Odpowiedzi forum utworzone

Przeglądasz 10 wpisów - od 11 do 20 (z 159)
  • Autor
    Wpisy
  • Oliwia75
    Uczestnik
      Liczba postów: 161

      Nie znajduję tego miejsca, w którym mogłabym odpocząć i poczuć się bezpiecznie – może ono nie istnieje. A mam tylko wrażenie, że odbijam się od ścian w ciemnym i pustym pokoju, w którym nie ma drzwi.

      Samotność mnie dopadła, siedzi obok i się śmieje. Nie pozwala mi chcieć i potrzebować. Kpi i szydzi, z każdego uczucia, myśli i działania.  Czyżby to echa przeszłości? Do niedawna żyłam w iluzji, ze w końcu to się zmieni. A jest coraz gorzej. Nie wiem skąd biorę jeszcze siły do życia. Jakbym poruszała się poza wszystkim i obok wszystkiego. Wszystko staje się nieistotne, tym bardziej to co przeżywam. Tyko nie rozumiem, dlaczego ciągle mnie boli? Mogłoby przestać.

      Potrzebuję kogoś. Nie mam nikogo, do kogo mogłabym przyjść i nie obawiać się, że jestem kimś niechcianym. Jak ukoić to „coś”, które raz jest pustką, raz bolącą raną, a raz warczącym zwierzem? I zbyt szybko się zmienia.

      Czy piszę niezrozumiałe głupoty? Czy jeszcze ktoś ma ochotę ze mną „gadać”?

       

      Oliwia75
      Uczestnik
        Liczba postów: 161

        Jakubek,

        masz rację, nikt nie pamięta o tym małym dziecku. Miałam sytuację w tym tygodniu, kiedy bardzo kogoś potrzebowałam, żeby przyszedł i pobył ze mną. To się nie zdarzyło. I było takim samym stanem, z dzieciństwa. Przypomniałam sobie, że wtedy zblokowałam to pragnienie w sobie, dlatego byłam w stanie dalej żyć. Nie dobrze dzieje się, gdy ono jednak gdzieś bokami się wydobywa, bo ciągle się zawodzi.

        Filozofia DDA (jest naprawdę słuszna i pomocna), ale muszę pójść już gdzieś dalej, indziej. Oczywiście to dalej nie istnieje. Jednak tu już nie mogę zostać.

        Pusto wszędzie, głucho wszędzie

        co to będzie, co to będzie

        Oliwia75
        Uczestnik
          Liczba postów: 161

          Moje własne „cienie” mnie dopadły, powaliły i oblepiły ze wszystkich stron.  A może mają rację? Nie widzę jak jestem wadliwa i żyje w iluzji.

          Gdzie góra a gdzie jest dół? Co jest niebem a co piekłem? Co jest rzeczywistością?

          Oliwia75
          Uczestnik
            Liczba postów: 161

            Docieram do miejsca w sobie, gdzie mnie nie ma, bo jestem rozpadnięta na wiele kawałków, które nie chcą się zintegrować. Czasami to widzę, czuję, szczególnie wtedy, gdy czuję się odrzucona przez ważną osobą Jest to tak bolesne doświadczenie, tak że aż staje się stanem szoku. Tu nie ma logiki, nie ma możliwości kierowania sobą, wmawiania sobie. Mija z wyczerpania. Jest ciemna samotna, zionąca pustką dziura, gdzie nie ma już nic ludzkiego.  Jest  zawiedzenie sobą i innymi, poczucie bezsensu.

            Czytam w jakimś tak artykule: „Subiektywne doświadczanie siebie jest słabo zróżnicowane, brak mu głębi i refleksyjności”- czytam o sobie, o osobach z taką diagnozą. To rani. Na jakiej podstawie ludzie dają sobie prawo do pisania, wydawania opinii, uważania o innych? Tylko dlatego, że są słabsi, zagubieni, niepewni i szukający pomocy?

            Faktycznie w silnym bólu, jakikolwiek on jest, nie jesteśmy w stanie widzieć innych i zajmować się innymi. Ale…

            Dalej czytam: „Charakteryzuje ich brak zdolności do empatii wobec innych i niezdolność do dojrzałej oceny drugiego człowieka”.                                                        Myślę sobie, że diagnozy są szkodliwe, stygmatyzujące. Nie ma sensu więc się starać, kiedy jest się psychopatą, bo przecież brak empatii jest głównym objawem psychopatii.  Mówię tu o stronach psychologicznych, nie wspominając nawet o wszelakich forach.

            Można by tak godzinami pisać i wynajdywać raniące słowa, ale po co? Ale jak więc zmierzyć z tym co jest trudne. Świadomość jest zbyt przytłaczająca. Może lepiej nie być świadomym?

            W sumie to nie ważne, nikomu nie potrzebne co myślę i uważam. Czas biegnie, przemija wszystko i za chwilę też już zgasnę. Po co to wszystko więc? Chyba chcę jednak zaznaczyć swoje istnienie, nawet jak nie umiem być już zależnościach, relacjach.

            Nie wiem jak mam dalej istnieć? Nic już mi się nie łączy. Boję się już zbliżać do kogokolwiek, bo mogę być kimś niechcianym, przeszkadzającym i szkodzącym. Nie da rady żyć poza wszystkim i wszystkimi i nic nie potrzebować. Chciałaby tak, ale to nie możliwe. Coś poszło nie tak. Mnie nie ma. Jak dalej zyć?

             

             

            Oliwia75
            Uczestnik
              Liczba postów: 161

              Dziękuję Wam za wpisy.

              Wczorajszy dzień był bardzo trudny dla mnie. Ktoś „odszedł” na drugą stronę i nie mogłam sobie z tym poradzić. Nigdzie nie mogłam być, ani wyjść, ani zostać. wszystko przestało istnieć, ważność różnych spraw, wydarzeń. To tak jakbym była poza sobą, obok. Chciałam o tym komuś powiedzieć, zadzwonić, pójść, przytulić się. Usiadłam w aucie i nie zobaczyłam nikogo realnego do kogo mogłabym się z tym udać. Zasłona nieba jest też twardo zamknięta, ciemna i nieprzepuszczalna. Wykonywałam kolejne czynności na fali przypadków aż do zmęczenia, wyczerpania. Z czymś takim nie można sobie logicznie, umysłowo poradzić. I z matką też, która przez lata umierała i chciała się zabijać. Nie można być po czymś takim normalnym. Tak sobie myślę, że ja przez lata czułam się jakby mnie należało zabić i nie powinnam istnieć.

              Justyna2024, przepraszam, ale  mam problem z tym, co chciałaś wyrazić poprzez swoją ostatnią wypowiedź. Może jest to wiadome, tylko ja mam z tym trudności.

              Cerber piszesz o lęku, o utknięciu w nim. Pora się z nim zmierzyć, niech więcej już Cię nie więzi. Nie wiem jak się czujesz, gdy coś takiego do Ciebie piszę. Ja czuję złość, że coś takiego Ci się przydarza. Nie, nie na Ciebie, tylko na to „coś”.

              Jakubek , ten terapeuta to wyjątkowo dobry, cierpliwy człowiek. zaczynam na niego narzekać, gdy czuję się przez niego odrzucona i niezrozumiana. To się powtarza, również moja niewdzięczność wobec niego.

              „noc ciemna”… jeżeli jest coś takiego, to ja nie podołałam i nie zasługuję na taki miano doświadczania. Ale to trudny i bolesny temat. Nie mam na niego siły, co nie znaczy, że nie jest ważny. Wielu ludziom takie doświadczenie cierpienia, ale w łączności z Bogiem i trwaniem przy nim, pomaga.

              Co to znaczy „stać się w pełni człowiekiem” i ile dróg jest to tego zaszczytnego miana? Ja chyba odpadłam.

              I przykro mi, ale ja nie wierzę w „odpowiednik człowieka” dla mnie.

              Przepraszam za moje pesymistyczne wypowiedzi.

              Pomogliście mi swoimi wypowiedziami, dziękuję .

              • Ta odpowiedź została zmodyfikowana rok temu przez Oliwia75.
              Oliwia75
              Uczestnik
                Liczba postów: 161

                Zamykając oczy widzę siebie mordującą siebie w różnorakie sposoby, od wielu lat. Jestem tym już zmęczona. To wybryk mojego umysłu, który ignoruję. Ja to nie moje myśli więc robiłam to. Wcześniej było to coś z zewnątrz, tak było łatwiej. Mogłam się bronić przed tym czymś. Psychologia nazywa to obsesjami. Gorzej stało się, jak uwewnętrzniłam to coś. To jest coś najskrytszego, czym nie dzielę się. Próbowałam, ale terapeuta tego nie dźwigał, męczył się, ignorował, nie słyszał. Teraz jest to już nieistotne, bo został z tym sama. Czuję się bezbronna, jak to małe dziecko, które było tłuczone przez ojca kata, namawianego przez drapieżną matkę. A siostry cieszyły się, że to nie one. Ciągle w tym siedzę, aż sama nie mogę się zadziwić, że tak mocno w tym siedzę i miotam się jak dzikie zwierzę w klatce. Niby coś mogę, a tak naprawdę nic nie mogę. Ograniczam się sama.

                Zamykając oczy widzę widzę swoje sny z cieniami. Na jawie lęki się materializują, obserwują i podążają za mną.

                Zamykając oczy marzę czasami o ciepłym morzu, na którym unoszę się i nie musze wracać.

                Oliwia75
                Uczestnik
                  Liczba postów: 161

                  Zbierałam się już wiele razy w sobie, w swojej głowie, aby coś tu napisać. Docenić to co piszecie, proponujecie, chcecie pomóc. Czytam Was i noszę jak papierowe listy, które były i są czymś fascynującym. Nadal mam kuferek na górze szafy wypełniony nimi. Pisałam i otrzymywałam dawno, dawno temu. To zamierzchłe już czasy.

                  Nikt tak już do mnie nie pisze, nikt ze mną tak już nie rozmawia. Spotykam się tu, od Was z ciepłem, z czymś bezwarunkowym. Motywy nie są ważne, ważne że jesteście i piszecie.

                  Jakubek dobrze czytało mi się o Twoim dzieciństwie, o tym chłopcu, który miewał trudno. To jakbyś zabrał mnie tam i odsłonił część siebie.

                  Pozwoliło mi to oderwać się od samej siebie. Czasami zastanawiam się nad tym co robię z tym, jak ktoś odsłania mi swoją ukrytą i wrażliwą cześć. Czy traktuję to z powagą i należytym szacunkiem? Sama siebie o to pytam. Chyba nie, bo jestem często zajęta sama sobą, nie umiem wyjść ze swojej głowy, ze swoich lęków. Jestem małym egoistycznym człowieczkiem, ciągle skupionym na sobie.

                  „okres przejściowy”… nie widzę tego tak, raczej jako zmierzch.

                  Ramoiram masz wielka energię i pasję zachęcając do ćwiczenia jogi kundalini. Wierzę, że Tobie to pomaga. Ja nie umiem, z różnych powodów po to sięgnąć. Nie wiem czy chcę. Próbowałam brać się za zwykłe ćwiczenia, ale depresja chyba to pokonała. Dowiedziałam się, że mam lekooporną depresję. Wcześniej myślałam, ze mam tylko negatywny stosunek do leczenia farmakologicznego i nie poddaję się mu. Leki nie pomagają i mam wrażenie, ze wyrządzają mi coraz większe szkody. Dziwne, bo spotykam wielu ludzi, którym to pomaga. Ze mną, jak zwykle jest coś na opak.

                  Cerber, wielokrotnie zastanawiam się czy pisać, czy wyciągać tą swoja depresję i „częstować” kogoś tymi opisami i myślę wtedy najbardziej o Tobie, że Ci to zaszkodzi. Czasami czuję Twoją kruchość, bezradność, Twoją granicę bycia i obawiam się o Ciebie. Jest to moje jakieś wyobrażenie o Tobie, chciałabym, żebym się myliła. Ja ostatnio wpadłam w swoją wcale nierzadką obsesję, którą mam praktycznie od dzieciństwa, czyli dziesiątki lat. Gdy emocje i ból istnienia przekracza już moje możliwości włącza mi się potrzeba, automatyczna, jak złe podszepty unicestwienia się. Jest to ulgą, ale i dręczeniem, aż do wyczerpania psychicznego i fizycznego. Tak niestety wygląda zaburzenie, które udręcza i odbiera siły. Nie mam już skąd ich brać.

                  Ciągle myślę o miejscu, innym miejscu, gdzie mogłabym być i nie „częstować” czytających swoim zaburzeniem i ciężkim nastrojem. Ciągnę to już latami.  Nie znajduję go. Szukałam kiedyś „bezpiecznego miejsca’ z ważną mi osobą, niestety nie udało mi się. Utknęłam miedzy skałami.

                  Czasami tęsknię za ciepłym morzem.

                  Przepraszam za brak optymizmu.

                   

                  • Ta odpowiedź została zmodyfikowana rok temu przez Oliwia75.
                  Oliwia75
                  Uczestnik
                    Liczba postów: 161

                    Nie daję rady sama ze sobą. Zapadam się w sobie. Nie mogę się wydobyć.

                    Starałam się, naprawdę

                    Mam to wszechobecne poczucie odrzucenia

                    Zasłużyłam na to

                     

                     

                    Oliwia75
                    Uczestnik
                      Liczba postów: 161

                      Próbuję coś napisać, coś wyrazić, jednak każda myśl, wyrażenie rozpływa się i znika. Chyba tak jest od wielu dni. Wszystko wydaje się takie bez sensu, nietrwale i takie nieważne, rozlatujące się. Ja sama w swojej głowie też.

                      Chyba całe życie próbowałam się uważnić, zwrócić uwagę, że jestem i też coś myślę i czuję. Próbowałam, starałam się, a widzę, ze osiągnęłam totalnie odwrotny efekt. Nie ma mnie dla świata i dla samej w sobie też.  Więzi, jeżeli były, to zniknęły. Przekonałam się, że to „coś” bezwarunkowe nie istnieje. I patrzę na to zawiedzionymi oczami małej dziewczynki, która jednak ze sobą obecną nie ma już nadziei i ma 88 lat. Mam wręcz przekonanie, że będzie coraz trudniej i męcząco. Moje istnienie opiera sie już tylko na tym, na ile jestem przydatna i pomocna, cała reszta się nie liczy. Może brakuje mi właśnie tej dojrzałości, zapomnienia o sobie samej i w końcu byciem bardziej dla innych? Jest czas wzrastania i brania a potem dawania. Może świat mówi, że czas wzrastania, brania minął? Nie dojrzałam, nie zaczerpnęłam i  to się nie stanie już. Ten uszkodzony „trybik” nie naprawi się, tak jak odcięta kończyna. Tu nie ma części zamiennych, ani protez. Na tym chyba polega trwałość „niedorośnięcia”, zaburzenia. Tylko ciężko być z tym spójnym, obiektywnym. Nie ma takiej możliwości. Bo ta część uszkodzona żyje własnym życiem.

                      Tak sobie myślę, że to moje głupie pisanie już nie w tym miejscu, ale  nie wiem gdzie. Nie widzę już na to przestrzeni nigdzie. Tu może łatwiej, bo nie nie jest to do nikogo personalnie kierowane i można przestać czytać.

                      Demony samotności, smutku i opuszczenia nie są już obok, a są we mnie. Opanowały mnie. Czy mam jakiś jeszcze wybór i czy coś mogę?

                      Oliwia75
                      Uczestnik
                        Liczba postów: 161

                        Ramoiram

                        Dziś słuchałam czegoś takiego

                        I jakoś mi się z Tobą skojarzyło.

                        Mam trochę przemyśleń co do tego ci napisałeś, lecz to później. Muszę wpierw wstać z łóżka.

                      Przeglądasz 10 wpisów - od 11 do 20 (z 159)