Odpowiedzi forum utworzone

Przeglądasz 10 wpisów - od 1 do 10 (z 158)
  • Autor
    Wpisy
  • Oliwia75
    Uczestnik
      Liczba postów: 160

      Mam pytanie?

      Czy mogę coś zrobić, żeby edytować swojego ostatniego posta?

      Oliwia75
      Uczestnik
        Liczba postów: 160

        Cześć KuriAnna 🙂

        10 lat? Serio? Mam takie poczucie jakby początek wątku był w innym życiu, w innym wieku, a nawet w innym wymiarze. Jakbym to nie była ja. Przyznam się szczerze, że nie wiem, czy kiedykolwiek odważę się zrobić to co Ty – przeczytać go od nowa i jeszcze całą treść. Jednak niektóre Wasze wypowiedzi czytałam wielokrotnie. Bywało, że wracałam i wracałam do nich. Pamiętam, że były momenty, że codziennie wielokrotnie czytałam, że wytrzymać i mimo wszystko żyć…Wasze słowa czasami były jak cieple plastry miodu. Ogrzewały moje puste i ciemne, brzydkie wnętrze choć na chwilę. Głupio mi jednak, że tego nie ujawniałam (pomocy waszych słów), brałam sobie tylko i cicho siedziałam w kącie. Taka mała, niema i „tępa” Oliwia. Brałam i tonęłam w swojej plątaninie myśli.

        KuriAnna, napisałam wczoraj odpowiedź na Twojego posta, jednak jak tu na forum czasami bywa, jakoś nieopatrznie skasował mi się przy końcówce pisania. Nie miała już siły tego odtworzyć, tylko się popłakałam, że nawet tego nie umiem. A potem pomyślałam, że pewnie głupoty napisałam i sam los lub chochlik oszczędził Was przed moimi słowami. wytrzymuję tu siebie tylko dlatego, że jestem anonimowa i nikt przecież nie jest zmuszany do czytania.

        Dużo treści wnosisz KuriAnna, trudno mi się do nich odnieść. tzn. mój umysł rozszczepia je na wiele rożnych możliwości, również emocjonalnie. Trudno jest mi osiągnąć spójność. Ogólnie mam tak do wszystkiego. Nie zależnie od tego mojego „uszkodzenia” jestem Ci bardzo wdzięczna za dobre i ciepłe słowa. Spróbuję coś sklecić. I jestem w szoku, że przeczytałaś cały wątek i poświęciłaś tyle czasu na to. Mam nadzieję, że coś „zyskałaś” dzięki temu.

        Relacje…. nie wiem czy mam coś jeszcze do powiedzenia, bo nie ma nic. Nie no kłamię, bo jest, ale obok, „na powierzchni”. Pisałam tu chyba już, że moja bliskość jest nie akceptowalna dla innych, widzę to.  A tak w ogóle mogłabym teraz rozwarstwić swoje pisanie w tym temacie na kilka różnych, niejednokrotnie sprzecznych myśli. Zostawmy to jednak. Wracając do tematu relacji- Mam wrażenie, że czym bardziej do kogoś chcę się zbliżyć (potrzebuję go) tym bardziej, proporcjonalnie do mojego pragnienia, ten ktoś oddala się( Jest takie prawo w teoriach psychologicznych… ). Mogłabym sobie dowalać, i w sumie to robię, mówiąc sobie: „poznali się na tobie” i uciekają, nie chcą mieć problemów, nie chcą sie męczyć, albo czują odrazę. To takie moje znęcanie się nad sobą. Wiem skąd to się wzięło, znam tego genezę. Sama wiedza nie zmienia tego…. Zresztą nie widzę już mozliwości uporania się z tym. Żyć z tym to katorga, ale umrzeć też niełatwo. To jednak całkiem inny, odrębny temat. Zostawmy to. Nie zniknie w czeluściach…

        Dziękuję, że dzielisz się swoimi doświadczeniami relacji, terapii i kochania siebie samej. Szczerze mówiąc zazdroszczę Ci, dla mnie jest nieosiągalnym to co zrobiłaś, jak daleko zaszłaś. Gratulacje, szczere. Pociesza mnie to, wiem i widzę, że innym to się udaje, wiem jak to brzmi, ale naprawdę cieszy mnie, że inni dają radę w tym temacie. Jest to u Ciebie delikatne, wrażliwe i wydaje się prawdziwe.

        Ja tu jestem wadliwa, spaczona, ułomna…. mogłaby tak dalej, ale nikomu to nie służy. Na ile być szczerą, prawdziwą, na ile otwartą? Na ile odsłaniać się? W realiach to nie popłaca. Sprawdziłam to. Wiem, brakuje tu nadziei…. Przykro mi. Są osoby, które w tej materii zawiodłam. np. swojego terapeutę. bardzo się starał, dużo czasu i energii poświęcił. Byli też ludzie, którzy szczerze otworzyli sie na relację ze mną. Nie mogło się udać, bo ja jestem tu trwale „wadliwa”. Może jest mi tak łatwiej, już poddać się. pogodzić się i żyć mimo wszystko. A może mam chore oczekiwania? …Dobra, nie idę dalej w tej myśli.

        Nie zintegrowałam się… nie wiem czy śmiać się czy płakać …….

        Nie tak dawno temu napisała do mnie miła osoba z forum na mojego osobistego maila. Była bardzo ciepła, wrażliwa i niosąca dobre słowo. Byłam tym tak bardzo przestraszona, że ponad miesiąc myślałam co z tym zrobić. Zrobiłam to co tylko ja mogłam zrobić… Wszystko niszczę. Chciałabym przeprosić ją, jednak tego się już nie odwróci. Najlepsze co mogę zrobić to zniknąć.

        Wiem jak to wszystko brzmi, przynajmniej mi się tak wydaje: jak wynurzenia trzyletniego dziecka i to jeszcze tępego.

        Odnośnie książek. Czytam, a raczej słucham ich ostatnio całe mnóstwo, żeby zagłuszyć myśli. Słuchała o zemście kilku osób (kilka wątków), które w dzieciństwie doświadczyły traumy, porzucenia, znęcania. Wydźwięk jest taki, że nikt z nich nie mógł być potem normalny. Każdy był psychopatą i zwyrodnialcem. Zabolało. Czy ja też, jak i tysiące skrzywdzonych ludzi zostaje psychopatami, przed którymi trzeba się obronić? Wiem, że jest to narracja autorki, jej wizji. Ale jednak. Jaka część społeczeństwa, również terapeutów tak uważa? Czy należy więc chronić wiedzę o swoich traumatycznych doświadczeniach, żeby nie podejrzewali o psychopatię i ryzyko zagrożenia? Wiem to szeroki temat, i nie jest tu moim celem rozwijania go. To tylko odnośnie książek. Jaką ja jestem książką Kurianna? Taka z oddali, za szybą.

        Ciekawe jest też to co piszesz o „białych tabletkach”. Mam nadzieję, że Ci pomogły  i że odstawianie ich dobrze Ci pójdzie. U mnie ostatnio tak źle się działo, że wszystko przestało istnieć, zniknęło, nawet tabletki. O wszystkim zapomniałam.

        Nie rozumiem co chcesz powiedzieć o swoim poświęceniu rodzinie i pracy? Rozumiem, że napisałaś ile mogłaś i byłaś w stanie. Czuję ciężar, ale i nadzieję. Oby Ci się wiodło.

        Kończę już tą pisaninę. Wiem, że moje myśli płyną chaotycznie. Nie wiem jak wyżej to wyraziłam, w każdym razie jestem bardzo Ci wdzięczna za bycie „obok” i „kapanie”. To naprawdę dla mnie dużo. Oby Ci się wiodło i szczęściło w Nowym Roku.

         

         

        • Ta odpowiedź została zmodyfikowana , temu przez Oliwia75.
        Oliwia75
        Uczestnik
          Liczba postów: 160

          Mam bardzo trudny czas. Wiem, że pisałam to tutaj już wiele razy. Tyle się dzieje „złego” u mnie, jest tego cała lawina. Patrzę się na wydarzenia i zastanawiam się co jeszcze może się wydarzyć. Czy „pracowałam” na to całe lata? A może zasługuję na to? Nie mam tego wszystkiego komu powiedzieć. Nie jest to rzewne, ani ładne to co się dzieje u mnie. Jestem bezradna, nie wybrnę z tego wszystkiego. Jest we wszystkim coraz trudniej i samotniej.

          Boję się jak to zabrzmi, bo czuję w sobie te emocje palącego wstydu, bylejakości, ułomności i niebycia, ale nie mam do kogo przyjść, powiedzieć jak jest beznadziejnie, jak bardzo chcę się do kogoś przytulić. I nie mam do kogo. Nie wiem dlaczego, ale odbieram to jak karę. Bo takie możliwości tworzy się i pielęgnuje przez lata. Ja mam tu duży deficyt i trwałą „ułomność”. Straciłam nadzieję, że czegoś nauczę się, coś zmieni się u mnie. Miałam swój czas i możliwości. czuję, że na wszystko jest już za późno. Odsetki od kredytu zjadły już się, zapętliły.

          Nie zdawałam sobie sprawę, gdy zakładałam ten wątek, jak poważny mam problem z relacjami. Jak bardzo trudno jest mi się odnaleźć w świecie ludzi. Póki miałam względnie spójną ułożoną iluzję życia w umyśle jakoś to działało.

          Bo przecież trzeba było Mieć rolę i misję, plan…..  być przydatną…..

          Ale to się wywaliło. Nikt takiej już mnie nie chce, ja też. Bo powstał jakiś chory zlepek nie wiadomo czego.

          Moje zmagania nie mogły się dobrze zakończyć. Parzę teraz na to z perspektywy czasu. Jakby to wszystko było o innej osobie.

          Tak piszę tu, już tylko tu, bo przecież jeżeli nie chcesz to nie musisz tego czytać. A z drugiej strony myślę sobie, że od dawna powinnam znaleźć inne miejsce na to co wypisuję. To już nie ta tematyka tutaj. Trudno jakkolwiek z tym co wypisuję utożsamić się. Rozumiem to. A moje zagubienie, bezradność nie ma końca.

          Tęsknię za waszymi wypowiedziami, za osobami, które nie wiem kim są, ale były, pisały, dały kawałek siebie. Potrzebowałam często pomocy, ale teraz wiem, że nie umiałam, nie umiem jej docenić, przyjąć. Jakoś ją marnotrawię… właśnie to do mnie dotarło!! Tak jak cale lata terapii, i w różnych miejscach pisane ciepłe, pomocne słowa do mnie od różnych osób. Nie umiem przyjąć, bo moje „brzydkie” serce to marnotrawi. W tym moim czymś pustym nic nie zostaje. Przelewa się.

          Tak wielka potrzeba, a tak bardzo nie ma możliwości zatrzymania choćby kropli. To chyba ta moja „ułomność”.

           

          Oliwia75
          Uczestnik
            Liczba postów: 160

            Dziękuję Wam, że piszecie.

            Każda wypowiedź jest dla mnie ważna, choć nie zawsze zgadzam się z ich treściami. Jednak robicie to i jest to jak bycie obok mnie. Czuję się wtedy trochę bezpieczniej, spokojniej. A z tym jest u mnie ostatnio duży deficyt, a tak naprawdę zawsze tak było. Mogę dziś poskładać trochę myśli po śnie, do którego  potrzebne są leki nasenne i tym razem melisa. Wyczerpanie, w którym chciałabym krzyczeć, ale nie mam na to siły. Wszystko jest obok, a ja poruszam się w tej rzeczywistości żyjąc i nie żyjąc. Coraz mocniej dociera do mnie upływ czasu, przemijanie, że pewne rzeczy już się nie wydarzą, choć zawsze tego pragnęłam np. bezwarunkowej miłości, której nie dostałam w dzieciństwie. Rozmawiam od kilku miesięcy z dojrzałym mężczyzną, który takiej miłości nie dostał. Obecnie oczekuje od ludzi tego co nie otrzymał. Chce czegoś doskonałego, wyidealizowanego, pomocy i opieki. Spodziewa się tego i doznaje frustracji. Trudno mu przyjąć to jego zdaniem „gorsze”, więc nic nie przyjmuje i tak „dziura” w nim wyje. Oczekuje, zawodzi się, nie aktualizuje tego jak jest. Smutne, bo mija się z realiami. Ja też tak robię. Żyję w swoim urojonym świecie, bo co? Bo czegoś kiedyś nie dostałam. Chce mi się krzyczeć, kiedy sobie to uświadamiam, ale też czuję niemoc, bezradność. Wtedy chcę aby wszystko już się skończyło. Taka trwała ułomność umysłu, nie do zmiany postrzeganie rzeczywistości i co za tym idzie- oczekiwań. I kolejne obsesje, jedna za drugą, aby nie czuć i nie myśleć, nie być świadomą realności. I tak do wyczerpania. Chciałabym zmienić to, nie udaje mi się, próbuję godzić się z tą swoją ułomnością i żyć tak jak umiem. Czyli na miarę swoich ułomności. Niestety nie umiem i to coś we mnie chce czegoś więcej.

            Takie głupie moje wynurzenia, może dlatego, że nie mam z kim o tym porozmawiać i męczę się w więzieniu swojego umysłu. To chwila, kiedy unoszę się przez moment nad powierzchnie wody i zaczerpuję powietrza. A potem wracam do swojego obsesyjnego świata, który mnie wyczerpuje, rodzi zawiedzenia i frustracje. Ale nie umiem inaczej. Nie szukam tu rad i tego co powinnam zrobić. Po prostu piszę.

            I kolejny dzień, kolejne zmagania. Ile jeszcze do wytrzymywania?

            • Ta odpowiedź została zmodyfikowana 4 miesięcy, 2 tygodni temu przez Oliwia75.
            • Ta odpowiedź została zmodyfikowana 4 miesięcy, 2 tygodni temu przez Oliwia75.
            Oliwia75
            Uczestnik
              Liczba postów: 160

              Dziękuję Kuriana i Cerber, że piszecie. Jest dla mnie wypełnieniem tego niezaspokojonego poczucia z dzieciństwa: „żeby ktoś przyszedł…”. Mam wrażenie, że w gruncie rzeczy nikt I nic nie jest w stanie tego ukoić…. ale to długi temat.

              Czytałam Was wielokrotnie, jak mantrę, żeby móc przerwać kolejny dzień. Dziękuję za te kapki i krople. Też przesyłam Wam ciepłe i wdzięczne uczucia.

               

              Oliwia75
              Uczestnik
                Liczba postów: 160

                Tak bardzo boli mnie „dusza” w samotności i poczuciu odrzucenia. Stan nie do wytrzymania.

                Potrzebuję „kropli” ciepła. Tylko kropli.

                 

                 

                Oliwia75
                Uczestnik
                  Liczba postów: 160

                  Jakubek

                  Nie odpisałam od razu, ale Twoje słowa są przy mnie. Jednak za sprawą bycia w nieustannej dysocjacji, wydaje mi się,  jakby to nie do mnie i nie o mnie.  Ostatnio zorientowałam się, że właśnie jestem w ciągłej dysocjacji, w odrealnieniu. Czasami z niej się wynurzam, głównie na i po sesjach terapeutycznych. Bycie w kontakcie z samą sobą jednak jest zbyt bolesne. Wtedy chcę, żeby wszystko się skończyło, żebym przestała istnieć. Budząc się rano jestem zawiedzioną, że trzeba wstać i znowu udawać i być obcą dla samej siebie.

                  Oliwia75
                  Uczestnik
                    Liczba postów: 160

                    Chyba zorientowałam się że jestem w ciągłej dysocjacji. Umysł po za wszystkim. Zawsze czułam się po za wszystkimi i obok. Od miesięcy jestem w traumie po matce. Coś to ponownie uaktywniło w nasileniu.  To się odtwarza, jej umieranie i zabijanie się.  Trudno mi się jednak pracuję, gdy ktoś wnosi taki temat. Wtedy przeszłość przeplata się z teraźniejszymi doświadczeniami. I nie odpuszcza. Wtedy jest jak w matni.

                    Czuję się  bardzo samotna, jakoś nie umiem tego zmienić. Czuję się na to skazana. Próbowałam medytacje w odosobnieniu, ale w grupie. Siedzenie, oddychanie i chodzenie.  Wędrówki o wschodzie słońca.  Dobre doświadczenie. Ake przeszłość i traumy oraz poczucie winy też mnie tam dopadły.  Trudno mi to nawet opowiedzieć.

                    Co jest właściwym i zdrowym odcięciem?

                    Przez ostatni rok wypróbowałam kilka leków przeciwdepresyjnych i mam kolejne nowe recepty.

                    Pustka i brak nadziei. To smutne.

                    Oliwia75
                    Uczestnik
                      Liczba postów: 160

                      Dziękuję Wam, że piszecie.

                      Dużo treści, które wydają się tak oczywiste. Przykro mi, ale nie dla mnie. Tzn. Są to dla mnie trudne treści. Chyba najtrudniejsze. I moje części mnie ( te różne) chodzą dookoła i patrzą na to ze zdziwieniem, na cos obcego. Jak na książkę pisaną po chińsku. Okładka jest nawet ładna…

                      Bardzo ważne jest dla mnie, ze kogoś to obchodzi, probuje, tak jak przez lata probował moj terapeuta.

                      Ostatnio słuchałam o ZEN, czym jest. Bywa fascynujace, ale znowu pojawia się uczucie, że nie sięgam tam. Tam jest ważniejsze „jak jest” a nie dlaczego. Ten kontakt z tym co jest, co teraz jest we mnie. Psychologia mówi o wglądzie, kontakcie ze samym sobą . Trudno jest dotykać w sobie to co jest chore, trudne. A nawet bywa niemożliwe, bo groziłoby unicestwieniem.

                       

                      Oliwia75
                      Uczestnik
                        Liczba postów: 160

                        Nie znajduję tego miejsca, w którym mogłabym odpocząć i poczuć się bezpiecznie – może ono nie istnieje. A mam tylko wrażenie, że odbijam się od ścian w ciemnym i pustym pokoju, w którym nie ma drzwi.

                        Samotność mnie dopadła, siedzi obok i się śmieje. Nie pozwala mi chcieć i potrzebować. Kpi i szydzi, z każdego uczucia, myśli i działania.  Czyżby to echa przeszłości? Do niedawna żyłam w iluzji, ze w końcu to się zmieni. A jest coraz gorzej. Nie wiem skąd biorę jeszcze siły do życia. Jakbym poruszała się poza wszystkim i obok wszystkiego. Wszystko staje się nieistotne, tym bardziej to co przeżywam. Tyko nie rozumiem, dlaczego ciągle mnie boli? Mogłoby przestać.

                        Potrzebuję kogoś. Nie mam nikogo, do kogo mogłabym przyjść i nie obawiać się, że jestem kimś niechcianym. Jak ukoić to „coś”, które raz jest pustką, raz bolącą raną, a raz warczącym zwierzem? I zbyt szybko się zmienia.

                        Czy piszę niezrozumiałe głupoty? Czy jeszcze ktoś ma ochotę ze mną „gadać”?

                         

                      Przeglądasz 10 wpisów - od 1 do 10 (z 158)