Odpowiedzi forum utworzone
-
AutorWpisy
-
w odpowiedzi na: Co zrobić, proszę o radę doświadczonych. #486590
przepraszam, jeśli za ostro i zbyt osobiście zahaczyłam – wycofuję się. Jeśli chodzi o przytyk do mnie – jasne że mam nieprzepracowane tematy, po to tu m.in. jestem. Praca trwa do grobu, jak sądzę.
Nie chciałam nikogo urazić. Bardziej uderzył mnie osądzający ton (być może niezamierzony) tego „daddy issue”, jakby to oznaczało, że do widzenia, laska ma „issues”, trzymaj się z daleka. Obudziło to mój gniew. Bo przecież dużo dobrego może być między nimi, jeśli się dogadają. A jeśli nie – też świetnie, zwłaszcza jeśli czegoś się nauczą o sobie w trakcie samego procesu. Reagowanie na każdą trudność w związku pokazaniem drzwi jest moim zdaniem przejawem mechanizmu (sama go mam potężnego – odrzucam pierwsza z całych sił, by nie doznać odrzucenia np.), a nie zdrowego podejścia. Dopiero komunikacja naszych potrzeb, uczuć (jak napisał 2wprzód1tył) i ewentualny brak odzewu z drugiej strony może być powodem do zerwania. Póki trwa dialog, w którym zachodzi autentyczna wymiana, póty nadziei.
Moim zdaniem każdy człowiek ma „issues” z rodzicem odmiennej płci – kwestia jak poważne i jak bardzo je sobie uświadamiasz. I czy Tobą kierują spod spodu, czy masz je w świetle i możesz świadomie wybrać, jaką ścieżką iść. Jak napisał 2wprzód1tył, ważne są style przywiązania i też to, jak one ze sobą reagują (np. niespokojny z unikającym, gorąca mieszanka wymagająca dużej świadomości i manewrowania). Pozabezpieczne style faktyczne mogą się wskutek terapii zmienić w bezpieczne, jest to potwierdzone badaniami – czego sobie i innym życzę. Żeby się to udało, warto się przyjrzeć „tańcowi” w związku – w jakie schematy wzajemnych reakcji wchodzimy, kiedy to jest niszczące i jak z tego poschodzić, nie schodząc z zaspokajania swoich potrzeb.
w odpowiedzi na: Wszechobecne poczucie odrzucenia #486578Cześć, Cerber!
Fajnie, że się rozpisałeś:) bardzo przyjemnie się czyta (no, może nie tyle przyjemnie, bo piszesz o swoim cierpieniu, ale w sensie, że dobrze się czyta). Ja z kolei nic nie pisałam, bo miałam taki trudny tydzień (śmierć w rodzinie – z przepicia, presja w pracy plus walka ze sobą, czy iść na L4 czy spełnić oczekiwania – swoje i cudze. Na ten moment wytrwałam w robocie, ale dziecko trochę złe:).
Myśl przewodnia:
strach przed swoim obrazem w czyiś oczach. Że będzie on zły, słaby , ogólnie negatywny . W sumie będzie to pomieszany wstyd ze strachem, lub strach ze wstydem
No, myślę, że trochę z tego zeszłam. Żeby było jasne – trochę zeszłam oznacza: kiedyś to była dla mnie główna instancja mojego życia; teraz jest odczuwalnie lepiej. Święty bożek do zaspokojenia: mój wizerunek w oczach innych. Czy spasuję. Czy będę OK? Czy spełnię oczekiwania? Czy się spodobam? Czy na pewno nie popełnię błędu i mnie nie skreślą? Trochę mi pomogło, że jest to takim narcyzmem poszyte – niby to ja się stawiam niżej, podporządkowuję. ale w sumie troszczę się wiecznie o ten wizerunek – jako te narcyzy dwa, moi rodzice. (trochę tak „pop” używam tego słowa – nie jako zaburzenie, ale cechy narcystyczne; gdzieś był artykuł, że uzależnienie rozwija takie same cechy jak narcyzm jako zaburzenie). Bo musiałyśmy być z siostrami potwierdzeniem ich nienagannego wizerunku, tego, że wszystko u nas ok, skoro dzieci takie ładne, grzeczne i w karty grają. Krew mi się gotuje!
Skoro więc prawdziwie narcystyczne osobniki działają mi na nerwy, jak już się z tym skonfrontowałam u siebie, łatwiej mi to wyplenić. Czyli zastępuję to bardziej pokorną postawą – jestem jaka jestem, nie wszystkim muszę odpowiadać (wbrew pozorom, dla mnie to była nowość – wcześniej myślałam, że serio muszę WSZYSTKIM odpowiadać i WSZYSTKO robić najlepiej). Oczywiście dalej cierpnę, gdy czuję odrzucenie przez bliskich (kiedy oni mnie nie akceptują i ten lęk się spełnia), ale już nie mam aż tak radaru nastawionego na akceptację całego świata.
Tutaj mi pomogło też to, co Tobie. Praca z wewnętrznym krytykiem. A miałam naprawdę mocarnego twora! Co mi pomogło – terapia (kiedy mi t. uświadomił, jak go wspieram mocno, a siebie osłabiam; kiedy mi ciągle uświadamiał, skąd ten głos, że od rodziców etc., a nie jest mój oryginalnie). Ale też IFS – system wewnętrznej rodziny. tam jest takie silne założenie, które może też Tobie, Cerberze, pomoże, że każda część jest po coś. Każda ma swoje zadanie (jak masz tak dużo tych głosów i postaci, to to może być bardzo pomocne – że każdy z tych „niechcianych” też ma swoją funkcję). Czyli krytyk chce mnie chronić (przed blamażem) – a nie torturować etc. Zaczęłam być dla niego łagodniejsza i mówię mu: przepracowujesz się, odpuść. Idź już na emeryturę, nie ma tu niebezpieczeństwa dla mnie. Najpierw było w ogóle zrozumienie, po co te części są (a mam też wiele niechcianych czy trudnych: krytyk, M jak morderca, Nadopiekun, Masochistka, małpeczka, czujny obserwator otoczenia, flash-wonder woman i jeszcze parę;P).
W rozumieniu tego od strony praktycznej pomogła mi książka i serial „24 twarze Billy`ego Mulligana”. W przerysowanej formie (na szczęście), ale była tam praca z częściami pokazana. Zrozumiałam lepiej swoją dysocjację i ten podział na części. No i najważniejsze – pielęgnuję zdrową dorosłą część. Wiem, kiedy ona jest u sterów, a kiedy któraś z tych młodszych czy bardziej poranionych czy kontrolujących. To tak w skrócie 3 lata pracy.
Jak piszesz o tej ucieczce bardziej agresywnych części w trudnych chwilach – totalnie znam! Ja tak miałam wiele lat. Jakakolwiek trudność – freeze, oszołomienie, czasem gniew (ale bardziej przy bliskich, przy innych tłumiona wściekłość). Musiałam zyskać dostęp do tych części, przepracować trudne stany. Takiego całkowitego odsłonięcia wrażliwych stron, które doznały najgorszych krzywd. I konfrontacji z tymi agresywnymi. Kiedy zrozumiałam, że mogę je wykorzystać, że nie one nie muszą być przeciwko mnie (tak naprawdę nie chcą, są jakby źle używane, źle wyciągane) – zaczęłam je poowoooluuutku przyszywać. I teraz mam je niekiedy na wyciągnięcie ręki – ktoś mnie rani, a ja zamiast autoagresji – ciach! obrona. Adekwatna. Dorosła. Oczywiście w dobre dni i nie zawsze – ale zawsze coś.
Zauważyłem że czasem kiedy czuję pustkę zaczynam jeść, brzuch pełen ale dalej odczuwam pustkę , a kiedy mam dobre dni (rzadko ale zdarzają się) jem mniej i tylko kiedy jestem głodny.
Ło, matko, ale Cię rozumiem pod tym względem! I przytulam – to jest bardzo trudne do zejścia (nie można jedzenia odstawić, jak wódki np.). Jak to moja koleżanka ujęła: „jedzenie, tylko ono mnie rozumie”. Dokładnie – staram się łapać momenty, gdy reguluję emocje jedzeniem. Zajadam tę pustkę czy w moim wypadku – bardziej niepokój. Ale to nie jest takie proste, jakie mi się na początku terapii wydawało. Co z tego, że już wiem, że jem na siłę, skoro to dalej silniejsze ode mnie? Pocieszam się, że nie wszystko na raz. Bez perfekcjonizmu.
Ja ma odwrotnie ja uciekam, kiedy widzę fajną dziewczynę, pojawia się lęk i myśli i tak nie spełnisz oczekiwań, więc po co w ogóle zaczynać . I to mi się pogłębia. Kiedyś kiedy zdarzało się że spotykałem się z dziewczynami , miałem w głowie że musi być idealnie a jeśli nie jest to to nie to i uciekałem (z perspektywy nazywam to że nie było „filmowo”)
Kurde, trochę błędne koło się robi… Bo jak nie próbujesz, to jak nabrać pewności siebie, żeby potem znowu spróbować, kiedy się nie uda? Wręcz przeciwnie, organ nieużywany zanika, pewność siebie topnieje.
Też mam oczekiwania, że powinno być idealnie, filmowo, jak z książek. Matko… takie mi się to nastoletnie, pensjonarskie wydawało – krytykowałam się za to, ale marzyłam dalej. Teraz powoli wpuszczam rzeczywistość – nie nie jest idealnie. Jest bardzo trudno. Czujesz się niezrozumiana i skrzywdzona – i tak piąty raz tego dnia, tego tygodnia… Mam ochotę pierdzielnąć tym związkiem zamiast się męczyć (wiem, inna sytuacja niż samotność, ale jesteśmy ponad 20 lat razem, więc w ogóle praktycznie nie znam innego życia niż z mężem). Inni na pewno są fajniejsi (jasne! do pierwszych burz). I potem powolutku rozmowa za rozmową, odbudowywanie za odbudowywaniem, kawa za kawą, kilof za kilofem – jakoś to idzie. Mąż też w zmianie, więc jest i dynamicznie i trudno, ale więcej zrozumienia gdzieś tam na horyzoncie każdej rozmowy.
Też miałam blokadę, że na pewno jestem za mało fajna, za mało w kanonie urody, za mało jakaśtam, żeby w ogóle się podobać. Nie wiem, jakie Ty masz zdanie na ten temat. Okazało się to wierutną bzdurą. Jest dokładnie tak jak piszą w podręcznikach podrywania – to kwestia praktycznie wyłącznie pewności siebie. Ale nie takiej pewności jak z tych podręczników – tylko takiej głęboko osadzonej. Że już wiesz, że wystarczasz. I odmienna płeć to czuje. Nie uważam już też, że muszę się spodobać wszystkim. Ale tak naprawdę jak jest iskra, to prawie zawsze można ją rozdmuchać. A pojawia się dużo częściej niżby się człowiek spodziewał. Tylko np. nie unikam rozmów ani (chyba najważniejsze) kontaktu wzrokowego. Już się tak panicznie nie „wstydzę” rozmawiać ani wychodzić ze swoim (kurde, nawet tutaj jeszcze niedawno całkiem się wstydziłam, żeby coś napisać!). Po prostu nie lekceważę tych iskier, tylko je zauważam. Tylko teraz przechwytuje je moja zdrowa część, więc nie prowadzą do pożarów emocjonalnych, tylko do fajnych znajomości, przyjaźni, twórczości.
Dziś zacząłem zadawać sobie pytanie ” Czego potrzebujesz ? ” W pracy było zamieszanie po pytaniu czego Potrzebujesz ? Odpowiedź żeby ktoś ogarną ten bajzel , bo nie idzie po mojej myśli .
Wow, to jest super inspirujące, co piszesz! Tak dosłownie, jakbym słyszała Twojej kroki do zmiany. Bardzo budujące. Zabieram sobie;) Jestem ciekawa, czy to Cię jakoś prowadzi.
Jeszcze jeden knif z „Czułej przewodniczki” Ci wrzucę. Żeby nie dać się mechanizmom obronnym, często zadaję sobie z kolei pytanie: czego usiłuję nie wiedzieć? To fajnie omija obrony i pozwala dojść do zdrowych przekonań (np. usiłuję nie wiedzieć, że ten pan nie jest moim tatusiem; usiłuję nie wiedzieć, że zrobiłam dobrą robotę (a skupiam się na tym, co nie wyszło), usiłuję nie wiedzieć, że jestem w sumie OK i moje potrzeby są OK, niezależnie co ktoś o tym sądzi etc.).
PS. Pierwszy raz nie czytam w ogóle, co napisałam, niech leci do Ciebie. Tak też trenuję ucieczkę od tych oczekiwań wewn. i zewn. Staram się też mieć w nosie, że ktoś mógłby mnie rozpoznać – w sumie powoli nie wstydzę się tych rzeczy, o których piszę i nick daje mi swobodę, ale nie przeszkadzałoby mi, że ktoś znajomy by to przeczytał i rzekł: o piszesz na forum, rozpoznałem Cię po czymś tam:) Niestety, prawda jest taka, że ludzie znacznie mniej interesują się nami niż nam się wydaje:D
PPS. Oliwia, czy Ty masz złość, że tak się gościmy w Twoim wątku? Temat dalej się zgadza (wszechobecne…), ale Ciebie brak.
w odpowiedzi na: Ankieta dla DOROSŁYCH DZIECI ALKOHOLIKÓW posiadających POTOMSTWO #486576Poszło! Niby krótka ankieta, a fajnie mi zobrazowała pewne rzeczy (zestawienie: wtedy, w domu pochodzenia, i teraz) – dziękuję.
w odpowiedzi na: Co zrobić, proszę o radę doświadczonych. #486571mogę się mylić, ale mam takie wrażenie, że uciekł nam właściwy temat. Ty zwracający się o pomoc czy radę czy tam o wgląd, a zostało osądzanie sytuacji po jakimś tam wycinku.
Napisałeś o rzeczach które Cię niepokoją – stąd może wizerunek femme fatale, jaki się tu odmalował (i ewidentnie zagrał u niektórych komentujących chęcią bronienia Cię przed wejściem „w bagno”). Moim zdaniem jest to sąd nad obiektami w głowach komentujących (czyżby jakieś nieprzepracowane „mommy issues”, drodzy panowie 😁?) , nie nad realna sytuacja czy osoba. Nie ma tu ewidentnych przesłanek jak np. w niektórych historiach gdzie widać współuzależnienie gołym okiem.
Związek to umowa, wzajemne zobowiązanie. Obowiązuje w nim to, na co się umówicie. Poziom zaangażowania i dzielenia się sobą. Poziom otwartości (ktoś w innym wątku napisał że wyjście na kawę jest już zdradą – hmmmm… Zależy od umowy i kontekstu). Poziom kontroli nad sobą (z kim druga osoba może się spotykać, co robić, jak stosować używki – i na ile to mamy dogadane, na ile to jest indywidualna decyzja, na ile wspólna).
Powiedz więc, skoro Twoja dziewczyna jest w terapii, jak Wam idą rozmowy na temat tego wspólnego obszaru zwanego związkiem? I tego, co zostawiacie sobie indywidualnie, a na co się umawiacie wspólnie? Co już Wam działa? Na ile szczerze jesteście się w stanie przyjrzeć sobie wzajemnie (także Twojej chęci kontroli, spędzania czasu, a z drugiej strony potrzebie zaufania etc.). Jak sobie jesteście w stanie oboje te suwaki poprzesuwać, żeby Wam było dobrze? Tobie i jej? I wtedy się okaże czy gra jest warta świeczki – jeśli macie taką wymianę. Bo chyba na nieobgadaniu tych kwestii nie możecie dłużej lecieć.
I czego oczekujesz od nas właściwie? Jakie masz tu potrzeby? Wątpliwości swoje możesz rozwiać jedynie próbując – rozmawiać, a jeśli się nie da uzgodnić pola i poczujesz że Twoje potrzeby są lekceważone – może dopiero wtedy warto wybrać siebie. Mam nadzieję, że w ten sposób rozpoczniesz też drogę do siebie – bo nasze potrzeby świetnie widać właśnie w zwierciadle relacji. Wtedy można je sobie najlepiej uświadomić, taki stress test. Trzymam za Ciebie kciuki! 🙂
w odpowiedzi na: Szukam wsparcia #486505Hmmm… Możesz coś więcej napisać?
Jestem kobietą zamężną z dziećmi 😅 Czego oczekujesz?
w odpowiedzi na: Co zrobić, proszę o radę doświadczonych. #486504Cześć!
Nasze rady raczej na niewiele się zdadzą – związek jest Twój i Twojej wybranki. To Wy się będziecie borykać z jego ciemnymi stronami i cieszyć jasnymi, a tylko Ty możesz wyznaczyć granice tego, co jesteś w stanie znieść, jaki poziom pewności jest dla Ciebie akceptowalny etc. Uważałabym ze słuchaniem obcych wglądów na zasadzie tak albo nie – łatwo o pochopne sądy z zewnątrz. A wewnątrz jesteś Ty. I ona. I jeszcze parę osób, jak czytam:)
Natomiast nie udzielając rady, mogę się podzielić swoim wglądem i doświadczeniem.
szukała tego zainteresowania w innych miejscach, u znajomych itd, zamiast zająć się po prostu sama sobą, swoimi sprawami itd.
Trochę to brzmi niepokojąco – albo Twoja dziewczyna sobie to ogarnie w terapii (wg moich doświadczeń takie rzeczy zajmują raczej lata niż rok), albo tak już będzie mieć. Czy Ty masz na to zgodę? Wspieranie jej w zmianie jeśli ona faktycznie taka gruntowną podejmie, też będzie wymagające dla Ciebie. Sam ocenisz czy warto i czy jest postęp. Tyle że on może być powolny (zwykle około 3-5 lat) i będzie się wiązać z wieloma regresami do tego co było wcześniej.
Poziom otwarcia związku… To jest trudny temat. Wygląda na to że Twoja dziewczyna widzi go bardziej otwartym niż Ty jesteś gotowym. Spotyka się z eksem, nadal mają zwierzęta (to bardzo łączy emocjonalnie zazwyczaj). A jak ona ocenia tę relację? Czy ona jej rzeczywiście na ten moment szkodzi? Jeśli tak, to moim zdaniem ona to sobie musi sama ogarnąć w terapii, zmuszaniem do zerwania osiągniesz przeciwny efekt. Jeśli brakowało jej ojca, a był np. niedostępny, to mechanizm przeniesienia na (zwykle) niewłaściwego, pociągającego i ciut narcystycznego faceta jest mega potężny. Uporanie się z nim zajmuje lata i wymaga ogromnej pracy własnej, inaczej „ssanie” potrzeb wczesnodzieciecych (które mamy nadzieję zaspokoić w takiej relacji) aż boli. U mnie zadziałało stopniowe obcinanie takiej relacji do coraz zdrowszych granic (fajnej przyjaźni, bez seksu i niezdrowych zjawisk, typu wspólne uleganie uzywkom), ale nie ucięcie jej. Pytanie czy masz tyle cierpliwości co mój partner? A Twoja partnerka pracuje nad sobą rzeczywiście? Czasem terapia idzie w stronę: wszystko mi się należy, zasysam zasoby z otoczenia, jadę na uwodzeniu jako swojej sile i przewadze. Jeśli się na tym zatrzyma i nie nastąpi przyglądniecie się własnej przemocowosci i przepracowanie potrzeb z części dziecięcej – możesz nigdy nie otrzymać tego, czego oczekujesz od związku. Lekarstwem jest oczywiście szczera rozmowa, a raczej ich ciąg. Jeśli jesteście wstanie sami, super, jeśli nie z terapeuta.
Mam nadzieję że w miarę składnie napisałam (z komórki niestety). Podzielisz się, czy coś Ci się przyda z tego?
w odpowiedzi na: Wszechobecne poczucie odrzucenia #486480Bardzo dziękuję, że tak szeroko odpisałeś i jeszcze odniosłeś się do każdego istotnego punktu. Twój feedback dużo dla mnie znaczy i jest konkretną motywacją. Inna sprawa, że – paradoksalnie – zdołałam się tu jakoś szerzej otworzyć, kiedy przestałam liczyć tak bardzo, że ktoś jakoś zareaguje na moje słowa, a bardziej – jak napisał Jakubek – zaczęło mi iść o samo otworzenie się. Moje wywody pomagają mnie samej – czytam je sobie, żeby zobaczyć swoją drogę (w złe dni myślę, że ona nie jest realna i w ogóle jestem w d*pie jak na początku). I usystematyzować sposoby radzenia sobie. Tym bardziej jest dla mnie istotne, że to Cię jakoś zmotywowało do refleksji:).
Po kolei też się odniosę. Niestety, nie ogarniam tak dobrze edycji, żeby było tak fajnie widać cytaty (jak u Ciebie). Ale spróbuję, może się uda.
Poczucie samotności do szpiku kości… Mówisz, że też masz podobnie. Gdzieś ostatnio przeczytałam, że za poczucie odrzucenia odpowiadają te same neurony, co przy doznaniu bólu. Czyli to może realnie zaboleć. A samotność to jakby przeciągnięte w czasie, „wieczne” poczucie odrzucenia – czyli ból zmieniony w długotrwałe cierpienie. Trochę mi pomaga myślenie o tym w taki medyczny sposób – bo właśnie widzę lepiej przyczyny i właśnie wiem, że powinnam zadziałać. Uleczyć. Nałożyć maść i plaster na ranę.
Współczuję Ci też tego stanu. To jest ogromne cierpienie i deprywacja potrzeb. Ale chyba pierwszym krokiem wyjścia jest w ogóle powiedzenie o tym innym – psychologowi, tutaj… Że taka najgłębsza samotność jeszcze obarczona wstydem to samotność w milczeniu, w ukryciu, jakby wstydzie, że się takim samotnym jest. Taka mi dokuczała przez lata. Przeglądałam ostatnio pamiętnik z liceum, takie zdanie tam było: „myślisz, że poszerzasz horyzonty… wiem, co robisz. Próbujesz z całych sił zamilczeć się na śmierć”.
Teraz jest zdecydowanie lepiej – też dzięki Wam, ludziom z forum tutaj.
Pewnego dnia jak wracałem z pracy myśląc o tym , próbując porozumieć się z nim „usłyszałem ” ,,nienawidzę cię” co mnie zmroziło . Z czasem powstała pewna „scena ” gdzie w okolicznościach przyrody jestem ja (dorosły) i ja (dziecko) i zaczęły od czasu do czasu pojawić się „inne” postacie (…).
Właśnie łączenie tych uczuć z potrzebami u mnie też zaczęło się od pracy z moją częścią dziecięcą! Tutaj w ogóle upatruję największych szans powodzenia terapii – jak ktoś ma kontakt ze swoim dzieckiem.
Piszesz, że sfreezowałeś, gdy dziecko powiedziało „nienawidzę cię”. Bardzo mocny tekst, nie dziwię się. U mnie – jak już odważyło się odezwać – powiedziało coś w stylu: „i tak znowu mnie zawiedziesz”. Większe pole do rozmowy. Rozpoczęła się długa droga odbudowywania zaufania. Dbania o siebie, wsłuchiwania się. Ponieważ jestem człowiekiem teatru, więc u mnie odbywało się to bardziej w dialogu, które sobie nagrywałam. Moje dziecko – ja dorosła (wyszkolona przez terapeutę). I gadamy. Ono mi mówi, jak bardzo cierpi, ja pocieszam. Przyjmuję. Też właśnie to, ile razy zawiodłam. Jakim byłam kiepskim rodzicem. U Ciebie widzę bardziej takie obrazowe myślenie – masz scenerię, postaci. Bardzo mi to pobudza wyobraźnię.
Ale u Ciebie początek jest też bardzo obiecujący. Wyraziło nienawiść – i bardzo dobrze! Miało tę odwagę w ogóle! Nasze wewnętrzne dzieci mają prawo nas nienawidzić, bo często przysparzaliśmy im cierpień, dołączając do oprawców. Nie dbając o nie, dając na siebie za dużą presję, porzucając samego siebie, mówiąc do siebie dalej starymi sposobami (np. oskarżanie się albo po prostu wyrażając przekonanie, że nasze potrzeby są zawsze w drugiej kolejności za potrzebami innych).
Teraz faktycznie mam porozumienie z małą kurianną. Mówi do mnie „Mamo” spontanicznie (1. raz był równie wzruszający, jak pierwsze „mamo” mojego syna – a szczerze mówiąc, to chyba nawet bardziej). I wie, że jej nie porzucę, a jeśli nawet tak się zdarzy, to jest to zwykły błąd, z którego wyciągnę wnioski i nie zrobię go drugi raz. Mamy fajną relację. Korzystam śmiało z jej spontaniczności i zachwytu – a ona ma we mnie oparcie. (Znowu widać, że mam dobry dzień! :D:D:D I znowu trochę ściemniam niechcący, koloryzuję. To jest stan idealny, ale do osiągnięcia właśnie w stanie ogarnięcia; cieszy mnie też już sama droga do tego celu, bo idziemy we dwie, a ja czekam na nią, a nie pędzę jak wcześniej).
Jeśli ja z silnym samobójem i autoagrechą poprzebieraną w tysiąc dziwnych szmatek (presja, pracoholizm, wybuchy gniewu, porzucanie siebie, idealizowanie innych, lekceważenie swoich potrzeb i niezauważanie ich) byłam w stanie się skontaktować z częścią dziecięcą i dogadać z nią, to myślę, że może u każdego jest taka potencjalna możliwość. Szkoliłam też otwartość i nieuleganie przekonaniu, że to jest „dziwaczne”. Zbyt dziwaczne, żeby ktoś mnie zaakceptował. Priorytetem było dla mnie zajęcie się tym dzieckiem, a nie zdanie innych. Odrzucenie przez samego siebie boli najbardziej.
Teraz się czuję, jakbym po prostu zawsze miała małe dziecko ze sobą. Muszę je nakarmić. Muszę zwolnić. Muszę wziąć tabletkę jeśli jestem chora. Muszę je ukoić, jeśli cierpi i płacze. Tych rzeczy nie robiłam dobrze. Ale jak masz dziecko, to po prostu to robisz. Widzę też z ogromnym wzruszeniem, jak swoim wewnętrznym dzieckiem zajmuje się mój mąż (jest sporo starszy i dla niego to było tak nienaturalne na początku! Umiał dbać tylko o nasze dzieci (te prawdziwe, rodzone:D)). Ale zdołaliśmy tę opiekę przekierować na małą kuriannę i małego męża kurianny:D
Ja raczej jestem przed tym „STOP” , takie narzucanie sobie i innym roli którą mają wg mnie spełnić a to budzi we mnie lęk, że ja nie spełnię oczekiwań i oni nie wywiążą się ze swojej roli
Bo ja już napisałam w skrócie o tych rzeczach, które widzę – że potrzebuję opieki, uznania, tego, żeby ktoś myślał to samo co ja. Kiedyś bym tego w ogóle nie widziała! Na nieświadomce byłoby tak: o, fajny facet, coś mnie ciągnie do niego, na pewno to, że jest taki czarujący i ma poczucie humoru – to lecimy w ogień! I potem cierpienie. Z koleżanką bym nie wiedziała, że oczekuję fuzji od niej – po prostu po rozmowie byłoby mi smutno i poczułabym się niezrozumiana. Teraz widzę tę próbę kontroli zawartości jej głowy! I tak samo z ludźmi obcymi, którzy mnie urażali i wkurzali – nie widziałam tych dziecięcych potrzeb, tylko zwalałam, że są niemili etc. I cierpiałam. A teraz widzę, co jest na rzeczy – i koję te potrzeby sama.
I to dalej wiąże się z cierpieniem. To nie jest jakaś złota droga. Ostatnio relacja mnie bardzo rozczarowała, że wiele w niej utraciłam i zostały „skorupy”. Nie spałam całą noc, ale doszłam do tego też w taki wizualny sposób. Że muszę z tej relacji jakby zdjąć te potrzeby dziecięce (przytulenia, troski, większej bliskości, zadbania o mnie też w taki dosłowny sposób). Zdjęłam też z niej dosłownie kołyskę z dzieckiem (w wizualizacji) i nakarmiłam siebie – dziecko. To bardzo podobne do tego, co mówi Twoja terapeutka o integracji osobowości. Takie coś miałam dotąd wyłącznie na terapii, a udało mi się to zrobić samej.
I potem właśnie ta relacja odżyła i jest już fajnie. Wystarczy mi to, co jest – jakieś wspólne bieganie raz na jakiś czas, planszówka i tyle. Bo tamte podstawowe potrzeby zaspokajam sama. Ale musiałam zrobić pauzę, bo inaczej obarczyłabym tę drugą osobę gniewem za niespełnienie moich potrzeb – a wiem, że spełnienie ich należy w pierwszej kolejności do mnie. Tak to trochę w ogóle teraz postrzegam. Jako taki obowiązek. Czasem przyjemny, czasem nie. Rozeznać się i spełniać. Też mi zależy na tym, żeby ktoś drugi mnie nie odrzucił przez to – i cierpię. Ale staram się odważnie stawiać siebie na pierwszym miejscu – pokonując strach i dokonując maksymalnie jasnego rozeznania. Z pomocą męża, terapeuty, ludzi wokół. Tego forum też.
Kurczę, Cerber, mam nadzieję, że jasno to napisałam. Każdy ma swoje drogi wyjścia z tej samotności (mam wrażenie, intuicyjne, że mój mąż bardziej przypomina Ciebie, bardziej się chroni przed relacjami, niż jak ja – leci w ogień nadmiernej bliskości). Ale gorąco wierzę, że też już na tym forum trenujemy. I potem w rzeczywistości jest łatwiej. Zobaczyć swoje potrzeby i postawić je na pierwszym miejscu – i tak codziennie, prawie cały czas.
Dzięki Ci za tę wymianę – poczułam się totalnie zrozumiana:).
-
Ta odpowiedź została zmodyfikowana 3 lat, 1 miesiąc temu przez
kurianna.
w odpowiedzi na: A ja bym chciał żeby mnie panna zostawiła. #486469Ale czad! Patrz aqq1975, co zrobiłeś:
- przyszedłeś z problemem „nie umiem postawić granicy”, bo chcę zadowalać ludzi, zwłaszcza tych, którzy okazują mi ciepłe uczucia;
- skończyłeś, stawiając granicę 2wprzód1wtył w perfekcyjny sposób: precyzyjny (nie chcesz uczestniczyć, nie wpisuj się, ale nie komentuj; nie życzę sobie być traktowanym z góry etc.) i komunikując swoje potrzeby (potrzebuję zrozumienia, wygadania i nic więcej). Byłeś przy tym stanowczy i dość uprzejmy – naprawdę dobra robota.
Wniosek:
- potrafisz postawić granice kobiecie, z którą sypiasz. Masz takie umiejętności, wykazałeś się nimi. Podpowiedź: może zrób to na piśmie, skoro to Ci pomogło? Daj znać, proszę, co o tym myślisz.
- boisz się ją urazić – zażądaj przestrzeni w delikatny sposób. I uprzejmy – tak jak zrobiłeś to wyżej. Podkreślając, że chodzi o Ciebie i Twój dyskomfort – i czego potrzebujesz. Zwolnienia. Zrozumienia. Np. tego, że nie masz czasu dzisiaj. Ani ochoty (np. na seks w noc przed pracą). Potrafisz to zrobić swoimi słowami – moje są tylko propozycje.
- to samo dotyczy naprawiania kompa każdemu (mój mąż kiedyś był w tym miejscu – naprawiał wszystko wszystkim – dobrze wiem, jak trudno odmówić, ale inni biorą za taką usługę kasę po prostu i można np. wskazać punkt, gdzie można zawieźć kompa).
Przy okazji wyszły fajne rzeczy:
- twoja przeurocza (serio!!! To jest zajebiste:D) protekcjonalność. Jesteśmy „dziwnymi ludźmi”, więc tu można przemielić to, czego się wstydzę przy „normalsach”:D:D:D W sumie można z pewnego punktu widzenia tak na to spojrzeć:D. Ale oczywiście to jest piękny sposób, by wzbudzić w ludziach gniew i sprawić, by poczuli się potraktowani z góry. To się nazywa projekcja: przypisujesz innym to, co sam robisz (truskawek ani trochę nie „mędrkował” w swoim wpisie, a Ty z kolei traktujesz z góry zarówno laskę, z którą sypiasz, jak i nas). To jest forum ludzi, którzy ciężko nad sobą pracują – stąd opór 2wprzód1wtył (jak mogę przypuszczać) przed dawaniem Ci za dużej uwagi i powtarzania 50 razy, że odpowiedzialność leży po obu stronach za każdą relację;
- praca nad sobą to trochę konieczność, jeśli chcesz wyjść z błędnego cyklu – stąd nasze kibicowanie Ci w zrozumieniu tego, a nie traktowanie z góry;
- masz dostęp do gniewu – to jest ekstra. Jeśli wykorzystasz to w kontakcie z Twoją towarzyszką, ludźmi, którzy Cię proszą o przysługi, będziesz zdziwiony efektami.
w odpowiedzi na: A ja bym chciał żeby mnie panna zostawiła. #486460Hmm, miałam już po Twoim wpisie („kurde, jaka masakra, muszę…”) irytację – ej, ale po co pytasz? Po nas angażujesz, skoro i tak tkwisz w roli ofiary? Która wszystko „musi”, choć nikt jej niczego nie każe? Przecież tak naprawdę „nic nie musisz”, możesz wybrać rozstanie i dbanie o własne granice, szczerość, etc. Ale przypomniało mi się, jak dłuuuuuugo dochodzi się tego typu umiejętności. I zobaczyłam autentyczne cierpienie w Twoim wpisie, tym następnym.
Ona mówi, że kocha (czy to słowo Cię tak więzi? a co jej odpowiadasz, jeśli chcesz się podzielić?). Niektórzy tak mają, że bardzo szybko dążą do fuzji z drugim człowiekiem, dosłownie czujemy „miłość” wypełniającą nas po brzegi, chęć stopienia. Nie jest to do końca miłość, a bardziej nieugaszona tęsknota z lat wczesnodziecięcych, kiedy czegoś trochę lub bardzo zabrakło. Miłość to dla mnie jest decyzja, że jestem z kimś w relacji, pracuję nad nią, niezależnie od wzlotów i upadków emocji. I czasem poświęcając się w imię drugiego, ale świadomie, nie nadwyrężając się przy tym (tu prostą wskazówką jest gniew).
A potem Twój trzeci wpis.
No i zgodnie z oczekiwaniami, zostałem wyłomotany, nie wyspałem się i dzisiaj będzie w robocie przesrane.
I tu mnie jak obuchem uderzyło – oddawanie odpowiedzialności za własne życie w cudze ręce! To jest coś, z czym bardzo mocno próbuję się uporać. Że ktoś coś mi „robi”, a ja cierpię – ale zobaczcie, jak ładnie i mocno cierpię! 😀
A przy okazji – no, niby, ona się do mnie ciągle dobiera, niby mi to przeszkadza, ale zobaczcie, jak mam – te laski dosłownie pługiem trzeba ode mnie odrywać:D. Mogę się mylić, ale trochę takiego „tkwienia w słodkiej niewoli” tu widzę. Nie jesteś za nic odpowiedzialny (tak naprawdę jesteś – bo jesteś dorosły, heloł), więc próbujesz mieć ciastko (seks, zainteresowanie, słuchanie, że ktoś cię „kocha”) i zjeść ciastko (chętnie bym wrócił se do strefy komfortu sam z robotą i TV). Dokładnie połowa odpowiedzialności za tę relację należy do Ciebie. A laska może zadbać o swoją połowę dopiero wtedy, jak jej POWIESZ, że coś nie gra dla Ciebie. Nie ma drogi na skróty. Co Ty na to?
Najwyraźniej coś Ci to tkwienie w roli bezwolnej ofiary załatwia. Może to, że już nie chcesz być sam – i jakaś część też nie chce, ale jakaś chce? I wtedy można zwalić na panienkę, że natarczywa taka i nie da się jej odmówić. No co ja mogę? No co ja mogę?
PS. Twój język mówienia o seksie jest niepokojący. Zostałeś wyłomotany? Ale że co? Nie było Twojej zgody na akt? Zostałeś bzyknięty na siłę? Czy udajesz, że nie ma zgody i ktoś Ci coś robi w łóżku na siłę, bo tylko tak potrafisz przyjąć radość z seksu? Już samo to moim zdaniem czerwona lampka „Gdzie tu dobry terapeuta przyjmuje”.
Okfors, możesz nadal tkwić w roli ofiary i płakać, jak to chodzisz niewyspany do pracy, bo Ci laska na głowę wchodzi. Ale skoro tu piszesz to może chcesz jednak przejąć stery? możesz uczciwie odpowiedzieć? Czy wystarczy Ci tu okazywane zainteresowanie i wszystko będzie dalej po staremu?
-
Ta odpowiedź została zmodyfikowana 3 lat, 1 miesiąc temu przez
kurianna.
w odpowiedzi na: Grzechy terapeutów #486440Jasne, że tak! Nie tylko można powiedzieć terapeutce, że Twoim zdaniem jej rady Ci szkodzą, ale wręcz się powinno. Do tego służy relacja terapeutyczna – żeby móc wyświetlisz wszystko, co myślisz, czujesz, uważasz, a ZWŁASZCZA w odniesieniu do samej terapeutki i jej słów. To jest sedno procesu, który wtedy zaczyna ruszać z kopyta. Powodzenia!
-
Ta odpowiedź została zmodyfikowana 3 lat, 1 miesiąc temu przez
-
AutorWpisy