Odpowiedzi forum utworzone
-
AutorWpisy
-
Hej, dzięki że pytasz.
Jest mi… dziwnie. Ciągle jeszcze nie czuję się dobrze, docierają do mnie nowe… uświadomienia? Każdego dnia czuję się trochę inaczej, w zasadzie kilka razy dziennie. Ale chyba coraz bardziej się reguluję. Nie wiem, czy to ma jakieś duże znaczenie, biorąc pod uwagę to, że i tak nie widzę za bardzo swojej przyszłości i nie wiem, czy jeszcze cokolwiek fajnego uda mi się przeżyć.
W chwilach takiego spokoju myśli czuję, że mam jednak cały czas potrzebę bycia kimś innym. I nie wiem, czy to kiedyś zniknie, nie wiem, co się musi stać, żebym do końca zeszła do rzeczywistości i zaakceptowała, uznała, że jestem „dosyć”. Obawiam się, że potrzebowałabym do tego ludzi. Jakiegoś grona bliskich osób, którym ufam, które mnie nie skreślą, z którymi mam regularny kontakt na żywo. Nie wiem, czy uda mi się to zorganizować.Poza tym wysłuchałam obejrzałam kilka filmów o CPTSD i też mi chyba w tamtym momencie pomogło.
Ale cały czas czarno widzę przyszłość i to już chyba jest po prostu realizm.
Dużo myślę też o znajomościach, które, łagodnie mówiąc, z*ebałam swoim dzikim, psychopatycznym zachowaniem. Niektórych z nich chyba nigdy nie naprawię. Jest też kilka spraw, które powinnam zgłosić odpowiednim instytucjom, ale wiem, że jestem z tym sama, więc boję się za to zabrać.
Męczy mnie też sprawa mieszkania, w którym jestem, a nie za bardzo się tam widzę, ale inne opcje też nie są lepsze. I tak mi mija życie w tym dziwnym stanie czekania na jakieś lepsze jutro. Plus taki, że zaczynam czuć więcej kontroli i robię powoli jakieś kroki, żeby to wszystko ogarnąć. Czasami jednak nachodzą mnie wyrzuty sumienia i potworny lęk. Chciałabym móc mocniej złapać się czegoś „na zewnątrz”, właśnie „poza moją głową”, ale chyba nie jestem jeszcze w sto procent gotowa. Chyba muszę poczuć się dość stabilnie ze samą sobą… a póki co mój mózg sabotuje wszystkie próby poczucia się pewnie. Być może ma powody, bo dużo rzeczy w życiu zaniedbałam.
Walczę też z tą myślą… że nigdy nie będę miała tego fajnego, normalnego dzieciństwa. Jako dziecko i nastolatka uciekałam w wyobraźnię, i w sumie przez to chyba ominęło mnie prawdziwe życie. Ale teraz ciężko jest przestać uciekać w siebie. I to też mnie przeraża, że właśnie tyle życia mnie omija przez te derealizacje, dysocjacje i życie wyobrażeniami. I mega mnie męczą te fale wstydu. Chyba od myślenia o przeszłości. I zastanawiam się, jak bardzo pewne wydarzenia wpłynęły na mnie tak, że już zawsze będę przez to trochę uszkodzona. W ogóle czuję się trochę tak jakbym właśnie… wypadła z nurtu życia. Jest taki cytat jednego pisarza (po angielsku) i to chyba trochę oddaje moje odczucia:https://www.azquotes.com/quote/625611
A jeszcze z pozytywów – uczę się stawiać granice. Śmieszne, ale nawet trochę działa. Dociera do mnie jednak, jak bardzo mało sprawczości czuję w moim życiu. Jak mało odpowiedzialna jestem – pewnie właśnie przez problemy z regulacją emocji, ciągły lęk i ruminacje.
Chciałabym nawiązać w końcu jakąś prawdziwą więź z ludźmi.
-
Ta odpowiedź została zmodyfikowana 2 tygodni, temu przez
olkar.
Coraz więcej rzeczy na mnie spada. Aż się boję, w jakie stany mogę wpaść, jeśli zacznę grzebać głębiej.
Wszystko przytłacza mnie coraz bardziej i czuję potworne poczucie winy. I coraz więcej smutku i żalu.
Tak bym chciała mieć normalne, szczęśliwe życie. Boję się, że jeśli dokopię się do jakichś potwornych wydarzeń, to już totalnie się posypię, i co wtedy? Nawet się boję niektórych rzeczy mówić psychologowi.
Dzisiaj na zajęciach znów ogarnęło mnie zwątpienie. Porozmawiałam z dwiema osobami i było mi przez chwilę lepiej. Ale wystarczy, że popatrzę na siebie z dalszej perspektywy, na moje życie, na dalsze opcje – których nie widzę, bo widzę przyszłość jako jakiś koszmar – i znów czuję ten ciężar.
Boję się, że terapie nie pomogą. Że to będzie zawsze takie życie „pod”. Że nie nadrobię tych „kroków rozwojowych”, że nikt nie będzie mnie traktował poważnie. Że będą zawsze mnie zjadać wyrzuty sumienia. Czuję, że wiele problemów sprawiłam sobie sama, odreagowując traumę.Podcastu posłucham, jak będę w stanie w ogóle czegoś słuchać. Jestem trochę rozstrzęsiona.
Zastanawiam się, czy naprawdę z takich koszmarnych stanów da się wyjść. Myślę, że jednak jeszcze wcale nie dotarłam do prawdziwej siebie. Ona jest gdzieś bardzo głęboko. Przed tymi wszystkimi ranami.
A czasem czuję zwątpienie i podważam siebie – a może ja to wszystko wymyśliłam? Bo za dużo oczekiwałam? Może to nie tylko wina takiego a nie innego wychowania? Czy dziecko może być „zbyt”?
W dodatku dociera do mnie, że przypadkiem zrobiłam chyba coś, czego się mega wstydzę i nie wiem, jak to naprawić. Nie chcę poza tu szczegółow, ale strasznie mnie to dręczy i chyba nie będę zbyt szybko w stanie się tym podzielić nawet z psychologiem.Miałam dziwną sytuację dzisiaj, dość stresującą. I nagle dotknęła mnie rzeczywistość jeszcze bardziej. Nie wiem, czy uda mi się utrzymać ten stan. Ale dziwne uczucie. Przez kilkanaście lat miałam depresję, dysocjację i różne takie. Tak sobie myślę że ja w ogóle nigdy naprawdę nie żyłam. I to takie nowe. Zaczynam się zastanawiać, z jakiego w sumie powodu tak mnie odcięło nagle. Pewnie stres o te studia, wielka presja, chęć zmiany życia. Trudno mi to racjonalnie wytłumaczyć. Szkoda tylko, że to zajęło tyle lat… wciąż w sumie czuję jakiś rodzaj wstydu gdzieś w głębi, tym razem to już za moje zaniedbania i to, jak bardzo jestem w tyle. Ciekawa jestem, co będzie dalej, ale też przerażona wizją tego, że nie uda mi się poukładać tego życia tak, żeby być zadowolona. I że jak wyjdę z tego odcięcia, to dotrze do mnie NAPRAWDĘ jak bardzo jest źle i się posypię.
Ale faktycznie, rzeczywistość jest znacznie bardziej rzeczywista, jeśli mogę tak powiedzieć. Teraz patrzę wstecz i zastanawiam się, jak musiało mi być serio źle, skoro stałam się na przestrzeni lat TAK dysfunkcyjna – i trochę nie dowierzam, bo przecież żyłam, jakoś wypełniałam obowiązki. Może też kwestia zmian w mózgu związanych z czasem. A może to, że teraz faktycznie zaczyna do mnie docierać, że ZAGROŻENIA już nie ma. Albo to, że wyszłam z tego zamkniętego środowiska. Ale naprawdę aż mi się nie chce wierzyć, że byłam w takim dziwnym stanie w zasadzie 18 lat.Dociera do mnie, że faktycznie ja bardzo potrzebowałam opieki i akceptacji w domu, choć wmawiałam sobie, że nie, że jestem ponadto, liczy się tylko rozum xD i przez to totalnie mnie ominęły jakiekolwiek relacje z ludźmi, w ogóle cokolwiek przyjemnego w otaczającym świecie. Totalnie nie mogę zrozumieć moich rodziców. Dlaczego zdecydowali się sprawić, żeby życie mnie bolało? Albo to w sumie nie była decyzja. Nie umieli inaczej, co właściwie ich nie usprawiedliwia. Bo widzą jak jest i nic nie zmieniają.
Nigdy się nie dowiem, jak to jest mieć ojca, którego nie trzeba się bać, ani matkę, którą nie trzeba się emocjonalnie „opiekować”. Nigdy. I w to jest mega trudno uwierzyć i zaakceptować. No bo nie będzie innego życia. I to poczucie bycia sierotą, ale w sumie nie sierotą, bo oni są, formalnie moi rodzice, ale faktycznie trochę obcy ludzie. To poczucie życia na skraju szaleństwa, bo jak to wytłumaczyć komuś, kto tak nie miał? Że miałam rodziców, nawet razem robiliśmy różne rzeczy i w ogóle, ale w sumie wiem, że jest jakiś głęboki brak.Jak nie czuć dzikiej zazdrości, że są ludzie, którzy mieli tę więź? Którzy się nie bali? Jak w ogóle mieć relacje z ludźmi, jeśli czujesz taką niesprawiedliwość? 🙁 jak się cieszyć?
Przykra myśl, jakby nie patrzeć, że straciłam tyle lat samorozwoju, doświadczeń, w ogóle wszystkiego. I do końca życia będę pewnie co jakiś czas czuć, że jestem gdzieś w tyle. Trochę jakbym spędziła 30 lat w więzieniu, tyle że od urodzenia, i nie wiem, jak funkcjonować.
Chyba to uczucie mnie najbardziej rozwala tak naprawdę. Że mogło być inaczej, że zasługiwałam na uwagę, że mam mnóstwo zdolności, ale postanowiono to olać. Prawdopodobnie mogłam z łatwością skończyć kilka kierunków studiów, ale coś mi ciągle mówi, że coś jest we mnie nie tak, coś złego? Że sobie nie poradzę, więc lepiej nie próbować wielu rzeczy, a jak już je robię, to w takim stresie i odcięciu, że nie wiem, co się dzieje. Że właśnie jest jakaś magiczna „powinność”, tylko właśnie, nie wiem jaka, więc się męczę z tym dziwnym ciężarem wewnątrz, nie mogąc iść w żadną stronę. Jakby w pewien sposób czuję, że powinnam oddawać decyzyjność innym? Rodzicom szczególnie? Też pewnie dlatego, że mnie dalej wspierają, ale to idzie tak głęboko, że nie potrafię nawet właśnie wyrzucić rzeczy, których nie potrzebuję. No, to może też trochę z powodu spodziewanego żalu i chęci odzyskania, kiedy będzie to niemożliwe (tak bardzo intelektualizuję moje uczucia, że jestem w stanie wyobrazić sobie, co będę czuła, i się tego uczepić :)) Być może ten brak decyzyjności to też wynik braku takiej stabilnej „siebie” przez to, że życie było ciągłym stresem i reagowaniem? Rany, nie wiem już. Niesamowite, mogę spać do oporu, a i tak jestem wykończona. Ale mam zamiar doprowadzić się w końcu do stanu życia, a nie takiej wegetacji.
Takie jeszcze pytanie do Ciebie – żeby się pocieszyć – czy myślisz, że da się ułożyć sensowne życie, zaczynając właściwie od zera w wieku 30 lat? Wiem, nie jesteś wróżką ani nic z tych rzeczy, ale pewnie masz jakiś nieco szerszy obraz rzeczywistości niż ja na ten moment. Bo ja to widzę tak dość katastroficznie, że zmarnowałam wiele szans i teraz to już nie wiem, piekło, kara, wegetacja.
Chciałabym, żeby życie przestało mnie tak stresować i przerażać. Żeby decyzje to były decyzje, a nie właśnie takie tylko reagowanie, jak już jest ostatnia szansa i wszystko się sypie.
Trochę się poużalałam, ale chyba tego potrzebuję, widzę, że mi to trochę pomaga.
Ale chciałbym zwrócić twoją uwagę w innym kierunku: ciekawi mnie, co zechcesz wybrać w dalszym życiu? Co się zmieni, jak zaczniesz decydować? Czym będziesz się kierować najmocniej, a co odrzucisz?
Właśnie sobie teraz myślę o różnych takich rzeczach i kolejnych kilka olśnień doznaję. Że kurczę, ostatnie lata (czyli w zasadzie prawie połowa życia, haha) to było naprawdę takie tylko przetrwanie, i patrzenie jak mijają kolejne dni, byle oszukać samą siebie, że żyję. I że to naprawdę nie jest proste w ogóle opuścić ten stan. Zaczęłam myśleć jakoś poważniej o tym, jakbym miała teoretycznie robić coś związanego z filmem, zaczęłam myśleć o jakichś zagranicznych szkołach i dotarło do mnie, że naprawdę musiałabym się ZAANGAŻOWAĆ, być w tym naprawdę, bo tak dysocjując przecież nic nie stworzę. I że panicznie się boję nawet próbować. I że, kurczę, ja naprawdę nie mam pojęcia, co chce robić. Mam wrażenie, że teoretycznie mogłabym robić wiele różnych rzeczy, w szkole w miarę dawałam radę. Na pytanie „no ale co lubisz robić” ciężko odpowiedzieć, jak się właściwie próbowało tylko przetrwać przez większość życia. Być może każdą z tych rzeczy bym mogła lubić. Zresztą, mówi się, że praca niekoniecznie musi być pasją i można robić to co się lubi po pracy… w ogóle nie wiem, może te dziedziny, które mnie interesują, interesują mnie dlatego, że właśnie mam te braki z dzieciństwa. I może samo robienie ich nie będzie fajne, tylko jara mnie perspektywa bycia podziwianą za robienie ich? I nie wiem do końca, czy to jest tak, że ja sobie stwarzam problemy i nie powinnam tyle myśleć i szukać tylko kontynuować to co zaczęłam i iść w to i nie narzekać (dziwne, jakoś jak o tym myślę to widzę jakby członków rodziny xd) bo skoro z jakichś powodów akurat tak wybierałam to po co narzekać?
I czuję też, jak moja percepcja egzystencji się ciągle zmienia. Totalnie dziwne. Czasem czuję się właśnie wolna i obecna, a czasem znów coś trzyma mnie w pewien sposób.Ale właśnie, chyba wciąż jestem trochę w tym tybie „przetrwania”, co jest totalnie utrudniające to zanurzenie się w życie. Ale też jest to chyba zrozumiałe, bo skoro moje życie wciąż jest chaotyczne i nie mam wizji przyszłości – ani nawet wiary w nią!- to jak mam się czuć bezpiecznie i stabilnie? I to takie trochę zamknięte koło.
Tak totalnie szczerze mówiąc, przez większość czasu mam ochotę przeleżeć resztę życia w łóżku. Tu się czuję najbezpieczniej. Choć wcale nie komfortowo. I znów słyszę głosik „leń!”, który jest kimś z rodziny. A ja się czuję jak sparaliżowana. Bo z drugiej strony chciałabym być tym działającym, funkcjonalnym człowiekiem. Totalnie się boję przeżyć życie tak minimalnie, i obudzić się w wieku 70 lat bez grosza przy duszy i bez poczucia jakichś osiągnięć (które chyba definiuję trochę jako takie bycie docenionym, robienie czegoś lepiej niż inni w danej działce, bycie wyróżnionym?) Już nawet pomijając osiągnięcia, co jeśli całe życie przeżyję w jakichś ciężkich, meczących mnie pracach bez grosza przy duszy? Ale chyba właśnie odcięłam się od życia, bo było mi zbyt źle. I teraz nie wiem, jaka jest rzeczywistość i nie wiem, jak to układać.
Chyba jednym z większych moich problemów jest poczucie jakiejś blokady, że czegoś nie mogę, a jak to zrobię, to będą jakieś konswekwencje, zostanę ukarana? I panicznie się boję popełnić błąd i potem żałować. Miałam kiedyś ostrą nerwicę natręctw i chyba to poczucie lęku przed zrobieniem czegoś źle jest z tym związane, ale pewnie lęk był pierwszy (bo jak nie wiesz, za co dostaniesz opierdol, to potem się wszystkiego boisz).I kurczę, znów mnie smuteczek dopadł trochę, bo dociera do mnie ile straciłam takich normalnych doświadczeń międzyludzkich. Teraz jako dorosła nie będę mieć właśnie tej beztroski w tle i przeraża mnie to. Nie będę też miała normalnych doświadczeń bliskości z rodziną (i jak patrzeć na życie innych, którzy je mają? Mam nawet problem z kontaktem z dziećmi, bo automatycznie czuję złość i panikę, kiedy są w moim otoczeniu. A moja aktualna praca jest związana z kontaktem głównie z dziećmi, i jest to potwornie męczące, bo nie czuję tego kontaktu z nimi).
W zasadzie trochę się czuję, jakbym urodziła się dorosła, bo chyba czułam od dziecka na jakimś poziomie, że muszę sobie radzić sama, a ci ludzie w moim domu to nie są do końca bliskie mi osoby.
Co się zmieni, jak zacznę decydować? Cholera, nie wiem. Pewnie będę bardziej na ziemi, ale też bardziej zawstydzona. Dzięki odcinaniu się od rzeczywistości nie muszę przeżywać tych nieprzyjemnych uczuć.
Chyba najbardziej boję się tego żalu i wstydu. Że mnie dopadną i zmiażdżą. I że nie będzie nic poza tym. I tego nieprzyjemnego odczucia, że inni inaczej doświadczają rzeczywistości, że życie jest dla nich zawsze NAPRAWDĘ. A ja przez większość czasu byłam i pewnie jeszcze trochę będę w jakimś innym wymiarze, i ciężko jest z niego wyjść, bo nic wokół mnie też nie jest tak, żebym czuła się dobrze. I tu znowu pytanie: a jak bym chciała? No i pas, bo nie potrafię powiedzieć, nawet się BOJĘ czegoś chcieć, bo pewnie zostanie to odrzucone, wyśmiane, zniszczone.Boję się też tego, że faktycznie jestem w kiepskim miejscu życiowo: beznadziejna praca, mam 30 lat, zero woli życia i poczucie przegranej. I chciałabym umieć się cieszyć czymś dookoła mnie, ale nie mogę, i to też mnie wkurza.
Taka tam porcja przemyśleń na dzisiaj. O tyle dobrze, że mogę się trochę pocieszyć, że znalazłam się w takim miejscu nie z własnej winy, tylko przez brak odpowiedniego środowiska.
-
Ta odpowiedź została zmodyfikowana 1 miesiąc temu przez
olkar.
O rany, dziękuję za odpowiedź.
Życie nie skończyło się w dzieciństwie – jejku, dobrze to czytać. Chyba taki mam mindset trochę. Jakby się skończyło.
W ogóle właśnie mam to dziwne poczucie, jakby moje życie miało się zaraz skończyć. Ciekawe, czy to też od DDA.
I że właściwie upływający czas to jakiś terror. Boli mnie każdy tydzień, miesiąc i rok. Nie rozumiem tych uczuć.
Od dziecka miałam jakieś takie poczucie, że muszę zrobić wszystko jak najwcześniej. Osiągnąć coś jak najszybciej. Jak najmłodziej. Być najmłodszą sławną … aktorką, pisarką. I chyba to poczucie upływającego czasu też dlatego mnie boli.
Jejku, ale dobrze, że tu jesteś i odpowiadasz. Tak naprawdę z nikim do tej pory nie mogłam pogadać, kto by przeszedł podobne stany lub ogólnie „znał temat” (i nie był psychologiem).
Co do tego teatru – nie wiem, może to też jakaś potrzeba docenienia, którego czułam, że nie dostaję? Ale z drugiej strony, chęć bycia docenionym to jedna z wielu potrzeb. Więc może to nie jest coś zbędnego.
Ciekawi mnie… czego bym chciała, jaką decyzję bym podjęła, jakby nie to DDA? Czy byłoby jakoś inaczej?
Pewnie moje relacje z ludźmi byłyby inne, bo to był i jest w sumie nadal główny fail mojego życia. Totalna samotność. To pewnie też wpłynęłoby jakoś na moje decyzje zawodowe.
Rany, ale jestem zmęczona. Przez ostatnich kilka tygodni przekopałam się w myślach i emocjach przez większość życia, do którego mam dostęp psychicznie.
Pozostaje mi mieć nadzieję, że podejmę w końcu jakieś życiowe decyje, których nie będę podważać ani żałować.
A tak w ogóle to – tak, w sumie to chciałabym wielką karierę, pieniądze, fajne mieszkanie/dom, może rodzinę. Czy to racjonalne i sensowne? Nie wiem. Ile z tego się uda? Cholera, nie wiem.
Martwi to, że TERAZ nie jest zadowalająco. I na tym teraz właśnie ucieka mi życie. Które mnie nie zadowala.
-
Ta odpowiedź została zmodyfikowana 1 miesiąc temu przez
olkar.
Okej, po napisaniu tego odrobinę się uspokoiłam.
Ale poczucie straty masy czasu. Masy życia. Coraz bardziej to do mnie dociera i to boli. Nie wiem, czy jest na to jakaś rada.
Muszę zacząć z miejsca, w którym jestem, z tym, co mam.
A i tak nie mam pewności, że mi się uda.
Dociera do mnie, że ten stan, w którym byłam przez ostatnich 12 lat, to był naprawdę ostry koszmar. Nawet nie za bardzo jestem w stanie traktować to poważnie. Bo chyba byłam trochę… niepoczytalna?
Masakra.
Dopiero teraz do mojego mózgu dociera, że życie jest NAPRAWDĘ.
Rany.
Ile mogłam zrobić w tych 12 lat? Nawet nie chcę myśleć. Czułam, że niewiele.
Okej. Nie chcę się pogrążać w żalu, ale w końcu chyba czuję się prawdziwa.
Ja. W mieszkaniu. Sama.
Bez niczego.
Spojrzałam w lustro i „przywitałam” siebie ze łzami w oczach. To chyba jeden z najdziwniejszych dni mojego życia.
Nie wiem, co dalej. Wiem, że chcę coś zrobić. Boję się, że się nie uda. Ale chyba nie mam wyjścia. Wstecz się nie da.
Ale faktycznie, czuję się mega źle z tymi wszystkimi zmarnowanymi szansami. Jednak myślenie o tym nie pomoże.
Co dalej? Za cholerę nie wiem.
Czuję, że jestem nikim. Chcę to zmienić.
Dzisiaj w końcu się przemogłam i zadzwoniłam do dziekanatu w sprawie wznowienia studiów. Na ten moment jest już raczej za późno na ten semestr – i tak bym nie dała rady być naraz i tu, i w innym mieście – ale strasznie mi przykro, że to się tak ciągnie, i znów czuję się jak porażka.
I tu się pojawia kolejny dziwny aspekt – nie wiem, czy w książkach o tym jest – to dziwne uczucie rozdzielenia tego, czego naprawdę chcę od tego, co zostało mi narzucone.
Tak naprawdę jakąś część mnie niezbyt mnie obchodzą te studia – no, wiem, lepiej je dokończyć, niż nie – ale i tak wpadam w żal, że nie udało mi się tego domknąć w jakimś normalnym terminie. Przy czym w sumie poszłam na nie z braku laku trochę, to nie był mój dream. Może trochę byłam zaciekawiona. I tak dalej. I tak z każdą decyzją właściwie. Boli mnie to rozdzielenie, że nie wiem właściwie, co myślę na dany temat i przez to tkwię w miejscu. Bo z jednej strony to, a z drugiej tamto, itd.
I kurczę, chociaż czasem mam momenty, że już myślę, że oooo, już dotykam rzeczywistości, to jednak zaraz mnie z niej wyrzuca. Przypuszczam, że po prostu zniesienie faktu, że taka jest prawda, że damage is done, że nie będzie powtórki, że będę się prawdopodobnie męczyć jeszcze ileś lat… jest niemożliwe i po prostu mnie wyłącza.
I to mnie zastanawia. Choćbym nie wiem jak starała się myśleć pozytywnie, odczuwać uczucia, pocieszać siebie, to czuję, jakbym była za jakąś ścianą. W innej rzeczywistości, w piekle. Chyba naprawdę po prostu się boję zaakceptować. Przyjąć do wiadomości i do świadomości COŚ.
Kurczę, nawet nie potrafię powiedzieć, co to jest. Czy to jest właśnie ten żal, żałoba? Za tym, co mogło być? Za troską i opieką? Tak po prostu czuję, że jest COŚ, chyba to przerażenie? I wstyd. Wyniesione gdzieś z wczesnego dzieciństwa. Nie potrafię totalnie pozbyć się tego uczucia i mam wrażenie, że już się nie uda. Że to faktycznie będzie takie przetrwanie do śmierci, budowanie wokół tego.
Aż mnie zadziwia, że faktycznie te wszystkie lata z rodzicami byłam w stanie radzić sobie w szkole (chociaż też psychicznie było ciężko).
Nie chcę po raz setny pytać o to samo, ale chyba i tak to zrobię, bo czuję się potwornie osamotniona…
Czy da się to jakoś wyleczyć? To dziwne uczucie pustki i bólu. Mam wrażenie, że dopóki będę to coś czuć, to moje problemy nie znikną. Bo chyba to jest to centrum mojej „choroby”. Może dobrze, że do tego dotarłam, ale nie mam pojęcia, co z TYM zrobić.
Boże. Czuję się tak dziwnie. Tak… pusto.
Cały świat jest jakiś dziwny.
Jak przestać czekać na ratunek?
Jak poukładać te wszystkie sprawy, które się posypały?
Czy zdołam stworzyć jakieś fajne, dobre relacje, bez tego dziwnego uczucia bycia oszustem z tyłu głowy?
Czy przestanę sobie wyrzucać, że tyle rzeczy zepsułam i zmarnowałam?
Czy przestanę czuć wśrod ludzi, że jestem gorsza i nie pasuję?
Czy wreszcie zacznę czuć, że zasługuję?
Czy przestanę czekać w napięciu, bo zaraz może sie wydarzyć coś złego?
Czy przestanę mieć ciągle te ruminacje?
Czy przestanę mieć poczucie winy?
Czy da się po prostu osiągnąć stan umysłu, w którym „żyjesz”, jesteś „W” życiu, a nie gdzieś obok, poza, za szkłem, analizując? Tym bardziej, jeśli tyle lat życia w zasadzie się „wycięło”? Da się czuć, że jest okej, normalnie, bez tego poczucia niepokoju, że coś złego się dzieje?
Czy da się zaakceptować to, że nie miałam normalnych 30 lat jedynego życia? Że nie miałam grupy przyjaciół, szkolnych miłości, nie miałam i pewnie już nie będę mieć normalnej relacji z rodziną? Że być może własnej rodziny też nigdy nie będę mieć?
Co, jeśli z tyłu głowy zawsze będzie to poczucie straty?
Czuję, że jestem w jakimś dziwnym miejscu.
Trochę jakbym właśnie wyszła z tego koszmarnego snu, ale nie wiem, co ja tu robię i po co. Uciekłam, udało mi się. Ale nie wiem, co dalej. I chciałabym zniknąć, bo to za dużo.
Przepraszam, jeśli to za dużo. Po prostu nie daję chyba rady. Musiałam to wypisać.
Chciałabym życie od nowa. A tak się nie da.
Nie wiem, jak budować na tym, co mam. Gdybym chociaż miała dość dużo kasy, żeby się intensywnie terapeutyzować. Przeraża mnie to, że większość wspomnień, jakie mam, to smutek. I cierpienie. I strach.
A najgorsze jest to, że to ma swoje konsekwencje. Bo przez brak odpowiedniego wsparcia nadal nie funkcjonuję normalnie. Nie mam przyjaciół. Nie mam pieniędzy. Nie wiem, co z pracą. I to dziwne uczucie zejścia z toru życia.
Boję się, że nie ułożę już tego tak, jak bym mogła. To dziwne uczucie, że „coś poszło nie tak”. I faktycznie, tego się już nie da naprawić.
Okej, na ten aspekt mogę popatrzeć w sumie tak, że ludzie przechodzą też przez rozwody. Różne nieszczęścia.
Gorzej, że moje nieszczęście pozostawiło mnie trochę niesprawną i niezdolną do normalnego życia.Dobrze, że mogę chociaż to tutaj zapisać. Popłakałam się przy tym.
Jestem tak bardzo w tym samotna. Tak bardzo potrzebuję kogoś bliskiego.
Czuję, że tyle mnie ominęło pozytywnych doświadczeń. I wiem, nie da się tego odrobić, nadrobić i w ogóle. Co stracone, jest stracone. Ale żebym chociaż wiedziała, jak sobie to życie ułożyć dalej…
A co, jeśli nie uda się z teatrem? Czy dam radę być szczęśliwa w jakiejś prostej pracy, bez osiągnięć, bez samorozwoju?
Rozmawiałam dzisiaj z psycholożką.
Coraz więcej łapię tej świadomości, i to jest coraz bardziej bolesne.
Chyba tak naprawdę boję się tej prawdy. Psycholożka powiedziała coś takiego, że właśnie ja się cały czas nie zgadzam z rzeczywistością, a chyba powinnam przyjąć, że było jak było i jest jak jest.
Dotarło do mnie również, że faktycznie sporo gówna w moim życiu to były moje decyzje i moja odpowiedzialność. Chciałabym usłyszeć/przeczytać, że to był wynik traumy i tak dalej, braku wsparcia, bezpieczeństwa. Ale i tak to były moje decyzje. I muszę ponosić ich konsekwencje.
Jestem przerażona, naprawdę przerażona przyszłością. Bardzo się boję, że nie ogarnę dorosłego życia. Że ten brak emocjonalnej regulacji nie pozwoli mi złapać stabilizacji w życiu. Że nie dam rady się sama utrzymywać. Że skończę jako bezdomna. Że zawsze te flashbacki będą mnie męczyć. Że nie zaakceptuję siebie takiej, jaka jestem – czyli efektu traumy. Że będą mnie dalej dręczyć wyrzuty sumienia. Że znów ktoś będzie mnie ranił. Że całe życie to będzie ten przeklęty krąg lęku i upadku i samoobwiniania.
Coś ambitnego… hmm, coś, co jest prestiżowe? Daje poczucie ważności? Daje bezpieczeństwo. Hajs. Jest trudne intelektualnie?
Właściwy wiek to jak najszybciej 🙂 No, na zrobienie jakiejś super kariery w TV na przykład, to już raczej za późno. A jeszcze te 10 lat temu, gdybym nie dysocjowała i się nie bała, to może mogłabym. Fakt, że próbuje zrobić „coś” w tym kierunku. Ale fakty „realne” są też takie, że trochę późno na jakieś znaczące osiągnięcia w tej dziedzinie. Skąd to wiem? 1. Jedna z nauczycielek mi powiedziała, ta, co o niej pisałam ostatnio, że z racji wieku itp. może mi być ciężko w tym formalnym nurcie. 2. Realia są faktycznie takie, że ludzie zaczynają bardzo młodo, trochę jest to taki kult młodości. A jak chodzi o inne kariery, to też w zasadzie im wcześniej zaczniesz, tym lepiej. No i w pewnym wieku korzystanie z pomocy finansowej to już totalny obciach i tragedia, naprawdę bym tego nie zniosła. A zanim się ustawisz w jakiejś branży, to też zajmie kupę czasu.
Na resztę odpowiedzi nie mam chwilowo siły, przepraszam. Mogę napisać w zasadzie tyle, że BOJĘ SIĘ. Nawet pisanie tutaj mnie przeraża, trochę jakbym robiła przez to sobie krzywdę? Bo nie powinnam o swoich problemach tutaj pisać. Że może za bardzo jestem teraz ufna. Psycholożka powiedziała też, że mój organizm jest w stanie ciągłego zagrożenia, a ja na to, że w mojej sytuacji inaczej się nie da. I szczerze, nie mam pojęcia, czy i jak to naprawić, pewnie stabilne dochody by mi dużo pomogły, ale znowu: to jest zobowiązanie i mega się boję, że podejmę je tak ze strachu, że znów tam będzie źle, że nie jestem gotowa. Że będę robić coś, czego nie chcę. I tak dalej.
W sumie to… wiem, co chcę robić. Chcę być aktorką. Ale nie tylko ja chcę, no i ja już jestem leciwa dość – to znaczy, w sumie ja tak nie myślę, ale biznes to biznes. I może się okazać, że się nie uda. Więc powinnam planować też coś innego. Ale to już tyle żonglowania i organizacji, że na tym się wywalam i wpadam w panikę. Plus obwiniam się, że jednak nie zaczęłam wcześniej.
W sumie to chyba nawet zabawne, że przy tym całym pie*dolniku, który mam w głowie, tych lękach, jara mnie zawód, w którym się tak utarło, że trzeba być odważnym i pewnym siebie. Nawet prowadzący był chyba zaskoczony tym faktem.
A takie pytanie do Ciebie jeszcze: co robiłeś w chwilach największej życiowej niemocy (jeśli takie miałeś)? Jak zmotywować się do działania, kiedy co chwila mnie odcina ze strachu i niepewności?
A czy wciąż chodzisz na terapię?
Ja mam jutro rozmowę z psycholożką, nadal nie właściwa terapia, ale jakoś pomaga mi właśnie ten kontakt z kimś spoza mojej głowy (i spoza mojego najbliższego kręgu, chociaż czasem rozmowa z rodziną też pomaga, ale bardziej traktuję to często jak obowiązek – chyba.)
No właśnie, to też męczące masakrycznie. To poczucie, że nawet nie potrafię w 100 procent stwierdzić, czy coś naprawdę myślę, czy coś naprawdę czuję. Jakbym doszukiwała się fałszu w sobie. Próbowała siebie podważyć. Też pewnie wynik dzieciństwa.
W ogóle chyba powoli się uzależniam, na samą myśl o przeczytaniu Twojej odpowiedzi lub napisaniu czegoś czuję ulgę i też nie jestem pewna, czy to w porządku? Może będę pisać trochę rzadziej w najbliższym czasie, spróbuję sobie trochę radzić poza tym miejscem.
Ale! Właśnie widzę pewne zmiany w myśleniu u siebie. Ostatnich parę dni spędziłam praktycznie skupiając się na sobie i odpoczywając i obraz rzeczywistości robi się coraz bardziej rzeczywisty, choć też przykry i bolesny. Dysocjacja była o tyle pomocna, że czasem w tych stanach czułam tylko adrenalinę i dopaminę i chęć eksploracji i doświadczania, niezbyt rozważnie, ale wtedy się to nie liczyło, chciałam żyć, odbić sobie pustkę dorastania. A teraz coraz bardziej dotykam ziemi i szczerze mówiąc, coraz więcej tych przyziemnych, smutnych uczuć mnie dotyka. I też nie wiem znowu: czy to są rzeczy wyniesione z domu, ten smutek i poczucie pustki, czy to tak po prostu jest i każdy domyślnie się tak czuje? No i łapie mnie poczucie winy, za to że nic właściwie nie robię – no, próbuję wygrzebać się z dysfunkcyjnego stanu i zdecydować, co tak naprawdę chce robić, ale to w ogóle nie jest produktywne.Tak też sobie myślę… że ta potrzeba osiągnięcia czegoś nie jest tylko i wyłącznie wynikiem takiego a nie innego wychowania. Chyba po prostu też miałam taką potrzebę od dziecka, zawsze lubiłam tworzyć, robić coś fajnego, działać. I boli mnie, że być może nigdy się to nie uda. Bo jestem za stara i nie bardzo mam możliwości. Bo brakuje mi „paliwa” i jestem totalnie zagubiona.
Tak sobie patrzę i myślę, jak wiele kreatywności się we mnie zdusiło przez lata. Pewnie głównie przez poczucie nie bycia docenionym i bycia bezwartościowym.
Okej, nie użalam się już na ten moment. Zastanawiam się tylko, co zrobić, żeby jeszcze trochę tego potencjału gdzieś użyć. I skąd czerpać motywację do działania.
W sumie jestem ciekawa, czy na przykład Ty miałeś jakiś plan na życie? Wyobrażenie, jak je przeżyjesz? Ja mam wrażenie, że faktycznie moje problemy psychiczne uniemożliwiły mi stworzenie tego obrazu życia. Oczywiście, potwornie się boję, że zmarnowałam już tyle czasu i w moim wieku nie zrealizuję wielu rzeczy. Ale może chociaż to spotkanie jutro pomoże mi cokolwiek ułożyć, chociaż oczywiście, nierealistyczne marzenia będą pewnie utrudniać mi zaplanowanie czegoś wykonalnego. Najgorzej, że w sumie nie potrafię nawet obiektywnie stwierdzić, co jeszcze jest w moim zasięgu. Bo może faktycznie jestem dość bystra, żeby nie wiem, studiować coś super ambitnego? A może mam szanse na karierę w tej dziedzinie, w której chcę teraz? A może nie mam szans i się oszukuję? I znów stracę czas? Jeeeeezu.
Ok, miałam nadzieję że może wiesz, gdzie znajdę wersję online.
Kurczę, mam coraz więcej skilla patrzenia na moje reakcje z boku i aż czuję, jak koszmarnie jest to dysfunkcyjne. I zastanawiam się, jak się tego pozbyć, zważywszy na to, że już nie dostanę tego naturalnie, na drodze wychowania. Przykładowo: nie potrafię pozbywać się rzeczy, jestem z rodziny zbieracza i potwornie mnie to męczy. Częściowo też pewnie chodzi mi o to, że czuję że zmarnuje pieniądze, jeśli pozbędę się czegoś. I że w jakiś sposób zranię moją matkę, która kłóciła się z ojcem o rzeczy, które chciał wyrzucić. Ale naprawdę nie wiem, jak zwalczyć to przywiązanie do przedmiotów. W zasadzie mam to chyba od dziecka, tylko wtedy miałam tych przedmiotów mniej.
Mam w sumie też do Ciebie pytanie: pisałeś, że dopiero od niedawna czujesz się dorosły. Myślę, że to uczucie nie bycia dorosłą sprawia większość moich życiowych problemów. Czuję jakby nie było mi wolno podejmować decyzji, bo zrobię coś źle i będę strasznie żałować. Czy jakieś praktyki/ćwiczenia pomogły Ci wypracować to poczucie bycia dorosłym? -
Ta odpowiedź została zmodyfikowana 2 tygodni, temu przez
-
AutorWpisy