Odpowiedzi forum utworzone
-
AutorWpisy
-
w odpowiedzi na: relacja córka – ojciec po latach – co dalej? #488284
Na szybko.
Najlepiej dawkować sobie tylko tyle kontaktu, ile jesteśmy w stanie znieść bez negatywnych napięć wewnętrznych, bez stresu i bez regresu do dziecięcych emocji z przeszłości. Czyli, najczęściej oznacza to zero kontaktu. Jednak wielu z nas trochę już pracowało nad sobą i się wzmocniło, nie jesteśmy już tak reaktywni. Inni z nas, choć nadal słabi, nie są jednak (a może właśnie dlatego) gotowi na całkowite zerwanie z rodzicami.
Jeżeli więc z jakichś powodów chcemy lub musimy utrzymywać ten kontakt, wtedy warto (dla własnego zdrowia) ustalić sobie granice własnej reakcji emocjonalnej – tzn. jeżeli poczuję, że wzrasta moje wzburzenie i za chwile stracę kontrole nad emocjami, zostanę „porwany” przez moją złość, lęk czy inne gwałtowne uczucie – wtedy zrywam kontakt. Można przerwać rozmowę telefoniczną z matką, słowami: „Wybacz, ale po tym, co przed chwilą powiedziałaś nie chce dalej rozmawiać.” – i rozłączyć się. Można powiedzieć ojcu: „OK, jeśli nie jesteś gotowy, by rozmawiać o ważnych dla mnie sprawach (np. emocjach), to ja o pierdołach nie chcę gadać, wracam do mojego domu.” – i wyjechać. Można też powiedzieć: „Nie będę już słuchać tego, jak obrażasz matkę, będę was rzadziej odwiedzać.” – i faktycznie tak robić. Można oczywiście zrywać kontakt bez żadnych tłumaczeń, niech sobie rodzice główkują nad przyczyną.
Warto też podszkolić się z tematu zaburzeń narcystycznych. Długoletni alkoholicy zwykle mają już upośledzone funkcje poznawcze, raczej odpowiednie obszary mózgu im się nie zregenerują. Nie ma więc co liczyć na spektakularną zmianę ich charakteru czy spojrzenia na życie. Nawet trzeźwi, zwykle będą dość trudni w pożyciu. A ponadto, wg mojej własnej opinii, wielu alkoholików to narcyzi. I nawet w czasie trzeźwości ten rys ich charakteru wychodzi bardziej na jaw, bo już nie można ich zachowania usprawiedliwiać alkoholem, to siedzi w nich głębiej i było jeszcze zanim zaczęli pić. Kłótliwość, zapatrzenie w siebie, brak empatii, skrzętnie skrywana wrogość wobec ludzi, poczucie wyjątkowości i pycha, itd. Generalne rady są takie, by od narcyzów uciekać. Wiadomo jednak, że trudno to zrobić, gdy narcyzem jest rodzic. Dlatego warto uzbroić się w wiedzę i opanować różne metody postępowania, tak by nie wychodzić z tych kontaktów poranionym. Kontakt z narcyzem i tak zawsze będzie swoistym zmaganiem, ale przynajmniej nie będziemy już na przegranej pozycji, jak kiedyś bezradne dziecko.
w odpowiedzi na: Wszechobecne poczucie odrzucenia #488283Cześć Oliwio. Miło czytać, że podejmujesz takie działania, jak ta grupowa medytacja. Jeżeli trochę rozluźniłaś ciało, a ogólne wrażenia i nastroje były pozytywne, to może warto jeszcze podoświadczać czegoś podobnego. To chyba nic dziwnego, że nawet podczas podobnych relaksacji i medytacji otwierają się zablokowane bolesne wspomnienia i wchodzimy w regresowe (dziecięce) zachowania. W wyciszonym środowisku ciało trochę uspokaja się i wreszcie może przemówić własnym głosem. Najpierw chce opowiedzieć o bólu, odrzuceniu, ranach – dlatego może powracać traumatyczna przeszłość. Moja przyjaciółka podczas podobnych zajęć medytacyjnych miała kompulsywne napady płaczu. Twierdziła, że po raz pierwszy nawiązała głębszy i czuły kontakt z ciałem. Na szczęście terapeutka prowadząca zajęcia zatroszczyła się o nią i poświęciła jej wiele uwagi, więc te emocje zostały ukojone i dziewczyna czuła się bezpiecznie. Wydaje mi się, że warto jeszcze trochę takich prób swemu ciału podarować. Zwłaszcza, że w bezpiecznej grupie są też interakcje i wymiana dobrej energii.
Tak na marginesie, słuchałem ostatnio wykładu o terapii DBT (terapia dialektyczno-behawioralna). Zetknęłaś się może? Jestem ciekaw opinii, bo ponoć ta metoda została wręcz stworzona w celu efektywniejszej pomocy osobom zaburzeniami z pogranicza i ma w tym zakresie dużą skuteczność. Ciekaw jestem, czy są jacyś pewni i zaufani specjaliści w tym obszarze.
Nie ustawaj w dawaniu sobie troskliwej opieki, Oliwio.
w odpowiedzi na: Wszechobecne poczucie odrzucenia #488274To prawda. Najtrudniej dotykać tych bolesnych miejsc w sobie. A one często krzyczą o to, kiedy tylko zatrzymamy się na chwile w ciszy. Dlatego często łatwiej nam uciekać w „niebycie” (czymkolwiek ono jest, kompulsywną aktywnością lub dysocjacyjną bezczynnością, zamrożeniem lub zniknięciem w umysłowej pustce). W mniejszym lub większym stopniu każdy z nas to ma. Ostatnio terapeuci skupiają się na pojęciu „traumy”. To na skutek traumatycznych doznań odcięliśmy się od poczucia siebie, od kontaktu z ciałem. To, co kiedyś nas ratowało, dziś niszczy.
w odpowiedzi na: Wszechobecne poczucie odrzucenia #488267Chyba jednak piszesz o tej małej samotnej Oliwce. To ona raz jest zamrożona i ma pustkę w sobie, raz cierpi, a raz warczy jak zwierzątko. Jest smutna i nieszczęśliwa. Bez ukochania jej nie dasz rady. Ta mała jest teraz Twoim „wewnętrznym dzieckiem” i czeka na to ukochanie. Przez Ciebie. Tak to widzę. Powrót do podstawowej pracy DDA – z wewnętrznym dzieckiem. Ostatnio terapeutyczne małżeństwo Gajdów (chyba dobrze pamiętam ich nazwisko) miało warsztaty on-line z pracy z wewnętrznym dzieckiem. Ponoć głębokie i wzruszające doświadczenie, zwłaszcza różne medytacje wewnętrznego dziecka oparte na wizualizacjach – tak słyszałem od uczestniczek. Może warto taki kierunek sprawdzić.
w odpowiedzi na: Knockin' On Heaven's Door… #488258Nerw błędny.
Wykonałem dziś kilka ćwiczeń na aktywację nerwu błędnego (wg filmików z YT) – ostatnio to modny nurt terapeutycznej pracy z ciałem. Faktycznie poczułem rozluźnienie w ciele i uspokojenie myśli. Popróbuje tego jeszcze.
Największym moim problemem ostatnio jest dysocjacja – ucieczka w zachowania, w których „znikam” na dłuższy czas, odcinając się od ciała, umysłu i emocji. Do głównych zachowań ucieczkowych należy oglądanie filmów i scrollowanie mediów społecznościowych. Już tylko jeden głupi film, to 2 godziny kojącego „nieistnienia”. Próbuję walczyć z tym. Nie widzę dla siebie innej drogi zdrowienia niż powracanie do siebie, do kontaktu z emocjami, ciałem, teraźniejszym miejscem i chwilą.
w odpowiedzi na: Wszechobecne poczucie odrzucenia #488257Hej Oliwio.
Myślę, że przeżywasz tak mocno poczucie odrzucenia z pozycji „wewnętrznego dziecka”. Myślę, że to mała Oliwka jest wtedy w szoku, boi się i cierpi. Dla małego dziecka odrzucenie = śmierć. Dla dorosłego już nie. Ale dla DDA, którego wewnętrzne dziecko nie zostało utulone i nie czuje się bezpiecznie – odrzucenie nadal jest doświadczeniem traumatycznym. Gdzieś w tej ciemnej, pustej dziurze”, o której piszesz, wciąż błąka się mała Oliwka. Trzeba ją odnaleźć i pocieszyć.
Dziś sobie przepisywałem taki wiersz.
Czy życie prześmiać czy przeszlochać –
Iść cierniem, czy przez kwieć,
Ukochać. Trzeba coś ukochać.
Coś trzeba w sercu mieć.Dla nas – osób DDA, tym czymś jest przede wszystkim nasze „wewnętrzne dziecko”. Ono potrzebuje naszej miłości. Jesteśmy jedynymi osobami na świecie, od których to dziecko może miłości doświadczyć. Poza nami, nikt na całym świecie już o tym dziecku nie pamięta. Ono tylko na nas może liczyć.
Co do opisu diagnostycznego nie przejmowałbym się nim tak mocno. Każdy przeżywa swą chorobę i swoje cierpienie na własny sposób. Suche definicje organizują świat lekarzom i terapeutom, ale samym chorym raczej w niczym nie pomogą. My, cokolwiek nam dolega, musimy iść własną drogą, na której pomoc terapeutów i zdobycze nauki są tylko jednym z narzędzi.
w odpowiedzi na: Knockin' On Heaven's Door… #488252Bezpieczeństwo.
Bezpieczeństwo jest konieczne. Przebywając stale w środowisku, w którym nie ma bezpieczeństwa nawet wytężoną pracą nad sobą człowiek nie zbuduję poczucia bezpieczeństwa. Chodzi o to, że jeśli ktoś non stop funkcjonuję tak, jakby był na wojnie, to nawet terapia czy różne sposoby samoregulacji układu nerwowego nie pomogą mu w tym, aby poczuł się bezpiecznie. Co najwyżej pomogą mu tylko nieco okiełznać system nerwowy, ale nie będą w stanie go uleczyć.
Podstawową zasadą zdrowienia i rozwoju (psychicznego i fizycznego) jest to, aby system nerwowy poczuł się bezpiecznie.
Dotyczy to przebywania w każdym toksycznym i dysfunkcyjnym środowisku, czy to rodzinnym, czy pracowniczym, czy towarzyskim, itp.
Powyższe stwierdzenia usłyszałem od terapeutki somatic experiencing.
Doznałem dzięki temu wglądu w moją sytuację życiową. Od pewnego czasu mieszkam ze starzejącym się ojcem, sprawcą mojego dda. Mimo, iż nie stanowi on dziś rzeczywistego zagrożenia, przez cały ten czas czuję, jak narasta we mnie stres, złość, nienawiść, otwierają się stare rany, odżywają urazy, pretensje i lęki, rozwija sie we mnie rozczarowanie sobą, rozgoryczenie, żal, poczucie bezradności, ogólne zniechęcenie, a ostatnio nastroje mocno depresyjne. Świadomość obecności ojca dosłownie wywołuje we mnie stężenie całego ciała i umysłu. Próbuję ze wszystkich sił wyzbyć się tych stanów, zneutralizować je, uwolnić się od nich, zamienić je na pozytywne doznania. Próbuję medytacji, technik relaksacyjnych, ruchu fizycznego, mityngów, itd. Wszystko pomaga tylko na chwilę. Czuję spokój właściwie tylko, będąc daleko stąd. Każda interakcja z nim sprawia, że spina mi się całe ciało, mózg wariuje, zalewa mnie kortyzol. Wypowiedź terapeutki uświadomiła mi, że W OBECNOŚCI SPRAWCY TRAUMY NIGDY NIE POCZUJĘ SIĘ BEZPIECZNIE.
Nigdy nie wyciszę przy nim i nie zregeneruję mojego zszarganego układu nerwowego. To ojciec kiedyś był „twórcą” mojej traumy, a dziś jest „triggerem”, który odpala we mnie na nowo dziecięce reakcje psychiczne.
Do wyzdrowienia potrzebny jest dystans, opuszczenie toksycznego środowiska. Dopiero „daleko stąd” będę w stanie zdrowieć naprawdę.
-
Ta odpowiedź została zmodyfikowana , 1 tydzień temu przez
Jakubek.
w odpowiedzi na: Knockin' On Heaven's Door… #488249CZARNO BIAŁE MYŚLENIE
Zauważyłem, że opanowanie złości i pretensji, odczuwanych wobec ojca, poprawia mi nastrój. Czasem napływają fale wściekłości, ale staram się nie podążać za nimi, pozwalam, aby przelały się przez mój umysł i ciało, a potem odpłynęły w dal. Próbuję być obojętny wobec ojca. Ignoruję go. Łatwiej mi w ten sposób unikać wewnętrznych napięć.
Nie czuję się w obowiązku „czcić ojca swego”. Powoli (i niechętnie) jednak dopuszczam do siebie uczucie wdzięczności za „dary” otrzymane od niego. W zasadzie to dwa nurty pomocowe: wspierał mnie finansowo oraz uczył różnych umiejętności (aktywności sportowe, gry, jazda samochodem). Momentami nieźle się z nim bawiłem. Niezależnie od jego prawdziwych intencji – bo podejrzewam, że mógł to robić również z nudów, dla własnej rozrywki, z potrzeby „ulepszania” przedmiotu swojej własności (syna) lub dla własnej wygody (szybko po otrzymaniu prawa jazdy stałem się kierowcą, odbierającym go pijanego z imprez). Mój umysł jednak woli wspominać to, co było poza miłymi momentami – zło, które wyrządził. Tymczasem wspomnienie, że bywało miło, nie oznacza braku poszanowania dla doświadczonej traumy. Trzeba wychodzić z podstawowej wady DDA – czarno białego myślenia. Nikt nie jest tylko zły lub tylko dobry. Tyran czy ktoś z patologicznym rysem osobowości też może mieć chwile dobroci.
Poza tym pomaga mi kontakt z ludźmi. Nawet rozmowy o sprawach zawodowych. Osadza mnie to w rzeczywistości. Zmusza choć na chwilę do ogarnięcia wewnętrznego rozmemłania.
- Miewam też napady lęku. O finanse. O zdrowie. O przyszłość. Wtedy biorę głębokie wdechy i powtarzam sobie, że zgadzam się na te lęki i kocham siebie z tymi lękami. Nie zaprzeczam tym lękom, nie podważam ich racjonalności. Tylko tak jakby przytulam siebie przelęknionego, jakbym przytulał przerażone dziecko, z troską i akceptacją.
w odpowiedzi na: Wszechobecne poczucie odrzucenia #488246Jeszcze tak sobie pomyślałem,że niedługo AI może stać się idealnym i „empatycznym” słuchaczem. Zawsze gotowym, uważnym, reagującym, który nigdy się nie znudzi i zawsze coś odpowie.:))
w odpowiedzi na: Wszechobecne poczucie odrzucenia #488245WYSŁUCHANIE
„Staram się z kimś codziennie porozmawiać, ale ludzie kiedy powtarzasz ciągle to samo odsuwają się.”
To niestety jest ból niewysłuchania. Większość ludzi nie ma siły na przyjęcie cierpienia drugiej osoby. Zbyt są skoncentrowani na uciszaniu własnego bólu i niepokoju. Trzeba mieć tego świadomość. Terapeuta ma więcej przestrzeni w sobie, może jakiś przewodnik duchowy, ksiądz, ale i oni nie wysłuchają Ciebie (mnie) „całego”. Dlatego lepiej dzielić się sobą „po kawałeczku”, ostrożnie, z namysłem, aby ten słuchający był w stanie to przyjąć, zinternalizować i jeszcze zareagować w pomocny nam sposób. Trudno znaleźć tego właściwego człowieka do słuchania.
Z własnego doświadczenia wiem, jak rozpiera od środka niewypowiedziany ból. Chciałoby się wykrzyczeć go całemu światu prosto w twarz. Dojrzałość objawia się chyba zrozumieniem, że świat wcale nie jest mną zainteresowany. Jeżeli będę szukał, może otrzymam dar spotkania osoby, której będę mógł to opowiedzieć. A może to już zostanie we mnie – wtedy jest jeszcze nadzieja, że porzucę ten mój ból, przechodząc przez noc ciemną mojej duszy i wyjdę oczyszczony.
To pragnienie bycia wysłuchanym kojarzy mi się z cierpiącym dzieckiem, które chce wpaść ukochanej mamie w ramiona i w jej troskliwych objęciach wyżalić się i wypłakać. Nie każdy z nas tego doświadczył w dzieciństwie. W dorosłym życiu jednak nie doświadczy już nikt. Przynajmniej nie w takiej formie.
-
Ta odpowiedź została zmodyfikowana , 1 tydzień temu przez
-
AutorWpisy