Odpowiedzi forum utworzone
-
AutorWpisy
-
w odpowiedzi na: Wszechobecne poczucie odrzucenia #488509
Weź daj spokój… Jeszcze się obwiniaj, że nie odpisujesz od razu. Fajnie, że w ogóle napisałaś, Oliwia. Przecież to nie jest obowiązek. Czasem wpisy pojawiają się po miesiącach latach – i też OK.
Bliskość i ból z nią związany to temat. Nazywam to trwaniem w oku cyklonu. Myślę że mnie rozwali , takie napięcie, cierpienie i rozkręcone emocje na 10tkach… Jednoczesnie oczekiwanie na ból (dosłowny czasem w moim wypadku, czuję nóż biegnący przez brzuch) i nadzieja, bolesna, tkliwa, że może jednak ciepło. I to ciepło nie do wytrzymania nadchodzi… Człowiek chce uciekać albo się schować. Albo wytrzymać we wrażeniu masochizmu.
Wpuszczam sobie powoli że mnie to nie zabije. I nie zabija na razie. Tak jak tutaj.
Rozumiem ucieczkę w książki. Dobrze jest poprzezywac cudze, odczuć ulgę. Zatrzymać się przy swoim, pozwolić sobie na łzy i ten cały ból, gdy świat wzywa do całej listy żmudnych zadań – trudne. Pozwalasz sobie? Czy Cię zalewa wtedy?
Tu z nami mam tak że jest blisko. A zarazem daleko (bo nie na żywo jednak) i bezpiecznie. Dla mnie. Lubię też po prostu pomyśleć o Tobie. Choć nie umiem Cię złapać, czuję jakąś mgłę. Może tak forma tutaj, chcesz pozasłaniać konkret.
Słyszę, w jakiej jesteś czarnej dziurze. Tak wprost. Tak to widzisz. Usłyszałam takie zdanie wczoraj : czasem granat wybuchnie w życiu i trzeba się rozejrzeć co pozostało. Co pozostało Oliwia? Chcesz odpowiedzieć?
Ja słyszę że pozostałas Ty. Ze zdolnością do czucia. Obie jesteśmy dobrymi osobami, które czasami robią niefajne rzeczy.
Właśnie sobie płaczę jak małe dziecko. Idę zakończyć relację, która była dla mnie światłem przez 7 lat, ale ma charakter profesjonalny i czasowy. Terapeutyczny. Idę odebrać kartkę i stanąć na nogi. Fuj! Tak wolę się na kimś wspierać. Podobno iluzje to nie zasób. Lubiłam iluzję że niewiele zależy ode mnie, tylko od kogoś kto gdzieś tam jest. Idę z odwagą. Dodaje mi jej fakt że gdzieś tam jesteś, masz trudno jak czarnej studni i się nie poddajesz. Piszesz. Jesteś. Dzielisz się sobą. Jesteś bliżej (ja tak to czuję).
w odpowiedzi na: Wszechobecne poczucie odrzucenia #488505Dopiszę jeszcze. Kartka wszystko zniesie, a zwłaszcza ekran:)
Pytałaś o białe tabletki. Moje były bardzo dobrze dobrane (brintelix – polecam zamiast escitalopramu). Przede wszystkim jednak pomogło mi to, że po nie poszłam i je brałam. Że ogarniam pomaganie sobie. Jeszcze 10 lat temu świrowałabym w tym temacie – jak może być ze mną tak źle, że trzeba brać psychotropy? Czyli właśnie jak bardzo jestem do dupy, że muszę się ratować farmakologią i pójściem do psychiatry?
Teraz już traktuję to normalniej, jak ból stawów – wezmę, wesprę się, potem odstawię jak się poprawi. Jeden kryzys psychiczny przeszłam bez leków i tego żałuję. Po co się było tak męczyć na żywca? Skoro można czasowo ustabilizować. Tak to traktuję teraz. Choć umysł podpowiada po staremu: skoro musisz brać, porażka. Coś jest z Tobą nie tak.
I to jest coś, co zobaczyłam mocno w tym wątku. Że masz mocno przekonanie o swojej wadliwości. Bardzo mnie to boli i wzrusza zarazem. Jakbym słyszała śmiech Twoich oprawców sprzed lat. Że „wygrali”, bo uznałaś to co Ci wydrukował ich gniew, wyzywanie się, nieumiejętność ogarnięcia własnych emocji i rodzicielstwa, którego się podjęli.
Często piszesz że teraz Twój umysł nie przyjmuje za dużo. Tak pewnie jest, gdy jest źle, sama też mam wtedy czarną dziurę. Piszesz czy coś sobie biorę – ogromnie dużo. Pisanie pomaga zobaczyć. Siebie, innych. Odpocząć też od tego, co uwiera w rzeczywistości.
Czytanie tego wspólnego pisania było przygodą. Niewiarygodne, że otwarcie się jednej osoby wywołuje taką głęboką lawinę wypowiedzi, zmian, przemyśleń. Poczucia wspólnoty w człowieczeństwie. W takim upartym kroczeniu, nawet kiedy brakuje sił. I kiedy zdaje się że innym wychodzi lekki balet do celu, a my klękamy prawie pod niewidocznym i widocznym ciężarem.
Teraz to widzę tak, że wszyscy niesiemy. Tylko nie każdy ma ciężar w tym samym miejscu i tak samo widoczny. Kiedys z kolei czułam się zupełnie osamotniona w niesieniu, przeżywaniu. Może pielęgnowałam jakieś ukryte poczucie bycia wybraną przez wadliwość? Wielkość ciężaru? To było mocne w moim domu – kto więcej dźwiga, ten ma rację.
W tym całym przyjmowaniu miłości i dawaniu jej sobie pomogła mi terapia ale też szkoła psychoterapii do której chodzę. Polega ona na tym, że uważamy bardzo na etykietki i widzimy człowieka w całości, a nie zbiór objawów. A zarazem terapia to w tym ujęciu po prostu uczenie się. Tylko tyle i aż tyle. Piszę tu (w swoim obecnym życi) nową historię uczenia się, w świetle poprzedniej, niełatwej. Nadpisuję. Nie lekceważąc przeszłości, która często próbuje przejąć kontrolę (tak z 5-10 razy dziennie mniej więcej).
Dużo ostatnio w głowie pojawia mi się że jestem głupia. Tępa. Bliskie mi to jest co piszesz. Wiem skąd te głosy. Z przeszłości. Z głosów moich sióstr, rodziców, bezlitosnych wobec mnie, ale też wobec siebie przy najmniejszym bledzie. Ale też z tego, że robię nowe rzeczy, boję się też ich, więc często robię je na pałę i improwizując, zamiast gruntownie się przygotować. Więc trochę jestem w prawie uważać, że „jestem głupia” – bo przy robieniu nowego brakuje wprawy i wiedzy.
Z drugiej strony głupota nie jest taka głupia. Sokrates uważał ją za punkt wyjścia i samej wiedzy, i rozmowy. Więc może też być w tym trochę takiej pokory maluczkich. Jestem głupia, nie wszystko wiem. Poczekam co powiedzą inni zamiast się wyrywać. Dziecko jest głupie ale jest też głęboko mądre, bo niewiele zakłada, niewiele wie, tylko pyta i eksperymentuje.
w odpowiedzi na: Wszechobecne poczucie odrzucenia #488504Cześć Oliwia!
Najpierw formalności. 🙂
Czy można edytować posta? Moim zdaniem nie. Próbowałam na różne sposoby. Kiedyś można było to zrobić do kilku minut po opublikowaniu – na górze był tag edytuj. Ale potem znikał.
Jeśli chodzi o stratę wypowiedzi przy publikowaniu ich – to jest norma tutaj. Bardzo, bardzo frustrujące. Ile razy mi się to zdarzyło przy moich tasiemcowych tendencjach, nie chcę mówić.
Robię tak: pilnuję, by być zalogowana wcześniej. Przy długich wypowiedziach zanim je wyślę zaznaczam je w całości (piszę z komórki – klikam i wybieram opcje: zaznacz wszystko a potem kopiuj). Potem kopiuję wypowiedź do schowka. I w razie czego, jeśli.akapity nie wskoczą na forum, tekst jest w schowku. Jest to dodatkowy wysiłek, ale działa.
Najpierw Ci napiszę krótko, o co chodzi u mnie. Odeszłam ze starej pracy (gdzie pracowałam wiele lat i w której pracował mój rodzic, utrzymując z tej pensji cała naszą rodzinę). I jestem na działalności. Nie jest to łatwe, bo ludzie różnie płacą za terapię, wykruszają się często, a koszty są spore.
I też na etacie byłam całe zawodowe życie, blisko 20 lat. Trochę rozumiem, jak to jest, gdy wiele się wali (zdrowie, stabilność, relacje z pracy). Nie wyobrażam sobie stawiać temu czoła w pojedynkę. Bardzo pomogła mi osoba z forum tutaj. Miała ciut podobną drogę i się wspieraliśmy.
Co do tego co piszesz o mejlu… Mam tak podobnie… Dwie bardzo miłe , wrażliwe osoby z forum napisały do mnie mejla i nie odpisałam. Żałuję tego, ale nie dźwignęłam. Jedna dlatego że pisała wtedy, kiedy mocno byłam zatrzymana walką przy zmianie pracy i utrzymaniem się przy życiu. A druga dlatego że kiedy zaczęłam odpisywać, stare mechanizmy mnie jakby rozbolały.
Czasem mam też tak jak Ty. Kiedy ktoś jest po prostu miły, myślę, że nie sprostam oczekiwaniom, że to za dużo, boję się – unikam.
Tak sobie myślę że nawet po roku – można przeprosić. I napisać. Znajomości z forum nie muszą od razu mieć rytmu co tydzień.
Odkryłam u siebie też, że jednak mejle to nie moja rzecz . Nagrywki na Whatsappie to jest forma listów, jaką jestem w stanie podtrzymywać. Czasem po dłuższej przerwie, o czym staram się uprzedzać że tak mam. No i też mam powoli taką zgodę, że nie z każdym pyknie.
He he przyznam w ogóle, że sama chętnie wysmażyłabym do Ciebie mejla przez te lata niejeden raz, ale nie umiałam nigdzie znaleźć adresu:) może tak miało być. Natomiast gdybyś Ty się chciała skontaktować na priv, to mój adres to acidiosus(malpa)gmail.com. jestem chętna ale nie.poczuje się ani trochę odrzucona jeśli nic nie napiszesz:)
Co zobaczyłam przez te 10 lat? Bardzo ludzką osobę, Oliwia. Przede wszystkim Twoją staranność. Nie raz ktoś Ci ewidentnie dał w kość, a Ty zawsze dopytywałaś, co miał na myśli, nie dałaś się ponieść emocjom.
Chciałabym tak umieć – wkurwiam się wtedy często i odcinam, ignoruję. Czasem wchodzę w konfrontację. Ty delikatnie: co próbujesz mi przekazać? Delikatnie też dawałaś feedback, gdy coś Ci nie pasowało.
Delikatnie pisałaś jak masz z mityngami, chyba z parę razy – odpierałaś rady w taki subtelny sposób właśnie. Z poziomu Twoich doświadczeń. Z szacunkiem do doświadczeń innych.
Bardzo umiałaś docenić innych. I nasz wkład tutaj. Dziesiątki razy pisałaś jak Ci te nasze wiadomości pomagają. I że te krople jakoś jednak przenikają do Ciebie.
No i pisałaś o swoich ranach w taki sposób, że moje serce zawsze było głęboko poruszone. Widziałam tę dziewczynkę w lesie, której nie pozwolono nawet płakać po tym jak obrywała. Nienawidziłam Twoich oprawców (dalej to jest żywe we mnie, mam ochotę splunąć) i bardzo chciałam Cie przytulić albo przynajmniej przy Tobie posiedzieć. Moja dziewczynka w środku mocno się budzi wtedy i chcę być blisko.
Nadzieja przenika się tu z brakiem nadziei. Widzę ile zraniła Cię psychologia i bezsensowna łatka borderline. Jesteś po prostu osobą w cierpieniu, po bolesnych przejściach i wszelkie dodawanie poczucia winy czy samoodrzucenia do tego, co przeżywasz, to jest odwrotna rzecz od tego co powinno Cię spotkać. Tak samo piszesz o tych psychopatach – każdy z nas ma taki psychopatyczny kawałek. Z reguły nad nim panujemy i wychodzi rzadko albo nawet wcale. W książkach i serialach on jest często osią całości – bo lubimy sobie w ten cień zaglądać. I tyle.
Przede wszystkim widzę Twoją ogromną wrażliwość. I ekspresję, taką wyważoną a mocną zarazem.
Czasem jest w Tobie fatalizm. To przeświadczenie że dawny ból będzie zawsze. Boję się wtedy o Ciebie . Tak po ludzku. Widząc i szanując że to Twoja droga.
Mogłabym pisać długo ale czas wrócić do trudnej, poświątecznej rzeczywistości. Trochę tu od niej chronię się, uciekam. Czas stawić czoła.
Wybierz wszystko/kopiuj… Publikuje.
Tobie też Oliwia, nadziei i spokoju w nowym roku. Dziękuję za życzenia i za wszystko.
w odpowiedzi na: Wszechobecne poczucie odrzucenia #488500Przeczytałam cały wątek,. Oliwia. Siedzę sobie z obejrzeniem tej naszej 10-letniej drogi.
Widzę swoje przegadanie – może wyraz panicznej nadziei, że jeśli wrzucę dużo słów, chaos mnie nie pochłonie. Ogarnę. I inni zobaczą jak ładnie pokonuję demony. A nie one mnie. To drugie dzieje się w ciszy.
Czuję się jak po lekturze książki. Ostatnio była to Anna Karenina – książka, w której się przejrzałam jak w lustrze. Ostatnio w serialu Dobry omen padło zdanie że książki to przenosni ludzie. Tu ludzie są prawdziwi. Dużo dałaś tu z siebie, Oliwia. Dziękuję. Prawdziwie i prosto.
Wzięłam to sobie do serca. I kapię sobie do Ciebie z daleka.
Podniosłam w tym roku duży koszt próby zmiany czegoś w moim dawnym przemocowym miejscu pracy (to był mój drugi dom od 6. Roku życia, miejsce pracy, które utrzymywało przy życiu całą moją rodzinę pochodzenia).
Solidnie oberwalam. Gdybym została z tym sama, nie wytrzymalabym. Był przy mnie partner. Osoba z tego forum, której mogłam się opowiedzieć. Białe tabletki, które właśnie odstawiam (trochę przez przypadek, zgubiły mi się, nie zdążę iść po nowe).
Kiedy wali się dużo, trudno to unieść samemu. Nie chcę pocieszać na siłę. U mnie puste pole po stracie okazuje się potrzebne. Chociaż boli. Zrobiło się miejsce na nowe. Nowe jest trudne bo wchodzę w to ja (stara – i też coraz mniej atrakcyjna, coraz bardziej niewidzialna). Nieumiejąca jeszcze za dużo. Osadzająca się. Po staremu.
Z trudem uczę się nowych sztuczek. Tego, że każdy krok jednak był po coś, bo nadal tu jestem. Na tej drodze. W 2026 roku. Gdzieś tam z Wami (tak to widzę i czuję).
Kap. Kap. Kap.
w odpowiedzi na: Wszechobecne poczucie odrzucenia #488499Cześć!
Trochę nie wiem, co napisać, oprócz tego że bardzo chcę być w kontakcie i tak jak mówisz, pobyć obok. Cokolwiek to znaczy w przestrzeni cyfrowej – wierzę, że w duchowej, międzyludzkiej jest to jednak prawdziwe. Tak to widzę na tym forum. Na tym wątku.
Powiem szczerze – piszesz, że ciężko. Natomiast nie piszesz o konkretach, więc trudno mi się odnieść bardziej szczegółowo. To, co widzę, to jakby krajobraz po bitwie – że widzisz że zawiodło to, co budowałaś. Bardzo mi przykro to słyszeć. Tym bardziej, że Twoja historia była jedną z tych, które mnie mocno trzymały na wybranej ścieżce. Nigdy nie udawałaś tutaj idealnej, poukładanej osoby, a mnie się wydawało, że sama jestem zbyt wybrakowana i poraniona, żeby pomagać innym. Czytając Twoje wpisy, otwierałam się na to, że może to ja mam nierealistyczne wyobrażenia o terapeutach i nie musi być u mnie wszystko na tip top uregulowane, żeby odważyć się pójść tą ścieżką. Mogę być sobie niedoskonałą sobą. I robić swoje. Z bólem, z lękiem, z wątpliwościami, z porażkami po drodze. Zawsze pamiętałam jednak, że gdzieś jest taka Oliwia która tak mało dostała od świata, a pomaga innym.
Mówisz że w relacjach słabo. Że widzisz po czasie że krople życzliwości nie przenikają do Twojego serca. Mogę Ci tu jedynie opisać moje zmagania w tym temacie. Otóż zobaczyłam to w terapii – jak do tej pory przyjmowałam miłość. Raniąco, dając siebie w nadmiarze a zarazem nieświadomie oczekując bardzo dużo od drugiej strony (całkowitej akceptacji np.). Zawodząc się boleśnie i ukrywając ten ból (bo i tak nikt nie zrozumie , lepiej płakać pod kołdrą). Uciekajac też w wymyślone relacje, które stymulowały i bolały jednocześnie. Religia nawet przynosiła ból, czułam się zarówno oceniana, zasługująca na coś ciągle (na nagrodę , na karę) i na haju w idealnym świecie kościelnych wspólnot. Który okazywał się nie dla mnie. I tak w kółko. Rodzicielstwo było męką przykrawania dziecka do swoich potrzeb, albo swoich do jego w bolesny sposób, a zarazem też jakimś polem do zawodu, gdzie chciałabym co innego a jest jak jest.
Najgorsza stała się relacja terapeutyczna. Gdzie nagle dostałam to wszystko co wydawało mi się niemożliwe – uwagę, akceptację, mądrość, szacunek, wspólne doświadczenia, śmiech, łzy, zrozumienie, przyjęcie w całości. We wszystkich kawałkach , nawet najbardziej wstydliwych. I pamiętam , jak to bolało. I jak trudno było przyjąć. Miałam wrażenie ciepłego koca i noża wbijanego w brzuch zarazem. Potem okazało się że jestem tak przyzwyczajona do noża, że sam koc życzliwości był nie do zniesienia. Bliskość była dla mnie związana z ranieniem. I koniec. Plus u mnie dochodził fakt że nie umiałam sobie dać miłości. Zawsze przepuszczalam ja przez kogoś kto bardziej na nią zasługiwał – mogłam sobie tą osobę wyidealizowac. I dopiero jeśli ta osoba mi okazywała mi ciepło, jakoś tam z trudem, po kropelce, przyjmowałam. Ze złością. I samooddaniem. Takim autoagresywnym w dużej mierze.
Teraz to nie minęło ale to widzę. Czyli np. widząc ostatnio na basenie jeden z moich dawnych obiektów fascynacji, zobaczyłam sobie tą swoją miłość jak płynie/płynęła do niego. I symbolicznie zabrałam ja z powrotem , wmasowując w siebie. W okolicy serca. To nie jest jakiś sposób który załatwia wszystko. Ale robiony często i na różne spontaniczne sposoby, pozwala zobaczyć mechanizmy i w relacjach czasem zadziałać ciut mniej na automacie. Dać sobie coś. Co na początku jest sztuczne.
Nie wiem czy to jakoś pasuje do Twoich doświadczeń. Wazne u mnie było jeszcze spojrzenie na funkcję tego wypromieniowywania miłości na zewnątrz- zamiast dać jej sobie. Było nią między innymi oddanie odwiedzialnosci. Nie chce mi się kochać samej siebie, bo to trudne. Łatwiej mi kogoś podnieść wysoko i czekać aż załatwi to za mnie (i zarazem spełniając oczekiwania tej osoby żeby dostać życzliwość i ciepło). I dalej nie chce mi się tego robić. Ale robię, jak sprzątanie trochę. Jak obowiązek. Czasem jest w tym coś oprócz zniechęcenia.
Czasem jest tak że świadomość porażki u mnie okazuje się po czasie nowym początkiem. Ego cierpi, plany zburzone, opinia zszargana, ludzie się nie odzywają. Trudne ale faktyczne. Tak jest. Czasem z tej akceptacji płynie urealnienie i zobaczenie co faktycznie mogę zdziałać. Np. nie za dużo. I nie tak jak myślałam. Boli. Ale jest.
Cieszę się, że jesteś Oliwia. I że piszesz.
w odpowiedzi na: DDA oraz molestowanie seksualne #488497Cześć, Marcin!
To, o czym piszesz, brzmi niezwykle ciężko. Jak na długie lata terapii:) a jednak mówisz że masz stabilnie – poza lękiem przed dotykiem i bliskością. Chcesz napisać coś więcej? Przede wszystkim – czy w ogóle chcesz i pragniesz fizycznej bliskości długiego człowieka? Czy masz z kim ja realizować? Czy może uważasz że np. powinieneś czuć taką potrzebę a tymczasem wcale jej nie masz?
Bardzo otwarcie mówisz o tym co Cię spotkało. Nie zakłamujesz tego. Czy w ogóle z kimś o tym rozmawiasz? Na terapii, z bliskimi, z rodzeństwem, z przyjaciółmi?
Mogę się podzielić krótko co mi pomogło podnieść się z wczesnych naruszeń w sferze ciała. Długa terapia (ale ja nie miałam świadomości swojego cierpienia). Uświadomienie sobie strachu przed bliskością (która realizowałam w związku bo uważałam że tak trzeba). Przepracowanie tego strachu z partnerem. Uświadomienie sobie własnych potrzeb w zakresie ciała i seksu (np. jaki dotyk lubię, jaki rodzaj atmosfery w sypialni – że np. potrzebuję często luzu i humoru zamiast śmiertelnej powagi). I tu też dużo pracuje sama ze sobą – są to wlasciwie ćwiczenia z zakresu SI (integracji sensorycznej, pracy ze zmysłowym odbiorem różnych bodźców, wytrwanie przy uczuciach jakie rodzą itd., odczulanie się na różne podrażniające bodźce, stymulacja takimi jakie uczę się że lubię w zależności od dnia etc.). Ale też z zakresu wyobraźni, też erotycznej, ale też takiej związanej z przyjemnością, jedzeniem, oddychaniem, sauną, naturą. To tak w skrócie, generalnie cały zestaw bardzo pomaga:)
w odpowiedzi na: Wszechobecne poczucie odrzucenia #488343Wakacyjny czas. Jak się czujesz, Oliwia?
Abcd, coś w tym jest, że człowiek zawsze zawiedzie. Osoby z domów gdzie był alkohol szczególnie to niosą. Mówisz żeby otuchy szukać w Chrystusie – może i tak, ale on kazał się szukać w ludziach. W ich ułomnościach też. Dla mnie największą siłę ma ten gest wyciągnięcia ręki do kogoś kiedy mi trudno – ważne że poprosiłam o kontakt. Dobre słowo. Albo tylko napisałam że jestem smutna. Coś jak Ty Oliwia o tą kroplę. Takie ładne, że drugi człowiek jak woda.
Ramoiram, dziś pomyślałam o Tobie w medytacji. Zaczęłam spontanicznie robić młynki dla ukojenia i wyszła lekka kundalini;). A tak całkiem serio, ostatnio robię jedno małe ćwiczenie tre tre. Takie z nogami na ziemi, mimowolne ruchy ud się pojawiają. I to bardzo pomaga pozbyć się napięcia. A zarazem na początku to jest dziwne (mimowolne drgania bez kontroli), a potem nauczyłam się spokoju w tym ćwiczeniu i daje się po prostu wytrzasnąć ciału. Możliwe że z podobnych neurologicznych powodów tak dobrze u Ciebie działa kundalini. Bo rytmiczny ruch koi i pomaga z napięciem.
w odpowiedzi na: Wszechobecne poczucie odrzucenia #488314Kap.
Myślę o Tobie ciepło, Oliwa. O Was wszystkich, gdzieś rozsianych po Polsce i emigracji. Z wdzięcznością, że jesteście. I piszecie, tworząc to forum. Można się na nim oprzeć jak na wygodnym pniu.
w odpowiedzi na: Wszechobecne poczucie odrzucenia #488269Jeszcze coś mi przyszło do głowy, gdy znowu przeczytałam Twoją wypowiedź. Że masz bardzo silnego wewnętrznego oprawcę. I że może dlatego praca z wewnętrzną wrażliwa częścią Cię nie przekonuje. Bo łatwiej się zidentyfikować z oprawca (to odcina od bólu, pozornie oczywiście).
Mój krytyk i oprawca potrzebował granic. Być wychowany. Poskromiony. Nigdy nie zapomnę słów z terapii powiedzianych mocnym głosem : to krytyk panią potrząsa. To nie jest prawda (o tym że muszę się ciągle starać zamiast być).
Zdarzyło mi się, widząc atak krytyka u kolegi, powiedzieć mu: odpier*ol się od mojego przyjaciela, krytyku. X jest tutaj bezpieczny, nie musisz się produkować. Wyraz oczu kolegi – że można dać granicę tej części – pamiętam do dziś.
Ostatnio przeczytałam że sednem terapii jest uzdrowienie dialogu między częściami rodzicielskimi (surowymi) a wrażliwym. Pomalutku mi to idzie. Ale czasem musi się zacząć od ostrych słów w stosunku do wewnętrznego bully’ego. Oczywiście jeśli masz te części poodróżniane jakoś, trzeba trochę dystansu wypracować , obserwować się, żeby zobaczyć, że np. skleiło się z tą częścią krytyczna. Albo wrażliwą. Albo przeskakuje się z jednej do drugiej w wewnętrznym przemocowym balecie (to u mnie częste, czuję teraz, jak mi sie nogi napinają). Zauważyć części i nawigować komunikacja. Tak się rodzi zdrowy dorosły. Nie licząc oczywiście że to jakieś cudowne rozwiązanie – po prostu ciężka wewnętrzna praca dzięki której oprócz bólu w życiu jest miejsce na smakowanie go i satysfakcję z podjętego wysiłku. A ból sobie jest dalej. Ale wzrasta się powolutku wokół niego.
Więc oprócz czułości dla siebie potrzeba też granic. Postawionych okrutnym częściom które chcą chronic ale robią to w nauczony w dzieciństwie sposób. W uznaniu też ich trudu – te części są często wykończone chronieniem.
To takie kawałki które pomagają mi w dobrych momentach. W złych trzeba wypłakać, wycierpieć . Przyjąć to że tak mam, że tego cierpienia jest dużo – ja i pewnie większość ludzi. Na pewno większość ludzi tutaj na forum. Za to wysoka wrażliwość też daje mi dostęp do piękna. Rzadziej niż do bólu, ale też często.
-
Ta odpowiedź została zmodyfikowana , 3 tygodni temu przez
kurianna.
w odpowiedzi na: Wszechobecne poczucie odrzucenia #488268Hej,
pewnie samo z siebie się nic nie zmieni. Dawne traumy raczej będą się nasilać i dawać we znaki. Jak rany do opatrzenia. Bo nimi są.
Trochę tak Cię słyszę, że szukasz akceptacji, obecności innych, wysłuchania. Tak jakby z zewnątrz miał przyjść ktoś się zająć małą Oliwią. Takim kimś w moim wypadku był terapeuta – sama nie umiałabym się sobą zająć, ktoś to musiał mi za modelować. A potem długi, może nigdy nie zakończony proces mozolnego robienia tego samej. Bez oparcia. Bardzo trudny dla mnie. Pomagają leki w razie czego. I leczenie się z iluzji, że coś będzie idealnie, całkowicie. I że dziecko zostanie całkowicie ukojone. No, nie… Ale tu się chwilę pobawi, tu wypocznie. I najważniejsze – kiedy płacze i cierpi w kącie, przyjąć. Nie czekać aż się skończy ten ból i nie odrzucać.
Takim rodzicem pomocniczym może być też grupa wsparcia. Osób w podobnej sytuacji. Ale z mojego doświadczenia wynika że w zwykłych bliskich relacjach takie oczekiwania to za dużo. Można w nich pokazać tylko jakiś niewielki kawałek ran, na ile druga osoba jest w stanie zmieścić – i zazwyczaj też w takiej relacji trzeba wzajemnie tej drugiej osoby rany opatrywać, znosić trudne uczucia.
Jeśli chodzi o ćwiczenia, to w moim przypadku działa ciągle co innego. Kiedyś długie spacery. Potem pilates i joga. A teraz zaczęłam chodzić dosłownie 500 m do parku. Z wyobrażonym pieskiem (boję się prawdziwych, oswajam się w ten sposób). Czasem nawet to jest za dużo. I też dobrze. Może masz coś swojego takiego? Ogród? Ławka w parku? Nie musi to być duża rzecz, to moje odkrycie. I nie musi być aż tak regularnie. Na tyle na ile się da. To jest dla mnie praca wewnętrzna.
I akceptacja. Mam teraz trudny okres w pracy. Odkładam trudne a zarazem mieszczę to, że ta praca daje mi chleb i po prostu znaczna jej część daje mi w kość, jest nieprzyjemna. W lepszych chwilach pomału działam. Naprawdę super pomału.
Nie wiem czy coś Ci to pomoże Oliwia. Wiem jedno – gdy piszesz, widać małą dziewczynkę. Ja przez setki kilometrów (strzelam odległość) mam ochotę ją przytulić i otrzeć jej łzy, dać misia i wziąć za rękę. Jeśli to potrafisz zrobić tutaj, że ona jest tak obecna, to w życiu też można jej zrobić miejsce. Choć może to np. słono kosztować (mnie np. blokuje że muszę wydać kupę kasy na swoje zdrowie. Z mechanizmów, z domu pewnie. A gdy to zrobię, jestem zawsze zadowolona. Bo robię na odwrót niż w domu, tak jak należy).
A sny? Jak masz z tą sferą? Czytam teraz Marion woodman, opuszczając dom ojca. Bardzo mnie na drodze czytania i przyjmowania swoich wewnętrznych wiadomości umacnia. Obrazy i sny są dla mnie ważnym kluczem teraz, choć kiedyś kompletnie tego nie rozumiałam.
Pracuje już terapeutycznie, kiedyś pytałaś o to. Nie odpisałam wtedy. Bardzo dziwne uczucie. Usiąść po drugiej stronie. Być dla kogoś oparciem. Dawać innym to, czego doświadczyłam sama w najbardziej zmieniającej relacji. Trochę po omacku (początek pracy), ale z wrażliwością na wierzchu towarzyszyć ludziom będąc sobą. Pomagać im sklejać części. Zauważać je najpierw. I być przy nich po prostu. Trudne ale naprawdę piękne i ekscytujące na ten moment (to nie w tej pracy dostaje w kość). Chociaz wyobrażam sobie że przy pustym zasobniku może być bardzo bolesne. I własnych ranach otwartych. Dalej pracujesz w tym charakterze?
-
Ta odpowiedź została zmodyfikowana , 3 tygodni temu przez
-
AutorWpisy