Odpowiedzi forum utworzone

Przeglądasz 10 wpisów - od 1 do 10 (z 25)
  • Autor
    Wpisy
  • olkar
    Uczestnik
      Liczba postów: 26
      w odpowiedzi na: Pomoc? #488610

      Ale mnie bardziej ciekawią inne pytania: a co jeśli zmieniłabyś życie? Co byś zrobiła gdybyś częściej czuła się szczęśliwa? Jak byś się czuła gdybyś odniosła sukces zawodowy? Co byś wtedy robiła w momentach kryzysu, które każdemu się czasem zdarzają?

      Hm… trudne pytania. Nie bardzo umiem sobie to wyobrazić. Obawiam się, że próbowałabym sabotować wszystko, co dobre. W momentach kryzysu to pewnie próbowałabym jakoś to rozwiązać, porozmawiać z kimś – chociaż teraz widzę, że mam problem z napisaniem paru maili, a co dopiero jakieś wielkie rozmowy… Ale zakładając, że nie czułabym się już tak okropnie, to może bym mogła. A gdybym odniosła sukces zawodowy… jejku, żebym chociaż umiała się zdecydować, co właściwie chcę robić! też trudno sobie w tej chwili wyobrazić, chyba ulgę, ale też trochę żal, że tyle lat stresu na to poszło. Złość, że nie potrafiłam wcześniej. No ogólnie podobne chyba odczucia, jakie w sumie mam teraz dość często, tej złości na rzeczywistość, chociaż… chciałabym mieć fajne zarobki, poczucie bycia ważnym, kompetentnym. Móc oddać długi, nie bać się o jutro. Jejku, aż mi dziwnie, jak pomyślę, że mogłabym osiągnąć ten stan braku lęku o przyszłość. Czuję, jakby to było nierealne, poza moim zasięgiem. W pewnym sensie jest, bo dopóki nie zdecyduję się na jakąś opcję i nie będę w nią brnąć, to się nie wygrzebię z tego zamrożenia i dysocjacji. A masa ludzi tak właśnie pewnie żyje, i cieszy się życiem. Coś dla mnie abstrakcyjnego. Ale może wystarczy próbować? Znaleźć sposób, żeby się nie sabotować, i próbować.

      Dzisiaj znów miałam kilka przebłysków. W pewnym momencie odpoczywając w ogóle miałam poczucie, jakbym przebiła się do jakiegoś innego stanu świadomości, takiego serio realnego i pod warstwami tego odklejenia. Poczułam lęk o siebie. Lęk o to, że mamy kiedyś nie będzie. Ale taki bardziej ludzki lęk, nie tę dysocjacyjną histeryczną paranoję. To było… prawdziwe.
      Stwierdziłam, że będę wracać do swojego ciała. Spróbuję jakoś łagodniej się traktować, chociaż lata wrytej nienawiści, złości, wstrętu i pogardy a zarazem wysokich oczekiwań skutecznie to utrudniają.

      Widzę też ostatnio, że więcej z otoczenia do mnie dociera. Jakbym nie tylko słuchała, ale też słyszała. A kupę czasu tylko chyba „grałam”, że żyję – pewnie ze strachu, że znów powtórzę swój los z dzieciństwa i nastoletnich lat i znów będę tą zepchniętą za nawias.
      Co jeszcze w sumie chciałabym dodać: boję się… wyjścia z tej dysocjacji. Bo wtedy będę musiała zejść na ziemię i naprawdę zaakceptować, w jak złej byłam i jestem sytuacji, i to, że nie wiem, jak się z niej wygrzebać i jeszcze przy tym żeby to nie było aż tak okropne.
      Mam też pytanie do Ciebie – nie wiem, czy to odczuwałeś, ale pewnie większość osób z dysfunkcyjnych domów tak ma: jak poradzić sobie z żalem, że się nie miało normalnego wzrastania, że nie było prawdziwej więzi i w zasadzie nie da się tego już zrobić? Szukam o tym na reddicie, gdzie ludzie piszą o tym, że żałują straconej młodości i doświadczeń, które ich ominęły. Boję się, że nie przestanę nigdy czuć tego braku i bólu. Że mogło być inaczej, a teraz mam 30 lat i prawie żadnych naprawdę bliskich osób, kupa wydarzeń nie odrobienia, niby próbowałam być z ludźmi bliżej, ale swoim durnym zachowaniem wszystko psułam, bo tak bardzo chciałam być „fajna”. Nie wiem, jak sobie to wybaczyć, bo okazję na poznawanie ludzi takie naturalne, jak akademik czy szkoła to już za mną. I w zasadzie niewiele tych znajomości przetrwało w jakiejkolwiek formie.

      W ogóle dociera teraz do mnie, jak ja dziwnie to wszystko widzę: jako taką rozpaczliwą misję „nadrabianie utraconego życia”, zamiast normalnie, spontanicznie iść gdzieś z otwartością na innych. Przypuszczam, że to ten lęk przed samotnością. Jakby… całe moje istnienie sprowadza się to do wielkiego dołu żalenia się i zamartwiania, że zmarnowałam życie i nic dobrego mnie nie czeka i dzieje się tragedia. Aż się zastanawiam, jak w ogóle do tego doszło, że z funkcjonowania z dnia na dzień w coś takiego wpadłam. Ale pewnie zbierało się latami, tylko może ten wyjazd na studia i totalna niepewność wszystko rozwaliły.

      No i dostrzegam ten fundamentalny chyba problem, który mam: ten ciągły lęk pod spodem, o którym już mówiłeś. Że jednak mam to poczucie, że nie ma oparcia. Że nie mogę być sobą, bo… spotka mnie kara. Że muszę być w ciągłym napięciu i uważności, bo spotka mnie kara. I tak dalej. Ten strach wyniesiony z domu. Jakimi sposobami z nim walczyłeś? I ze wstydem?

      W sumie chyba moim problemem tak zasadniczo jest to, że nie mogę się zaadaptować do innego świata i właśnie ciągle odtwarzam te uczucia i zachowania z domu. A już przecież nie muszę. A może z jakiegoś powodu czuję, że muszę? Może właśnie przez brak niezależności? Dlaczego więc wstrzymuję się przed jej osiągnięciem? Chyba muszę to obgadać z psychologiem.

      Ciekawi mnie też, dlaczego mam takie uczucie… że każda najdrobniejsza decyzja ma kolosalne znaczenie. Praktycznie każdy wybór rozstrząsam, każde wypowiedziane zdanie. To w sumie też pewnie wyniesione z domu, że trzeba być ciągle czujnym. Chociaż… w domu też czasem się wygłupiałam itp. A teraz łapie się na takiej sztywności, że boję się często konsekwencji każdej decyzji, jakby nagle wszystko zaczęło być takie śmiertelnie poważne, bo… no właśnie. Dlaczego? Czy to po prostu wyczerpany układ nerwowy? Coś takiego gdzieś czytałam.

      W ogóle, po raz kolejny dziękuję, że odpisujesz. Odkąd zaczęłam tutaj pisać, widzę, że stopniowo odchodzi ode mnie trochę cierpienia.

      • Ta odpowiedź została zmodyfikowana 3 godzin, temu przez olkar.
      olkar
      Uczestnik
        Liczba postów: 26
        w odpowiedzi na: Pomoc? #488608

        Mam w sumie trochę przemyśleń…

        tak się zastanawiam: ile z tego, co mi się wydaje, że było takie tragiczne, naprawdę było tak tragiczne, a ile mogłam sobie wymyślić jako wymówka swojej niedbałości? (Z drugiej strony – gdyby nie jakieś kwestie faili wychowawczych, nie doprowadziłabym się przecież celowo do takiego punktu, w jakim teraz jestem. Byłam znacznie bardziej obowiązkowym człowiekiem w przeszłości. Chyba mnie po prostu dorosłość przerosła.

        A druga rzecz, znacznie bardziej chyba pozytywna: miałam dzisiaj kilka przebłysków takiego jakby szczęścia, bycia tu i teraz. Trochę jakby mi się zresetował umysł. Dziwne, zazwyczaj mam poczucie, jakbym nie zasługiwała na szczęście, jakby to było coś z innego wymiaru? Nie dla mnie? Trwało chwilę i zaraz musiałam oczywiście z tego wypaść i zacząć na głos analizować i w ogóle, ale przez kilka momentów miałam takie poczucie wolności i szczęścia, trochę jakbym była znów dzieckiem bez traum. Dziwne.

        Kolejne przemyślenie: mam dziwne odczucia wokół właśnie mojej percepcji, związane z wyjazdem z domu na studia. Jakby… nie zawsze to czuję, ale łapie się na tym, że widzę teraz, że życie faktycznie nie musiało być takie wąskie i ograniczone i z góry mega ciężkie i smutne, jak miałam wrażenie mieszkając z rodzicami. Jestem w szoku, jak pomyślę, że być może to nie musi być taki survival, tylko właśnie dużo różnych opcji, możliwości, a nie takie krótkoterminowe przetrwanie. I zastanawia mnie, na ile zmieniło mi się to przez wyprowadzkę, na ile trauma przechodzi już po tylu latach i różnych sposobach złapania „normalności”, a na ile po prostu dorosłam i te możliwości dostrzegam, widzę, że to nie jest tak, że tak bardzo się nie da (to znaczy, trochę faktycznie się nie da, bo np. nie mam środków żeby się wyprowadzić za granicę, ALE domyślam się, że są jakieś sposoby, jakby się bardzo uprzeć. W sensie, nie jest tak, że są jakieś niewykonalne rzeczy poza moim zasięgiem do końca życia. Że właśnie nie jest tak liniowo, jak jakaś klątwa. Miałam właśnie taki przebłysk, zaczęłam myśleć o potencjalnym życiu i realizowaniu się za granicą. I aż mnie dziwi, jak mogę w jednej osobie mieć tyle różnych punktów widzenia, które właściwie zmieniają mi się kilka razy w ciągu dnia – raz jestem pełna optymizmu i czuję wolność, a raz tę udrękę, wstyd i niemożność. Oczywiście, stanem domyślnym jest ten pesymizm i chęć zakopania się pod kocem, ale te przebłyski dają mi takie poczucie „a może?”

        Kolejna myśl: ciągle jednak się martwię. Kotłują mi się takie smętne, żałosne myśli. O tym, ile krzywdy było. O tym, ile zmarnowałam możliwości. O tym, że nie mam pojęcia, czego tak naprawdę chcę, a takie dylematy to można mieć jako dziecko, a nie 30 letnia kobieta (swoją drogą, totalnie się tak nie czuję. Jestem dzieckiem w ciele kobiety. Przerażające. Często właśnie czuję taką nieadekwatność. Jakby to ciało nie należało do mnie). No i kupa wstydu i napięcia. I lęku, że dalej tak będzie. Albo że to odczuwanie szczęścia to samooszukiwanie, złudzenie. Ja się chyba boję cieszyć. Bo zaraz przyjdzie rozczarowanie. I w ogóle, mam wrażenie że wskakują mi tak totalnie znikąd takie lęki totalnie wyniesione z domu, jakbym się momentami przełączała w taki tryb, że oczekuję tych odczuć, które miałam w domu, np lęku przed zachowaniem ojca albo mamy.
        I Jezu, totalnie się boję, że resztę życia przeżyję w takim stanie. Już i tym pisałam zresztą, ale naprawdę potwornie mi z tym. Co, jeśli ta okropna samotność i poczucie przegranej nigdy mnie nie opuszczą? Takie osoby pewnie też są.

        olkar
        Uczestnik
          Liczba postów: 26
          w odpowiedzi na: Pomoc? #488605

          A czy Ty też miałeś taki ogromny problem z podjęciem decyzji o ścieżce zawodowej? Z jakiegoś powodu totalnie mnie to rozwala, czas ucieka mi między palcami, a ja tylko rozważam, która decyzja będzie lepsza, a którą tak naprawdę chcę podjąć? W zasadzie nie wiem, co mnie aż tak przeraża, chyba poczucie jakiejś nieodwracalności, że jak już się w coś wpakuję to nie będzie odwrotu, i że mogę potem żałować. Też trochę jakbym nie chciała żeby mnie coś określało? Takie dziwne abstrakcyjne rzeczy, ale rujnuje mi to też życie i szanse na jakąkolwiek normalność. 🙁

          olkar
          Uczestnik
            Liczba postów: 26
            w odpowiedzi na: Pomoc? #488600

            Okej, jestem po rozmowie z psychologiem. Znów mi odrobinę lżej, tak dość powierzchownie, ale jednak. Chyba samo to, że ktoś „interesuje się” moimi problemami jest fajne i miłe. Uspokoiłam się trochę. Nadal wisi nade mną mnóstwo spraw, ale czuję się już odrobinę mniej „odklejona”. Za to dopada mnie smutek i lęk, i przytłoczenie, i poczucie niemocy.

            Posłucham chyba jeszcze czegoś, jeśli znajdę. I odpocznę. Mam kilka dni „wolnych”, może sobie poukładam coś w głowie. Czuję w zasadzie ciągle zmęczenie. Psycholożka wyjaśniła mi trochę, dlaczego. Przykro mi trochę, że powiedziała, że ten wstyd i strach nie znikną, ale można nauczyć się działać mimo tego, czy coś takiego. Taka wizja życia nadal niezbyt mi się podoba, bo to nadal przetrwanie, a nie życie.

            Ma mi pomóc z poukładaniem bieżących spraw, a potem pewnie psychoterapia.

            Dociera do mnie powoli smutna myśl, że… tak naprawdę nie będzie lepiej i jedyne, co mogę zrobić, to nauczyć się jakoś „przemęczyć” resztę życia we względnym poczuciu małego dyskomfortu. Nie chcę takiej wegetacji.

            Dotarło do mnie też ostatnio, że ja nie byłam i nie jestem nieśmiała, chociaż tak myślałam. Ja po prostu czułam potworny lęk przez to, co się wokół działo. To aż dziwne, i upiorne, jak pomyślę, w jakiej żyłam rzeczywistości, podczas gdy inni żyli w czymś totalnie innym. A żyliśmy obok siebie. I potwornie niesprawiedliwe. Dlaczego NIKT NIC nie zrobił? Przecież ludzie musieli widzieć, że coś jest grubo nie tak – zdolna, inteligentna dziewczyna, a tak zastraszona i osamotniona. Raz nauczycielka wysłała mnie do pedagoga szkolnego i w zasadzie też nic to nie zmieniło. A moje życie gniło. Chciałabym funkcjonować normalnie, ale obawiam się, że to się nie uda, bo zbyt wiele wiele rzeczy zostało zniszczonych i zaniedbanych.

            Ale dziękuję, że piszesz, odpowiadasz. Jakiś suchy ląd.

            • Ta odpowiedź została zmodyfikowana 2 dni, temu przez olkar.
            olkar
            Uczestnik
              Liczba postów: 26
              w odpowiedzi na: Pomoc? #488598

              W zasadzie może nawet nie tyle dała do zrozumienia, żebym zrezygnowała, co po prostu że to prawie niewykonalne. I kurczę, jakaś część mnie się z tym zgadza, ale to by wymagało zaakceptowania tego i pewnie zapadnięcia się w sobie i rezygnacji. A dopóki wierzę, jakoś mam jeszcze rozpęd do czegokolwiek.

              olkar
              Uczestnik
                Liczba postów: 26
                w odpowiedzi na: Pomoc? #488597

                To teraz w sumie już nie w temacie DDA, chociaż sytuacja, w której jestem, jest pewnie efektem tego „wychowania”.
                Takie bardziej osobiste sprawy: mam mega dołek. Za późno „wzięłam się w garść” i ta droga, o której pisałam, jest dla mnie prawdopodobnie zamknięta. Dzisiaj na zajęciach prowadząca swoimi komentarzami i poradami dała mi do zrozumienia, że w zasadzie to, co teraz robię, jest bez sensu. Nie złośliwie, ale jednak to zabolało. I szczerze mówiąc, nawet nie wiem, co z tym faktem zrobić, bo to trochę prawda. A z drugiej strony coś mi mówi „to tylko jej opinia!” I przeraża mnie to, że może mieć rację. Że powinnam zrezygnować z czegoś, co jest dla mnie tak ważne. I próbować szukać siebie w czymś innym, z tym poczuciem porażki. I świadomością, że nie będę chciała mieć do czynienia z nikim i niczym, co dotyczy tej drogi. A może trochę przeraża mnie też to, że będę musiała „zejść na ziemię” i przestać marzyć. Heh, mam właśnie łzy w oczach. Chyba faktycznie żyłam złudzeniami i teraz nie wiem, co dalej. Trochę popaliłam mosty, plus jestem w takim wieku, że ciężko mi myśleć o czymś nowym. Totalnie nie wiem co dalej i to tak konkretnie, życiowo. Wiem tyle, że ta prowadząca trochę podburzyła moje marzenie. Coś, na co w zasadzie zdobyłam się po latach wątpliwości i obaw. I teraz w zasadzie okazuje się, że nic z tego nie będzie. Naprawdę czuję się jak debil. W dodatku bezradny. I smutny. I przerażony. Jezu, jak ja sobie znajdę miejsce w życiu?

                olkar
                Uczestnik
                  Liczba postów: 26
                  w odpowiedzi na: Pomoc? #488595

                  Odsłuchałam to:

                  I faktycznie aż się zdziwiłam, bo dużo rzeczy tam było o mnie. Bałam się trochę i nadal boję jakichś ogólników w tych podkastach, ale widzę, że to jednak mnie dotyczy. Tylko teraz: mam wrażenie, że raczej w tych materiałach nie znajdę jakichś porad, sposobów wychodzenia z tych złych uczuć. Czy polecasz któreś odcinki jako takie faktyczne pomocne nie tylko informacyjnie? Bo w sumie to że miałam skopane dzieciństwo i byłam zaniedbana emocjonalnie to już wiem. Ale ciekawa jestem, czy coś w tych podkastach jest o tym, co konkretnie mogę zrobić.
                  Słuchałam też tego o „korzyściach” po wyjściu z traumy. Ogólnie – te podkasty są dość pokrzepiające, chyba przez to, że czuję, że nie jestem jakimś dziwnym przypadkiem, tylko takie rzeczy są, zdarzają się. Są tacy ludzie jak ja. Ale cały czas czuję ten żal i lęk i wstyd. I tych rzeczy chciałabym się pozbyć i wreszcie poczuć, że żyję, że mogę mieć kontrolę nad moim życiem i że nie musi się zaraz stać „coś złego” (bo ciągle w sumie mam takie przeczucie).

                  Co jeszcze dostrzegam, a czego pewnie przeciętny człowiek nie czuje – że ciągle mam to poczucie jakby jakiejś tajemnej kontroli nade mną ze strony rodziny? Pewnie też kwestia finansowej zależności, ale w każdym razie mam dziwne poczucie jakbym nie należała do końca do siebie. Nie była wolna. Syndrom sztokholmski?

                   

                  olkar
                  Uczestnik
                    Liczba postów: 26
                    w odpowiedzi na: Pomoc? #488591

                    Kurczę. Muszę dodać, że powoli moja percepcja rzeczywistości się zmienia i jest to bardzo dziwne, jestem ciekawa, czy Ty @truskawek też coś takiego przeszedłeś? Jakby faktycznie świat był „szerszy”, a ja nie była jakimś niewolnikiem i ofiarą. Dziwne, nie umiem się w tym odnaleźć. No i ciągle mnie mierzi myśl o tym, ile straciłam. Że ciągły, latami przeżywany lęk i nienawiść do siebie nie były normalne. Inni ludzie w tym czasie bawili się, budowali relacje, rozwijali się. I że w sumie nie wiem, co dalej. Ale faktycznie chyba zabiorę się za te podcasty.
                    Zastanawiam się, czy uda mi się zbudować faktycznie jakieś fajne życie jeszcze.

                    olkar
                    Uczestnik
                      Liczba postów: 26
                      w odpowiedzi na: Pomoc? #488588

                      Hej. Piszę po kilku dniach przerwy.

                      Mam za sobą mega stresujący tydzień. Ale chyba nawet satysfakcjonujący: ludzie chwalili moje skille po takich przeglądach w szkole, ktoś powiedział, że jestem w jego top, ze dwie osoby, że są moimi fanami 🙂 i ktoś jeszcze, że mam talent. Cieszy mnie to, ale jest ta część mnie, która ciągle cierpi. Mam ku temu powody: wiem, że ta droga, którą chcę iść, nie jest dla mnie tak otwarta, jak bym chciała. Przez problemy rodzinne i związaną z tym traumę mogę co najwyżej być late bloomerem i raczej nie zrobię wielkiej kariery, co mnie potwornie boli. Ale nie wiem, czy mogę pozbyć się tego potwornego lęku.
                      Ale dociera do mnie coraz bardziej, jak potwornie zniszczyli mi życie rodzice. I prawdopodobnie totalnie nieświadomie. Zaczynam rozumieć, jak totalnie zrąbaną percepcję siebie i świata miałam przez lata – i w sumie nadal mam. Zaczynam rozumieć dziwne reakcje ludzi na mnie – że jestem inna, ktoś kiedyś nazwał mnie dzikiem. Ostatnio miałam taką dziwną sytuację, w której próbowałam zrobić trochę głupi swoją drogą żart z kolegi z grupy do dziewczyn z innej grupy. Żart ich nie rozbawił, za to jedna – dość wyszczekana – powiedziała do drugiej coś w stylu „żebrak”. To pewnie była szydera ze mnie. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej dociera do mnie, że faktycznie ludzie mogą mnie tak widzieć – przez moje zachowania, którymi próbuje „zyskać sobie sympatię” ze strachu. (Tej samej dziewczyny chamskie zachowanie połowicznie udało mi się zlać w piątek, z czego jestem trochę dumna. Ale boli mnie fakt, jak totalnie muszę być nieświadoma jeszcze wielu rzeczy o rzeczywistości. O tym, ile traciłam przez wiele lat wpojonej nienawiści do siebie. O tym, jak bardzo się przejmuję zdaniem innych o mnie. O tym, jak nie umiem się bronić. O tym, jak sztucznie i dziwnie postrzegałam rzeczywistość, jakby ten świat totalnie nie był „dla mnie”. To wszystko było oczywiście pewnie wynikiem traumy z dzieciństwa. Ale teraz potwornie się boję, że już nie dam rady zbudować świata dla siebie. Bo za późno na budowanie przyjaźni. Za późno na słabość. Mam 30 lat i generalnie nie mam nic. Zero kariery, długi, samotność. Niechęć do życia wśród ludzi. I te dziwne traumatyczne reakcje, przez które faktycznie czuję się jak żebrak, jakby nie było MNIE.
                      Ciągle marzę o tym, żeby umrzeć, ale chyba daję sobie jeszcze jakiś margines. Zresztą, nie mam odwagi nic zrobić.
                      Chyba potrzebuję jakichś słów otuchy. Że po tym całym życiu praktycznie w chorobie da się żyć jeszcze szczęśliwie. Wyjść z tego gówna.

                      olkar
                      Uczestnik
                        Liczba postów: 26
                        w odpowiedzi na: Pomoc? #488575

                        Ostatnio nie, właściwie 5 dni w tygodniu jestem w jednym mieście a dwa dni w drugim, ciągle w jakimś dziwnym biegu i niewiele daje radę zrobić – co jest w sumie dziwne, bo mam czas w ciągu dnia na inne rzeczy, ale totalnie nie umiem się do niczego zabrać, dysocjowanie zajmuje mi zbyt wiele czasu. Tragedia. Potwornie uciążliwe. Bardzo dużo czasu po prostu marnuję. Może czegoś posłucham w najbliższym czasie.

                        Ciągle czuję się jakoś… dziwnie, nierealnie. Jakby życie, świat dział się obok. A ja jestem zawieszona w jakiejś czarnej dziurze.

                        Masz jeszcze może jakieś wskazówki, rady dla osoby DDA? Jak sobie pomóc i ułatwić, oprócz tych ćwiczeń na emocje?

                      Przeglądasz 10 wpisów - od 1 do 10 (z 25)