąć i szukać czasem czegoś poza fantazjami o rozkładającym się ciele.
                  ps.czasem są ludzie którzy mimo np alzheimera mają taki strach przed śmiercią, że paradoksalnie uruchamiają w sobie wolę walki i przeżycia. Moja babka leży już 8 rok, żyje jak roślinka. Ciekawe ilu z was tez ma na co dzień opiekę nad starszym.

                  din
                  Uczestnik
                    Liczba postów: 30
                    w odpowiedzi na: Lęk przed śmiercia… #55369

                    hmm…ja bardziej się lękam przed czasem przeszłym, że go zmarnowałem, lęk przed ekspresją siebie a przede wszystkim lęk przed teraźniejszością. Sama śmierć to w sumie nie wiem, po prostu przestałbym istnieć i tyle.
                    ps. wg mnie chodzi raczej o to, co się zaobserwowało i zaaklimatyzowało w sobie od rodziców, a skoro często jest tak, że DDA jest z dziada pradziada (pokoleniowo) więc dostaliśmy sygnały "przetrwać" bez drogowskazów "jak żyć". Stąd to kręcenie wokół wyżywiania i nadmierna troska. Ja takie dostałem instrukcje za młodu i dostaje do dziś i dlatego wiem, dlaczego postrzegam rzeczywistość jako bardziej śmiertelną niż jako afirmację życia. I do tego okazuję się niewdzięcznikiem wobec rodziców! doszedłem do wniosku teraz, że to poczucie lęku tak na prawdę dotyczy u mnie tego, że nie istnieje osoba, która by mnie wybawiła. Tego muszę dokonać sam, pogodzic się z nieubłaganą odpowiedzialnością za siebie a wtedy inne osoby będą chciały mieć coś do czynienia ze mną. Każdy z nas jest samotnikiem na tym świecie ale trzeba nauczyć się postrzegać ten fakt optymistycznie, przyjąć to a wtedy staniemy się własnym "kochającym" i fakt, że ludzie przychodzą jak i odchodzą przyjmiemy ze spokojem. Tak to odczuwam.

                    Edytowany przez: zaqwas, w: 2008/06/13 19:47

                    din
                    Uczestnik
                      Liczba postów: 30

                      hej:) chyba jak wszyscy tutaj, tak i ja cię rozumiem. To jest trochę inaczej jak w przypadku fizycznej dolegliwości np. anginy czy zwichniętej kostki. Każdy widzi o co chodzi i to naprawia. W naszym przypadku doszło do zwichnięcia charakteru, psychiki. Nie jest to żadna choroba, tylko wynik zwichnięcia, którego nawet sami u siebie nie dostrzegaliśmy dopóki nie utożsamiliśmy się z syndromem DDA i właśnie to powodowało choroby. ufff
                      Ja sobie założyłem coś w związku z tym. Po pierwsze przestałem oczekiwać wyniku na starcie, bo czuję że to musi być dłuższy proces, trzeba zacząć przyzwyczajać umysł do nowych wzorców tak, by odruchowo reagował 'po nowemu’. Po prostu się poddałem temu i gdy lekarka pytała mi się na rozmowie wstępnej czy jestem zdecydowany, to bez zastanowienia przytaknąłem, nie z zagubienia ale z faktu, że skoro dana metoda jest stosowana to widocznie jest słuszna. Bardzo się boję jak to będzie przebiegać, ale postanowiłem brać czynny udział i na każdą sposobność i ćwiczenie traktować jak kolejny bodzieć, nie ważne czy jest on racjonalny czy bez sensu. Nie wiem czy to dobre określenie, ale daję przyzwolenie na bombardowanie mojego umysłu w czasie terapii/spotkań grupy wsparcia. Widocznie tylko tak zdobędę z czasem nowe punkty odniesienia i coraz bardziej będę wiedział co znajduję w sobie. Wydaje mi się że kluczem jest nauczenie się i dopuszczenie do siebie każdych emocji, potem przyjdzie uświadomienie a potem zrozumienie i uspokojenie. Mimo mojego teoretyzującego tekstu myślę, że chodzi o rzeczy proste, pierwotne, takie które mieliśmy dostać jak byliśmy mali. Na razie odkrywam, że z każdym przyzwoleniem np. na mówienie szczerze o sobie, odkrywam się, jestem nagi ale jednocześnie czuję nadchodzącą akceptację otoczenia a pewność siebie wzrasta gdy myśle i postępuję wg rozsądnych zasad i nie postępuję wg kompulsywnych zachcianek. Cały ambaras w tym, że pewne rzeczy same odejdą w trakcie terapii, ale pewnych rzeczy musimy się oduczyć. Mamy o tyle dobrze, że w terapii mamy przyjazne nam środowisko i ludzi natomiast w realnym świecie takiej szansy raczej nie ma. Trzeba korzystać! powodzenia:)

                      din
                      Uczestnik
                        Liczba postów: 30

                        jest na forum gdzieś temat
                        jak coś to np: na sw.Marcina jest ośrodek, tel.061-536-184 ale w innych częściach Poznania też są. Ważne też czy masz po prostu DDA czy oprócz tego masz jakąś silną nerwicę, depresję, itp bo wtedy też dobrze jest rozejrzeć się za terapią nerwicy.
                        Na marcinie pewnie otrzymasz dalsze wytyczne.

                      Przeglądasz 10 wpisów - od 11 do 20 (z 27)