Odpowiedzi forum utworzone
-
AutorWpisy
-
w odpowiedzi na: Terapia DDA w Toruniu #476265
Hej, rusza nowa grupa w Toruniu. Link poniżej.
w odpowiedzi na: Terapia DDA w Toruniu #476050Hej, dostałam info że od 28 stycznia startuje grupa dda, w klubie Flisak, na 17:00.
w odpowiedzi na: Terapia DDA w Toruniu #475651Cześć,
jeśli chodzi o terapię indywidualną, to sama chodzę do WOTUIW na NFZ
Ja jestem u pani Kasi Wałęsy. Trzy osoby prowadzą terapię DDA: Danuta Janowska, Aleksandra Janke-Zarzycka oraz Katarzyna Wałęsa, tutaj masz nr aby się zarejestrować 507871735.Trzeba mieć skierowanie od lekarza rodzinnego,z jakim kodem, to zapytaj w rejestracji, bo ja już nie pamiętam.
Terapia pomaga, pani Kasia jest świetna. Spotkania są co tydzień, czasem się zdarza, że rzadziej. Ma sporo pacjentów.
Zapisałam się też na grupę ambulatoryjną równiez na NFZ, w ośrodku Remedis, również ze skierowaniem
http://remedis.pl/psychoterapia/oferta-uslug-nfz
Ale ostatecznie z niej zrezygnowałam. Jest tam mozliwość chodzenia na oddział dzienny. Trwa to trzy miesiace, ale jest intensywniejsze, bo codziennie. Poczytaj o tym, albo zadzwońi zapytaj, bo ja tez juz szczegółów nie pamiętam. Byłam tam tylko na konsultacji przed grupą. Jakoś średnio mi sie spodobała pani psycholog.Wolę mój ośrodek na szosie bydgoskiej. Tam Ci pomogą.
w odpowiedzi na: Terapia DDA w Toruniu #474866<p style=”text-align: left;”>Ja na indywidualną chodzę do wojewódzkiego ośrodka na bydgoskiej. Mam terapię z panią Kasią Wałęsą. Są tam trzy panie prowadzące terapię ind. DDA. A Ty na grupę gdzie chodzisz? To grupa dda?</p>
w odpowiedzi na: Terapia DDA w Toruniu #474604Witam. Czy wiadomo kiedy rusza kolejna grupa? Spóźnilam się. ..
w odpowiedzi na: Lęk przed bliskością a odrzuceniem #219751Również miałam podobnie na początku, ale myślę, że chyba przed każdą obcą osobą tak się ma, zwłaszcza, że odtąd tej osobie będzie się powierzać swoje trupy z pod łóżka. Trzeba się na niej poznać, sprawdzić. Potem przychodzi zaufanie. Ja myślę, ze taki moment u mnie nadszedł po kilku tygodniach, kiedy poczułam się zrozumiana, tak naprawdę. Poczułam, że ktoś podaje mi rękę i chce pomóc, wystarczy, że się otworzę i po nią sięgnę. Będzie trzymać tak długo ja ja będę tego chciała, czy tez potrzebowała. terapeuta powiedział mi wtedy "puść szczebelki i chodź do mnie, to tylko kilka kroków. Nic się nie stanie jeśli upadniesz, masz przecież mięciutką pieluszkę… spróbuj, zobaczymy co się stanie, nie bój się." Pamiętam to do dzisiaj i choć się czasem boję to próbuję. I Ty spróbuj.
w odpowiedzi na: Ile trwa terapia? #219747Ile trwa terapia? To każdego indywidualny czas leczenia, ze tak to nazwę. Ja osobiście przeszłam przez kilka fikcyjnych – czyli takich, na które zapisała mnie pedagog – nic nie dały poza pogłębieniem w sobie frustracji i rzeźbienia w sobie roli ofiary. Przyszedł jednak czas, przewinęło się kila ludzi, dorosłość i jeszcze kilka innych spraw, które miały wpływ na decyzję o zaczęciu terapii, mojej własnej, tej którą chcę. Pierwsze dwa podejścia skończyły się fiaskiem, nie byłam gotowa. Trzecie podejście trwało 14 miesięcy i to było to. Trwało i trwało, teraz nie pamiętam bardzo wielu rzeczy, pamiętam tyko to jak powinnam się zachować w danej sytuacji, pod wpływem właśnie terapii i tego co na niej przerobiłam. Było minęło, dosłownie. Było potrzebne, bo bez niej pewnie dalej tkwiłabym w roli ofiary losu. Jednak naprawdę dobre skutki dało samo skończenie terapii ze mną. Nie inaczej. Terapia ze mną skończyła, tak po prostu wyszło. Na początku było bagno. Zostawili mnie (na dwa miesiące tak myślałam) samej sobie, bo nie było ludzi do terapii grupowej, którą zaczęłam (po indywidualnej). Było strasznie! Nagle wszystko runęło, to nad czym pracowałam, decyzja z wielkim trudem podjęta została zepchnięta z gównem rurą kanalizacyjną. Ale po miesiącu było troszkę lepiej. Adoptowałam koty – ktoś może się śmiać – ale to było to! Miałam kim się zająć, miałam coś w co mogę przelać uczucia – chociaż to zwierzęta, miałam myśli pochłonięte tym, że muszę nakarmić kotki strzykawką z Bebiko! I tak dzień za dniem zdrowiałam, zajęłam się życiem tu i teraz, pracą i domem, gotowaniem (!) Zaczęłam się uśmiechać, gawędzić, żyć. Nie powiem były dołki, ale podejście do nich już z całkiem innej perspektywy. To gdzie teraz jestem jest moją własną zasługą. Nie terapii, terapeuty, ludzi. każdy człowiek jest w stanie wyzdrowieć, ale tylko za sprawą samego siebie. Wszystko co po drodze, wspomaga, kieruje, kształci, ale koniec końców sami decydujemy, gdzie chcemy być.
w odpowiedzi na: Czy powiedziec komus o DDA? #198078To zależy, musisz sam podjąć decyzję, znasz ją najlepiej. Ja gdybym mogła cofnąć czas, wolałabym nie dowiedzieć się o dda. Przynajmniej nie tak wcześnie. Nie pamiętam dokładnie kiedy to było, miałam jakieś 14 lat. To zbyt wcześnie. Wszystkie swoje niepowodzenia, problemy, nieporadność tłumaczę dda. A takie dzieciństwo nie usprawiedliwia jak ktoś mądrze powiedział, a zobowiązuje. Gdybym nie dowiedziała się o dda, być może uniknęłabym wielu problemów, które sama zaczęłam stwarzać przez tą wiedzę. Ciężko to wyjaśnić. Ale dda stało się nagle usprawiedliwieniem wszystkiego co robiłam nie tak. Uważam, że każdy powinien w odpowiedni sposób i sam odkryć to jaki, jest, kim jest i co dalej z tym robić. A kiedy czas jest odpowiedni to i decyzje są odpowiednie, odnośnie terapii i walki o siebie. Może kiedy już się zdecydujesz podsuń jej "przypadkiem " jakiś link do artykułu, wywiadu lub czegoś jeszcze innego. Ciężko powiedzieć coś w ej kwestii, bo to dość delikatna sprawa.
w odpowiedzi na: zamknęłam się na ludzi…jest coraz gorzej.. #197199drozdzyk zapisz:
„Od dłuższego czasu mam takie poczucie, że izoluję sie od ludzi a do tego rośnie we mnie jakaś złość, jad który mnie toczy. Koło się zamyka ponieważ wiadomo, że nikt nie chce rozmawiać i poznawać osoby która jest smutna, zamyślona, widać że coś ją gryzie.
Pomijam fakt iż przez to, że "przyjaciele" poodchodzili.. nie mam za często okazji gdzieś wyjść bo nie mam z kim. Ale przez to że nie wychodzę i prawie każdy dzień spędzam sama w domu łącznie z weekendami, czuję że to się staje coraz gorsze dla mnie. Siedzę w pokoju coś tam niby robię, ale już nawet nie mam ochoty z kimś gadać. Nawet jak czasem ktoś się do mnie odezwie to niby rozmawiam ale mam takie poczucie iż wolałabym żeby mi dali spokój – tymbardziej że większości są to rady typu "wyjdź do ludzi" "nie zamykaj się"
nie wiem już … ale wiem że dziadzieje z dnia na dzień… i coraz mniej mi się żyć chce, bo to tak jak roślina..”Nie przeczytałam wszystkich komentarzy i rad, zaraz więc to uczynię, bo mam identyczne uczucia i ten dyskomfort nie możności bycia z kimkolwiek…
Wracam do swoich książek, oddanych przyjaciół, ale gdy ostatnia strona zamyka historie co począć dalej? Czegoś brakuje… Nic, tylko zacząć kolejną. Jak tak dłużej można? odcinać się od świata, wstawać tylko wtedy kiedy trzeba, mówić, jechać, odebrać telefon? Tylko wtedy gdy naprawdę jest to ważne i to nie dla mnie,a dla rodziny, znajomych, szefa… Ja już tak nie mogę, a zmienić nic nie potrafię bo brakuje sił. Choć człowiek przesypia pół doby, drugie pół przeleży ukrywając się za cudzymi uczuciami w książkowych historiach… ech…w odpowiedzi na: Psycholog a psychoterapeuta #188750hej lol.
Pamiętam jak chodziłam do psychologa i mogę teraz to porównać do spotkań z psychoterapeutą. Główną rzecz jaką widzę różniącą te dwa zawody to to, że psycholog radzi, mówi wprost co dobre a co nie. Analizuje i jak piszesz, opiera to co słyszy na teorii. Psychoterapeuta zaś kieruje samym pacjentem, tak by sam dochodził do tego co dobre a co złe, w razie czego zawsze jest, by naprowadzić, nigdy nie radzi, co najwyżej może sugerować. Pozwala błądzić myślami, szukać rozwiązań, też je analizować ale w inny sposób, w taki, że to właśnie ta indywidualność pacjenta jest ważna. Nie bierze pod uwagę dobra ogółu, ale dobro pacjenta, tej indywidualności, o której piszesz. -
AutorWpisy