Odpowiedzi forum utworzone

Przeglądasz 10 wpisów - od 1 do 10 (z 34)
  • Autor
    Wpisy
  • kurianna
    Uczestnik
    Liczba postów: 34
    w odpowiedzi na: Molestowanie seksualne. #486084

    Cześć, Alicja!

    Temat jest mi bliski, terapia ofiar seksualnych bywa bardzo ciężka – w moim odczuciu. I z mojego doświadczenia. Jeśli przeżywasz trudny czas i potrzebujesz przegadać temat – napiszę Ci mejla. Być może czas dla mnie, by wyjść ze skorupy tutaj i faktycznie kogoś poznać – ośmielił mnie Twój wpis o relacjach, które tu nawiązałaś.

    Podziwiam spokój i asertywność, a jednocześnie życzliwość, jakimi emanuje Twoja odpowiedź na post abcd. Zachowanie zimnej krwi w takich sytuacjach to coś, czego się uczę.

     

    kurianna
    Uczestnik
    Liczba postów: 34

    Cześć! (Ale fajny nick, bliskie mi imię plus Yahoo☺️, takie skojarzenia mi się nasunęły)

    Miło Cię tu zobaczyć, fajnie że się chciałeś podzielić w tak niełatwym momencie. Napiszę skrótowo, co mi się nasunęło – nie wszystko niestety co piszesz jest dla mnie zrozumiałe. Stąd moje uwagi mogą być nieadekwatne dla Ciebie.

    1. Moment, w którym jesteś. Runęło to, co budowałes z trudem, a co przynosiło efekty. Niełatwe to bo „przecież działało”, a teraz znowu jesteś w punkcie wyjścia. Mogę się domyślać, jak trudne to musi być.

     

    Mi pomaga wtedy powiedzenie: nie porównuj się ze swoimi najlepszymi momentami. To zabójczy perfekcjonizm i woda na młyn wewnętrznego krytyka. Jesteś tu gdzie jesteś i masz karty jakie masz. Teraz na pewno trudno Ci traktować to co było wcześniej jako zasób, pewnie raczej to obciążenie. Skupiłabym się na tu i teraz. Co mi pomoże? Na czym mogę się skupić? Co mogę zbudować? Tego jednego dnia?

     

    2. Można też przemyśleć co nie działało. Mi się skojarzyło z Twoją sytuacją duże dbanie o fasadę (wszyscy przychodzili do Ciebie uśmiechniętego i dającego, a teraz mają szok poznawczy i się wycofali – ale czy na pewno dotyczy to wszystkich? A co możesz zrobić żeby to się zmieniło? Poszukać nowych znajomości, np. w grupach wsparcia? A może konsekwentnie i odważnie pokazać siebie tym znajomym z którymi czułeś się względnie bezpiecznie?).

     

    3. Dawałeś dużo z siebie, a co z umiejętnością proszenia o pomoc i przyjmowania jej? Tak to brzmi jakbyś był tak przywiązany do swojego wizerunku dającego wsparcie ze może nie akceptujesz jeszcze na głębokim poziomie siebie który jest w dole i teraz potrzebuje od innych?

     

    4. To brzmi jak zadanie dla dobrego terapeuty (jest wiele nurtów, ważne moim zdaniem, by T kumał tematykę traumy i uzależnień). Przekonanie o tym, że jesteś wartościowy dla innych jedynie gdy masz coś do zaoferowania? Znamy dobrze! Ale dobrze się też poddaje terapii.

     

    Też nie zrozumiałam o co chodzi z Twoim enigmatycznym udzielaniem pomocy innym – jeśli byłeś terapeuta, powinieneś przejść terapię własną? Jak to wyglądało?

     

    5. masz dużą świadomość mechanizmów i jak one Cię więżą, a pierwszy ważny krok by z nich zejść. Jednak jestes w dole, potrzebujesz zasobów… Dobrze się to robi w obecności kogoś kto daje wsparcie. Dla mnie pożyteczna była rada, że jak widzę mechanizm, ale nie wiem jak się go pozbyć, trzeba zrobić jakby krok w tył, zastanowić się i wybrać jeszcze raz. Czy to mi służy na dłuższą metę czy jest pisane przez emocje i stare skrypty? I tak… tysiąc razy dziennie 🤦

    Trzymam za Ciebie kciuki i raz jeszcze wyrażam autentyczną radość, że zdecydowałeś się dołączyć i tu napisać (ja np. ciągle nie mam odwagi założyć swojego wątku, gratuluję).

     

    kurianna
    Uczestnik
    Liczba postów: 34

    Nie napisałam wniosku. Tobie, Oliwio, wiem, że terapie zawiodły… Sama w dodatku jesteś po drugiej stronie i jesteś, jak słyszę, bez zasobów, wypalona. Ale każdy ma jakieś swoje sposoby radzenia sobie, nie ma jednej drogi dla każdego (przez większość czasu byłam przekonana, że jest – jest to terapia w nurcie psychodynamicznym dla każdego z trudnym dzieciństwem:D). Może spróbujecie poszukać tego, co Wam pomaga odnaleźć światło? może z tego da się utkać jakąś nić – łączącą Was ze sobą, a może nawet później z innymi?

    kurianna
    Uczestnik
    Liczba postów: 34

    Hmm… Tyle bólu u Was obojga słyszę, ogrom cierpienia i beznadziei. I samotności. I świadomości, że znowu próbowałem i nie wyszło (albo nie warto próbować, bo kto by to wytrzymał). Współczuję. I rozumiem (jakoś tam po swojemu, odnosząc do siebie, po swojemu i w niepełny sposób).

    Dwie rzeczy mi się nasuwają: relacje to piekło. Banał, ale prawdziwy. Tu nie ma niiiiiigdy nic stałego, cały czas się zmagam z poczuciem odrzucenia, poczuciem, że to co robię, trafia w pustkę, że gra jest niewarta świeczki… Nie wiem, czy też tak macie, ale to, co dla innych jest normą, stanem normalnym (utrzymywaniem relacji), u mnie wywołuje psychiczne tortury. Zresztą nawet na tym forum też przestałam się udzielać, musiałam przetrawić to, jak widzą mnie inni (bardziej: jak myślę, że mnie widzą). Przepracować też to, jak nie trafiać znowu w koleinę „szlag, znowu oberwałam, trzeba było się nie pchać”.  Skonfrontować się być może z własną nieumiejętnością komunikacji. I pytaniem: jak oddzielić to, co jest faktycznie o mnie, od tego, co nie jest, a co mówi jedynie o samym mówiącym… Jaka jest tu granica mojej odpowiedzialności i mojego wpływu?

    Ech… W życiu po chwili wracam jednak do tych zwichrowanych (często przez moje impulsywne czyny) relacji i buduję na nowo. Klocek po klocku. Zawsze boli. Ciągle trudno mi odróżnić, kiedy warto się angażować, a kiedy nie. Kiedy podchodzę za blisko i za intensywnie, a niekiedy z kolei wycofuję się za bardzo.

    Druga rzecz: słyszę głuchy dźwięk uderzenia o dno. Zwłaszcza u Ciebie Oliwio, dosłownie go usłyszałam. Taki list z butelki z głębi morza – Twoje słowa (takie mi się obrazy uruchamiają). Mocno mi się ratownik odzywa. Ale generalnie, jeśli mogę podsunąć nutkę nadziei, z takiego dna czasem rodzi się coś nowego. Już wiemy, że nie dajemy rady. Że wszystko zawiodło – to czego dotychczas próbowaliśmy. Mi osobiście samo znalezienie się na tym dnie pomogło (po czasie to widzę). Własna bezradność mnie uwolniła też w jakiś sposób. Nie zdecydowałam się na ostateczność, jakoś za którymś razem odnalazłam odpowiednią pomoc. I tak to się tka, w bólu, do dzisiaj.

    Nie ma niestety jednej recepty… Generalnie zwykle pomaga terapia i leki (wspierająco lub stale). Z dobrym, znającym problematykę traumy i uzależnień, terapeutą. Ale mi pomogły też książki (np. Pinkola Estes, Biegnąca z wilkami, mimo nawiedzonego stylu i paru błędów merytorycznych oraz Peter Walker, ComplexPTSD, poradnik gęsty jak smoła, dostępny na chomikuj, jeszcze nie przebrnęłam, ale już pomógł, zwłaszcza rozdział o emocjonalnych flashbackach, można znaleźć w necie – na początku brzmi jak czarna magia, a potem w miarę wprawy – po prostu działa i pozwala leczyć samemu dawne rany; oczywiście z kolosalnym wysiłkiem). Pomogły też internetowe podcasty itd. No i jednak otwieranie się przed ludźmi w realu – czasem zbyt wylewne, czasem nabijające guza we wrażliwe miejsce, ale generalnie zdejmujące nieznośny ciężar pięknej fasady.

    W końcu trafiłam do siebie jakoś i daję przemówić mojej intuicji. Często nie rozróżniam jej głosu od innych w mojej głowie, albo boję się działać, ale jest lepiej. Ona podpowiada mi, słuchana, jakie sposoby są dla mnie najlepsze. Choć tu też zdarzają się liczne bezdroża – wywieranie presji na siebie. Ot, np. zrobiłam test mocnych stron zwany testem Galllupa, nie wiem, czy kojarzycie – fajne, wspierające narzędzie psychologiczno-rozwojowe. Przepłakałam dwa dni (nie całe:), tak silna jest we mnie presja, że powinnam być najlepsza we wszystkim (a nie mieć jakieś tam konkretne mocne strony, w dodatku nie takie, jakich oczekiwałam:), a  test wypełniłam „źle” (to niemożliwe:P). Mój mąż (też DDA) wziął po prostu z tego raportu fajne, wspierające zdania o nim samym, w końcu podążyłam za nim w tym i z oporem próbuję przeczytać raport, który mówi Ci, co w Tobie może być dobrego i pomaga wypracować zgodne z Tobą sposoby funkcjonowania i może nawet rozwoju. Jako najważniejsza cecha wyszła mi empatia. Postanowiłam tu wrócić i napisać. Tak, jestem w eterze. Tak, jestem realna i realnie myślę o Oliwio, Cerberze. W tej samotności Waszej i bólu.

    kurianna
    Uczestnik
    Liczba postów: 34

    Szukasz spraing partnera… No way. Szkoda mi energii.

     

    Nie uzgodnimy poziomów dyskusji- już na etapie definicji jest rozdźwięk.

     

    Dla mnie operujesz przekonaniami  jako obiektywnie przyjętą wiedzą. Próbowałam wejść na poziom meta (pytałeś czemu jesteś uznawany za agresywnego – starałam się w duchu szacunku wskazać, że uznajesz rzeczy dyskusyjne za oczywistości, stąd reakcje obronne).

     

    Myliłam się co do przypisywanej Ci pasywnej agresji – jest jawna i otwarta! 😅 Odejdź w pokoju.

    kurianna
    Uczestnik
    Liczba postów: 34

    No i odłożyć telefon… Ymhm… Łatwiej powiedzieć niż zrobić 😉 Zawsze łatwiej przeglądać tysiąc gotowych perfekcyjnych rezultatów – to takie satysfakcjonujące przecież! I na tym się kończy:D Cenna uwaga.

    kurianna
    Uczestnik
    Liczba postów: 34

    Dzięki, Noname, za taką wyczerpującą odpowiedź. I inspirującą. Powiem szczerze, nie wpadłyby mi do głowy tak proste sposoby jakie opisałaś:D Dzielenie się kimś z tym co robię – zawsze wydawało mi się to za mało ważne, za mało wartościowe i godne uwagi (wiadomo, z domu: rezultat ma być od razu PERFEKCYJNY albo do kosza i nie próbuj więcej, bo to wkurza!). A stworzenie wokół siebie wspierającej atmosfery (ludzie, słońce, przestrzeń) może być kluczowe. Bardzo fajna też myśl z prezentem, robieniem czegoś dla kogoś – w sumie kiedy ostatnio sięgnęłam po papier i nożyczki, to właśnie dla kogoś, dla mojej nauczycielki z gitary. Fajne. Od razu też czuję, że na mnie działa taka przyjazna rywalizacja – Wy coś robicie, ja też chcę coś robić, idzie mi energia „do góry” od razu, tak pozytywnie, jak mówiłaś.

    Zniechęcają mnie pierwsze próby (a i tak wymagają ogromnego przełamania, by zacząć, pokonania ogromnej wewnętrznej inercji i lęku), bo wydają mi się chaotyczne, amatorskie, duuuużo gorsze od innych… Kurde, wiem, że to mechanizmy, ale na razie się im przyglądam bezradnie. Przekonania stojące za nimi są za silne chyba póki co (nie masz prawa się za nic brać! robisz bałagan! rzępolisz! zniknij stąd! – coś w tym stylu na poziomie przekazu z domu).

    Biję się też w piersi z odbieganiem od tematu – tutaj tylko hobby, bez wsadzania kija w mrowisko.

    Noname, bardzo podoba mi się Twój sposób dyskusji – taki wnikliwy i pełen szacunku dla drugiej strony, a jednocześnie aktywnie unikasz wejścia w spiralę negatywności, budując pozytywne podejście. Mega dla mnie!

    kurianna
    Uczestnik
    Liczba postów: 34
    w odpowiedzi na: Tęsknota po terapii #485140

    Fajnie, dokładnie to wszystko opisałeś. Możliwe, że ten zgryz jest w związki z terapią behawioralną, skupioną na objawach – objawy ogarniasz, więc kończymy. A Ci się przeniesienie włączyło mega (czyli obudziły Ci się wczesnodziecięce braki, które w końcu trzeba samemu zacząć zaspokajać), więc proces jest totalnie w trakcie. Stąd ta tęsknota taka bolesna. U mnie poziom cierpienia był prawie nie do wytrzymania, wyłam z bólu podczas wszelkich przerw, urlopów terapeuty etc. Leki pomogły no i oczywiście żmuuuudne przegadywanie tematu w terapii (wstyd, lęk, obawa przed zakończeniem, bo jestem „za bardzo” zaangażowana). No i kupa lektur w temacie (to mój sposób radzenia sobie z rzeczywistością od dzieciństwa), dlatego troszkę się tu mogę powymądrzać:) Dziękuję za tolerancję dla belferskiego może czasem tonu:)

    Czy Ty w ogóle kierowałeś gniew do swojej t.? Bo to tak brzmi, jakbyś skończył na etapie idealizacji, takiego uwielbienia i tęsknoty. Gniew to bardzo ważny element, a ja widzę (i odczuwam) co najmniej 5 powodów dla których mógłbyś wyrazić swój gniew na sesjach.

    Wg mnie masz dwa wyjścia, może nawet na raz: wejść w furtkę spotkań z Twoją terapeutką i przegadać z nią temat tak szczerze jak Cię na to stać. Łącznie z gniewem na nią, który być może gdzieś Ci tam kiełkuje (i który w mojej ocenie dobrze by Ci zrobił). I nie udawać samemu przed sobą, że skończyłeś terapię (bo masz wesele, bo już rok, bo coś tam). Jesteś w samym środeczku.

    Czujesz cierpienie, którego źródło będzie Ci ciężko samemu usunąć (tęsknota przeniesieniowa). Warto, żebyś miał wsparcie w tym momencie. Osobiście radziłabym Ci poszukać takiego terapeuty, który zajmuje się traumą wczesnodziecięcą i/lub tematem uzależnień i współuzależnienia (byle nie sam terapeuta uzależnień, tylko psychoterapeuta). Np. jest w stowarzyszeniu European Society for Trauma and Dissociation. Albo jakiegoś polecanego przez kogoś z podobnymi do nas problemami.

     

    Bardzo Ci kibicuję w szukaniu wyjścia z tej niełatwej i bolesnej sytuacji. Natomiast jasna strona to taka, że to o czym piszesz świadczy, że serio już dużo zrobiłeś w terapii. Dużo kroków za Tobą. Fajnie byłoby to mądrze pociągnąć. Mówię z doświadczenia własnego, mojego męża DDA, który właśnie wraca na terapię z kim innym, bo też dotrwał do etapu „ogarniania kuwety”, ale nie przepracowania traumy. Moja przyjaciółka też jest psychoterapeutką, więc sporo się wymieniamy spojrzeniami.

    kurianna
    Uczestnik
    Liczba postów: 34
    w odpowiedzi na: Tęsknota po terapii #485134

    Że jak – w złą stronę? Że bałeś się za bardzo zaangażować? To jest istota terapii, przeniesienie. Tak organizujemy relacje w naszym życiu, taka matryca – po to się jej przyglądamy w procesie, żeby móc to zmienić. To nie jest tak, że robisz coś „tylko” z terapeutą. Robisz to wszędzie zapewne. Tylko tu bardziej widać. Np. pewnie wyprzedzająco pomagasz ludziom i bierzesz na siebie za dużo w innych relacjach też. Albo tak jak ja – zamiast zająć się swoimi sprawami, właśnie uciekam w Twoje problemy od mega stresującego zadania, jakie mnie czeka:D:D:D

    Tylko ważne żeby to wszystko (strach przed zaangażowaniem, lęk przed pójściem za daleko) przynieść na sesję.

    • Ta odpowiedź została zmodyfikowana temu przez kurianna.
    kurianna
    Uczestnik
    Liczba postów: 34
    w odpowiedzi na: Tęsknota po terapii #485133

    Czy to są dobre powody by kończyć terapię? Sam podjąłeś taką decyzję? Mnie mój t. mówi, że to relacja 50-50 i że jedna strona nie decyduje nagle o zakończeniu. Miałeś szczerą rozmowę na temat przyczyn zakończenia terapii?

    Nie rozumiem z tym weselem? To był warunek, koniec terapii? Twój, narzeczonej?

    Bo tak ogólnie terapia rok to bardzo krótko… W sam raz żeby rozgrzebać. Zwykle 2,5-3 lata, czasem 4, 5… Ewidentnie jesteś w samym środku przeniesienia (a więc i procesu terapeutycznego).

    • Ta odpowiedź została zmodyfikowana temu przez kurianna.
Przeglądasz 10 wpisów - od 1 do 10 (z 34)