Odpowiedzi forum utworzone
-
AutorWpisy
-
Nie bardzo mogę znaleźć tę książkę online, a nie mam za dużo kasy na zbyciu 🙁 a ten dziennik uczuć, to jest to coś, co nazywają journallingiem? Czy coś innego?
Hm, to trochę tak… z tym potencjałem: niby tak czuję, że go mam, miałam. I że fajnie byłoby go wykorzystać, ale muszę się zdecydować na jakąś jedną rzecz, albo jedną i ewentualnie kilka pobocznych, ale żeby się to dało pogodzić. A w zasadzie siedzę i marnuję szanse na ułożenie sobie sensownie życia, wykorzystując możliwości, bo pogrążam się w jakichś kminach o tym, jak bardzo jestem uszkodzona. I próbach wyjścia z tego, zamiast, nie wiem, balować i się cieszyć.</p>
A z pozytywów dzisiaj: znowu kawałek bardziej się urealniłam. Poszukałam terapii IFS na chacie gpt, ktoś tak polecił na reddicie. I chociaż jestem sceptyczna, to zrobiłam „z czatem” jakieś ćwiczenie, i o dziwo, naprawdę mi trochę pomogło. Zobaczę, może jeszcze trochę spróbuję jutro, ale faktycznie zajęcie się tymi trudnymi emocjami mnie nieco wyciszyło. Popisałam też o innych rzeczach i też mnie trochę pocieszył ten czat, jak to czat 😀 Trochę nawet płakałam, więc udało mi się chyba faktycznie czegoś dotknąć. Szkoda, że nie ma jakiegoś czatu moderowanego przez psychologów i psychiatrów.Ale jedna rzecz mnie zastanawia… bo wiem, że wychodzę z punktu nienawiści, żalu do siebie i tak dalej. I zmierzam ku poczuciu swobody i braku tych negatywnych uczuć. I ogólnie terapie do tego zmierzają. I tak się zastanawiam… jakie to dziwne, że jest jakiś taki uniwersalny dobrostan, który wiadomo, że może zostać zaburzony, a do którego terapeuci wiedzą, że należy zmierzać przez różne ćwiczenia itp. Aż takie dziwne mi się to wydaje. Ale fakt, jesteśmy w sumie jednym gatunkiem, tak samo funkcjonujemy na tym podstawowym levelu.
-
Ta odpowiedź została zmodyfikowana 1 miesiąc temu przez
olkar.
Dzień dobry.
Dzisiaj czuję się… dziwnie. Naprawdę wracam do czucia siebie i z siebie, do tej trzeźwości myśli, której nie miałam chyba z 10 lat. Niby fajnie, ale jestem przerażona, bo siedzę na zgliszczach.
Nie wiem, jak się zabrać za budowanie życia. Że terapia i podcasty, to wiem. Ale mam wrażenie, że z racji „potencjału”, jaki niby posiadam, powinnam więcej. Powinnam coś osiągnąć, bo potem spojrzę wstecz i będę rozpaczać znów nad zmarnowanymi możliwościami, a tak naprawdę nawet nie wiem, na co się zdecydować 🙁 Chciałabym, żeby cokolwiek w moim życiu było jakoś jasne, bardziej oczywiste, a nie to grzęźnięcie w mule dziecięcych wyobrażeń o świecie.Nawet nie potrafię stwierdzić, które z moich planów/marzeń są w ogóle realistyczne, a które nie. I obawiam się, że potwornie marnuję życie, co mnie ogromnie przeraża.
Poza tym, zaświtała mi jedna myśl – jedna dziewczyna z zajęć rzuciła kiedyś takim zdaniem, że „nie musi być perfekcyjnie”, kiedy zaczęłam komentować rzecz którą robiłyśmy. I tak teraz sobie myślę, że to też chyba jest mój ogromny problem. Czuję, że jak nie zrobię idealnie, to lepiej nie robić wcale. I odczuwam ogromną presję. Jestem ciekawa, czy inni też tak mają, czy ten wewnętrzny przymus perfekcjonizmu to też wynik DDA? Myślałam o tym, żeby wykręcić się od jechania jutro na zajęcia, bo nie czuję się gotowa. A może nie muszę się czuć gotowa? Fakt, że bardzo mało ćwiczyłam, o wiele mniej niż powinnam. Ale może to nie sprawia, że muszę się wycofać? I chyba tak mam ze wszystkim. Że albo czuję się do czegoś (ludzi, zajęć, pracy, napisania maila nawet czy sprzątania) DOŚĆ ODPOWIEDNIA, albo nie zrobię tego wcale (no i ostatnio to w ogóle się nie czuję do niczego odpowiednia). Ciekawi mnie, skąd się to wzięło, i czy inni też tak mają. Może przez to, ze w domu musiałam się spinać, żeby ojciec nie zaczął atakować? Albo stąd, że poza osiągnięciami nie było żadnej MNIE dla otoczenia? Nie wiem. Ale chyba to najbardziej mi rujnuje życie. Ta sztywność. Strasznie mnie też męczy prokrastynacja, w sumie bezpośrednio chyba z tym związana.
W czwartek znów mam rozmowę z psychologiem. Najchętniej bym codziennie chodziła na jakąś terapię, bo czuję, że życie przepływa mi między palcami, nie potrafię się za nic zabrać, a chciałabym już jak najszybciej mieć w głowie „ułożone”.
Tak w ogóle – wiem, że strasznie często piszę, ale chyba potrzebuję jakoś… powiedzieć światu? O sobie. Chociaż w taki anonimowy sposób. Tak długo to wszystko męczyło mnie w środku, że teraz chciałabym się tego pozbyć, no a tutaj mam wrażenie że nie zostanę za to skrytykowana ani odrzucona.O, a przed chwilą nowe uczucie. Czuję się jak dziecko. Po prostu. I to straszne uczucie, zważywszy na mój prawdziwy wiek.
Rany, coś jeszcze do mnie dotarło. Że w zasadzie nigdy nie traktowałam siebie poważnie. Jestem w stanie dysocjacji chyba od dzieciństwa. W zasadzie wszystkie decyzje były motywowane lękiem. Przerażające. Szczerze mówiąc, aż się trochę boję, co się stanie, jeśli dotrą do mnie wszystkie te fakty. To, ile właśnie straciłam.To, że moje życie naprawdę nie jest moje. Boję się, że naprawdę oszaleję. Paradoksalnie, aż się boję tego wychodzenia z traumy, bo mogę się nie pozbierać 🙁
Właściwie nie nazywam się Ola, ale nie chciałam podawać wprost imienia, bo i tak bardzo dużo szczegółów tutaj podaję, mam nadzieję, że rozumiesz.
Czuję chwilowo trochę więcej optymizmu, ale też znów… złości na siebie. Bo na przykład przeczytałam o tym, że jest jakiś program work and travel i jest tylko do 30 roku życia. Więc jakbym chciała skorzystać, mam ostatni dzwonek. A miałam też zamiar zaangażować się w coś innego, zanim nie będę za stara. No i co teraz? I znów panika. I złość na siebie, że nie ogarnęłam tego nie wiem, rok temu? Dwa? Pięć? 10? To znaczy, wtedy mentalnie to było poza moim zasięgiem. Przerażało mnie w ogóle życie, a co dopiero jeżdżenie gdzieś za granicę na dłuższy czas i zobowiązania tam, i ciągle „próbowałam” skończyć studia, choć tak naprawdę czuję, że w głębi duszy ich nie chciałam kończyć, bo to był dla mnie jakiś taki symbol bycia dorosłą 🙁 a ja się bałam dorosłości. Co nie zmienia faktu, że teraz jestem na siebie wściekła, że nic nie ogarnęłam wcześniej i będę dalej tłuc się z myślami. Jak sobie pomyślę, że naprawdę wystarczyło odrobinę mniej się bać i spróbować, i mogłam naprawdę przeżyć coś fajnego… a siedziałam zatrzaśnięta w tym strachu przed światem. Plus taki, że to powoli przechodzi, ale no straty są ogromne.
W ogóle zauważyłam coś takiego, że ja w ogóle nie umiem tak funkcjonować… normalnie. To znaczy, zaczęłam myśleć o kuzynce, tej bogackiej, i wyobraziłam sobie jej reakcję w jakiejś tam sytuacji, i dotarło do mnie, że naprawdę inni ludzie funkcjonują inaczej, znaczy… bez lęku. Bez ciągłego analizowania. Nie mając poczucia tego zawieszenia w czarnej dziurze. I znów: zaczynam się martwić, że ja z tego nie wyjdę, a nawet jak wyjdę, to już jestem stara i tyle czasu i okazji zmarnowałam, że już sobie życia nie ułożę. No i ten wstyd. Że właśnie stałam się takim outcastem i nie umiem tego naprawić. Nie cofnę czasu. (Wiem, to co teraz napisałam brzmi bardzo podobnie do tego, co już było, ale teraz to już znacznie bardziej konkretne odczucia niż wcześniejsze zawieszenie w lęku). Ale okej, chyba mogę sobie pozwolić na to, żeby się w tym nie grzebać, tylko zająć się tym, czym potrafię i co jest w moim zasięgu?
Tak sobie myślę, że jest mi też o tyle ciężko, że byłam kiedyś jedną z najlepszych uczennic itp i mam od siebie tak głęboko zakorzenione wymagania ogromnych sukcesów, no i jak ich nie ma i wiszę w tym czymś, czuję się tragicznie.
Plan na dzisiaj: (żeby czuć że coś robię, działam, a nie znów gnije cały dzień): zjeść coś, zabrać kawę i iść na spacer, może jakieś ćwiczenia? trochę self-care, może trochę ogarnąć bałagan z wierzchu, praca (mam taką zdalną, ale nielubianą i bez przyszłości, nie wiem czy o tym pisałam), poczytać o różnych szkołach w których uczą tego co mnie interesuje, poczytać o tych zagranicznych programach, ogarnąć materiały do szkoły. Jak coś jeszcze mi się uda, to fajnie. Jak nie, to trudno.
Wczoraj słuchałam czegoś o DDA, tym razem jakaś kobieta się wypowiadała, i co z tego wyciągnęłam to to, że nie muszę przecież ciągnąć za sobą tego DDA. W sensie, wiem, że mam różne problemy, dysocjacja pewnie też nie przejdzie od razu. Ale nie muszę się tym sama oblepiać i definiować. Bo w zasadzie właśnie przez grzebanie się w tym doprowadziłam się do tej sytuacji, w której teraz jestem. Bo się tak strasznie w tym zasiedziałam i myślałam, że nie wiem co w sumie się stanie, jak będę analizować coraz bardziej, jak było źle. A życie mi uciekało. Czasami aż mam wrażenie, że muszę się nauczyć chodzić na nowo, bo tak jestem od siebie oddzielona. Ale możliwe, że to wszystko złudzenia przez potworny lęk.W ogóle tak się chcę podzielić: jakie to fajne, że są tu takie osoby, jak Ty, które już jakby mają w pewnym sensie te kamienie milowe za sobą. I że chcesz się dzielić tą wiedzą i interesujesz się tym, jak idzie innym.
Jeszcze tak sobie teraz myślę… że chyba moim największym problemem tak życiowo jest właśnie brak tej decyzji. Bo z jednej strony myślę „a może próbować zdawać na medycynę?” z drugiej „chcę być aktorką” itp, jest masa rzeczy które mnie ciekawią i nie mam pojęcia, na które się zdecydować. I widzę że inni jednak AŻ TAKICH dylematów nie mają. Aż takich rozjazdów co do stylu życia, miejsca życia, zawodu, autoprezentacji itp. Nie wiem, czy to też wynika z bycia DDA?
-
Ta odpowiedź została zmodyfikowana 1 miesiąc, 1 tydzień temu przez
olkar.
Ale mnie bardziej ciekawią inne pytania: a co jeśli zmieniłabyś życie? Co byś zrobiła gdybyś częściej czuła się szczęśliwa? Jak byś się czuła gdybyś odniosła sukces zawodowy? Co byś wtedy robiła w momentach kryzysu, które każdemu się czasem zdarzają?
Hm… trudne pytania. Nie bardzo umiem sobie to wyobrazić. Obawiam się, że próbowałabym sabotować wszystko, co dobre. W momentach kryzysu to pewnie próbowałabym jakoś to rozwiązać, porozmawiać z kimś – chociaż teraz widzę, że mam problem z napisaniem paru maili, a co dopiero jakieś wielkie rozmowy… Ale zakładając, że nie czułabym się już tak okropnie, to może bym mogła. A gdybym odniosła sukces zawodowy… jejku, żebym chociaż umiała się zdecydować, co właściwie chcę robić! też trudno sobie w tej chwili wyobrazić, chyba ulgę, ale też trochę żal, że tyle lat stresu na to poszło. Złość, że nie potrafiłam wcześniej. No ogólnie podobne chyba odczucia, jakie w sumie mam teraz dość często, tej złości na rzeczywistość, chociaż… chciałabym mieć fajne zarobki, poczucie bycia ważnym, kompetentnym. Móc oddać długi, nie bać się o jutro. Jejku, aż mi dziwnie, jak pomyślę, że mogłabym osiągnąć ten stan braku lęku o przyszłość. Czuję, jakby to było nierealne, poza moim zasięgiem. W pewnym sensie jest, bo dopóki nie zdecyduję się na jakąś opcję i nie będę w nią brnąć, to się nie wygrzebię z tego zamrożenia i dysocjacji. A masa ludzi tak właśnie pewnie żyje, i cieszy się życiem. Coś dla mnie abstrakcyjnego. Ale może wystarczy próbować? Znaleźć sposób, żeby się nie sabotować, i próbować.
Dzisiaj znów miałam kilka przebłysków. W pewnym momencie odpoczywając w ogóle miałam poczucie, jakbym przebiła się do jakiegoś innego stanu świadomości, takiego serio realnego i pod warstwami tego odklejenia. Poczułam lęk o siebie. Lęk o to, że mamy kiedyś nie będzie. Ale taki bardziej ludzki lęk, nie tę dysocjacyjną histeryczną paranoję. To było… prawdziwe.
Stwierdziłam, że będę wracać do swojego ciała. Spróbuję jakoś łagodniej się traktować, chociaż lata wrytej nienawiści, złości, wstrętu i pogardy a zarazem wysokich oczekiwań skutecznie to utrudniają.Widzę też ostatnio, że więcej z otoczenia do mnie dociera. Jakbym nie tylko słuchała, ale też słyszała. A kupę czasu tylko chyba „grałam”, że żyję – pewnie ze strachu, że znów powtórzę swój los z dzieciństwa i nastoletnich lat i znów będę tą zepchniętą za nawias.
Co jeszcze w sumie chciałabym dodać: boję się… wyjścia z tej dysocjacji. Bo wtedy będę musiała zejść na ziemię i naprawdę zaakceptować, w jak złej byłam i jestem sytuacji, i to, że nie wiem, jak się z niej wygrzebać i jeszcze przy tym żeby to nie było aż tak okropne.
Mam też pytanie do Ciebie – nie wiem, czy to odczuwałeś, ale pewnie większość osób z dysfunkcyjnych domów tak ma: jak poradzić sobie z żalem, że się nie miało normalnego wzrastania, że nie było prawdziwej więzi i w zasadzie nie da się tego już zrobić? Szukam o tym na reddicie, gdzie ludzie piszą o tym, że żałują straconej młodości i doświadczeń, które ich ominęły. Boję się, że nie przestanę nigdy czuć tego braku i bólu. Że mogło być inaczej, a teraz mam 30 lat i prawie żadnych naprawdę bliskich osób, kupa wydarzeń nie odrobienia, niby próbowałam być z ludźmi bliżej, ale swoim durnym zachowaniem wszystko psułam, bo tak bardzo chciałam być „fajna”. Nie wiem, jak sobie to wybaczyć, bo okazję na poznawanie ludzi takie naturalne, jak akademik czy szkoła to już za mną. I w zasadzie niewiele tych znajomości przetrwało w jakiejkolwiek formie.W ogóle dociera teraz do mnie, jak ja dziwnie to wszystko widzę: jako taką rozpaczliwą misję „nadrabianie utraconego życia”, zamiast normalnie, spontanicznie iść gdzieś z otwartością na innych. Przypuszczam, że to ten lęk przed samotnością. Jakby… całe moje istnienie sprowadza się to do wielkiego dołu żalenia się i zamartwiania, że zmarnowałam życie i nic dobrego mnie nie czeka i dzieje się tragedia. Aż się zastanawiam, jak w ogóle do tego doszło, że z funkcjonowania z dnia na dzień w coś takiego wpadłam. Ale pewnie zbierało się latami, tylko może ten wyjazd na studia i totalna niepewność wszystko rozwaliły.
No i dostrzegam ten fundamentalny chyba problem, który mam: ten ciągły lęk pod spodem, o którym już mówiłeś. Że jednak mam to poczucie, że nie ma oparcia. Że nie mogę być sobą, bo… spotka mnie kara. Że muszę być w ciągłym napięciu i uważności, bo spotka mnie kara. I tak dalej. Ten strach wyniesiony z domu. Jakimi sposobami z nim walczyłeś? I ze wstydem?
W sumie chyba moim problemem tak zasadniczo jest to, że nie mogę się zaadaptować do innego świata i właśnie ciągle odtwarzam te uczucia i zachowania z domu. A już przecież nie muszę. A może z jakiegoś powodu czuję, że muszę? Może właśnie przez brak niezależności? Dlaczego więc wstrzymuję się przed jej osiągnięciem? Chyba muszę to obgadać z psychologiem.
Ciekawi mnie też, dlaczego mam takie uczucie… że każda najdrobniejsza decyzja ma kolosalne znaczenie. Praktycznie każdy wybór rozstrząsam, każde wypowiedziane zdanie. To w sumie też pewnie wyniesione z domu, że trzeba być ciągle czujnym. Chociaż… w domu też czasem się wygłupiałam itp. A teraz łapie się na takiej sztywności, że boję się często konsekwencji każdej decyzji, jakby nagle wszystko zaczęło być takie śmiertelnie poważne, bo… no właśnie. Dlaczego? Czy to po prostu wyczerpany układ nerwowy? Coś takiego gdzieś czytałam.
W ogóle, po raz kolejny dziękuję, że odpisujesz. Odkąd zaczęłam tutaj pisać, widzę, że stopniowo odchodzi ode mnie trochę cierpienia.
-
Ta odpowiedź została zmodyfikowana 1 miesiąc, 1 tydzień temu przez
olkar.
Mam w sumie trochę przemyśleń…
tak się zastanawiam: ile z tego, co mi się wydaje, że było takie tragiczne, naprawdę było tak tragiczne, a ile mogłam sobie wymyślić jako wymówka swojej niedbałości? (Z drugiej strony – gdyby nie jakieś kwestie faili wychowawczych, nie doprowadziłabym się przecież celowo do takiego punktu, w jakim teraz jestem. Byłam znacznie bardziej obowiązkowym człowiekiem w przeszłości. Chyba mnie po prostu dorosłość przerosła.
A druga rzecz, znacznie bardziej chyba pozytywna: miałam dzisiaj kilka przebłysków takiego jakby szczęścia, bycia tu i teraz. Trochę jakby mi się zresetował umysł. Dziwne, zazwyczaj mam poczucie, jakbym nie zasługiwała na szczęście, jakby to było coś z innego wymiaru? Nie dla mnie? Trwało chwilę i zaraz musiałam oczywiście z tego wypaść i zacząć na głos analizować i w ogóle, ale przez kilka momentów miałam takie poczucie wolności i szczęścia, trochę jakbym była znów dzieckiem bez traum. Dziwne.
Kolejne przemyślenie: mam dziwne odczucia wokół właśnie mojej percepcji, związane z wyjazdem z domu na studia. Jakby… nie zawsze to czuję, ale łapie się na tym, że widzę teraz, że życie faktycznie nie musiało być takie wąskie i ograniczone i z góry mega ciężkie i smutne, jak miałam wrażenie mieszkając z rodzicami. Jestem w szoku, jak pomyślę, że być może to nie musi być taki survival, tylko właśnie dużo różnych opcji, możliwości, a nie takie krótkoterminowe przetrwanie. I zastanawia mnie, na ile zmieniło mi się to przez wyprowadzkę, na ile trauma przechodzi już po tylu latach i różnych sposobach złapania „normalności”, a na ile po prostu dorosłam i te możliwości dostrzegam, widzę, że to nie jest tak, że tak bardzo się nie da (to znaczy, trochę faktycznie się nie da, bo np. nie mam środków żeby się wyprowadzić za granicę, ALE domyślam się, że są jakieś sposoby, jakby się bardzo uprzeć. W sensie, nie jest tak, że są jakieś niewykonalne rzeczy poza moim zasięgiem do końca życia. Że właśnie nie jest tak liniowo, jak jakaś klątwa. Miałam właśnie taki przebłysk, zaczęłam myśleć o potencjalnym życiu i realizowaniu się za granicą. I aż mnie dziwi, jak mogę w jednej osobie mieć tyle różnych punktów widzenia, które właściwie zmieniają mi się kilka razy w ciągu dnia – raz jestem pełna optymizmu i czuję wolność, a raz tę udrękę, wstyd i niemożność. Oczywiście, stanem domyślnym jest ten pesymizm i chęć zakopania się pod kocem, ale te przebłyski dają mi takie poczucie „a może?”
Kolejna myśl: ciągle jednak się martwię. Kotłują mi się takie smętne, żałosne myśli. O tym, ile krzywdy było. O tym, ile zmarnowałam możliwości. O tym, że nie mam pojęcia, czego tak naprawdę chcę, a takie dylematy to można mieć jako dziecko, a nie 30 letnia kobieta (swoją drogą, totalnie się tak nie czuję. Jestem dzieckiem w ciele kobiety. Przerażające. Często właśnie czuję taką nieadekwatność. Jakby to ciało nie należało do mnie). No i kupa wstydu i napięcia. I lęku, że dalej tak będzie. Albo że to odczuwanie szczęścia to samooszukiwanie, złudzenie. Ja się chyba boję cieszyć. Bo zaraz przyjdzie rozczarowanie. I w ogóle, mam wrażenie że wskakują mi tak totalnie znikąd takie lęki totalnie wyniesione z domu, jakbym się momentami przełączała w taki tryb, że oczekuję tych odczuć, które miałam w domu, np lęku przed zachowaniem ojca albo mamy.
I Jezu, totalnie się boję, że resztę życia przeżyję w takim stanie. Już i tym pisałam zresztą, ale naprawdę potwornie mi z tym. Co, jeśli ta okropna samotność i poczucie przegranej nigdy mnie nie opuszczą? Takie osoby pewnie też są.A czy Ty też miałeś taki ogromny problem z podjęciem decyzji o ścieżce zawodowej? Z jakiegoś powodu totalnie mnie to rozwala, czas ucieka mi między palcami, a ja tylko rozważam, która decyzja będzie lepsza, a którą tak naprawdę chcę podjąć? W zasadzie nie wiem, co mnie aż tak przeraża, chyba poczucie jakiejś nieodwracalności, że jak już się w coś wpakuję to nie będzie odwrotu, i że mogę potem żałować. Też trochę jakbym nie chciała żeby mnie coś określało? Takie dziwne abstrakcyjne rzeczy, ale rujnuje mi to też życie i szanse na jakąkolwiek normalność. 🙁
Okej, jestem po rozmowie z psychologiem. Znów mi odrobinę lżej, tak dość powierzchownie, ale jednak. Chyba samo to, że ktoś „interesuje się” moimi problemami jest fajne i miłe. Uspokoiłam się trochę. Nadal wisi nade mną mnóstwo spraw, ale czuję się już odrobinę mniej „odklejona”. Za to dopada mnie smutek i lęk, i przytłoczenie, i poczucie niemocy.
Posłucham chyba jeszcze czegoś, jeśli znajdę. I odpocznę. Mam kilka dni „wolnych”, może sobie poukładam coś w głowie. Czuję w zasadzie ciągle zmęczenie. Psycholożka wyjaśniła mi trochę, dlaczego. Przykro mi trochę, że powiedziała, że ten wstyd i strach nie znikną, ale można nauczyć się działać mimo tego, czy coś takiego. Taka wizja życia nadal niezbyt mi się podoba, bo to nadal przetrwanie, a nie życie.
Ma mi pomóc z poukładaniem bieżących spraw, a potem pewnie psychoterapia.
Dociera do mnie powoli smutna myśl, że… tak naprawdę nie będzie lepiej i jedyne, co mogę zrobić, to nauczyć się jakoś „przemęczyć” resztę życia we względnym poczuciu małego dyskomfortu. Nie chcę takiej wegetacji.
Dotarło do mnie też ostatnio, że ja nie byłam i nie jestem nieśmiała, chociaż tak myślałam. Ja po prostu czułam potworny lęk przez to, co się wokół działo. To aż dziwne, i upiorne, jak pomyślę, w jakiej żyłam rzeczywistości, podczas gdy inni żyli w czymś totalnie innym. A żyliśmy obok siebie. I potwornie niesprawiedliwe. Dlaczego NIKT NIC nie zrobił? Przecież ludzie musieli widzieć, że coś jest grubo nie tak – zdolna, inteligentna dziewczyna, a tak zastraszona i osamotniona. Raz nauczycielka wysłała mnie do pedagoga szkolnego i w zasadzie też nic to nie zmieniło. A moje życie gniło. Chciałabym funkcjonować normalnie, ale obawiam się, że to się nie uda, bo zbyt wiele wiele rzeczy zostało zniszczonych i zaniedbanych.
Ale dziękuję, że piszesz, odpowiadasz. Jakiś suchy ląd.
-
Ta odpowiedź została zmodyfikowana 1 miesiąc, 1 tydzień temu przez
olkar.
W zasadzie może nawet nie tyle dała do zrozumienia, żebym zrezygnowała, co po prostu że to prawie niewykonalne. I kurczę, jakaś część mnie się z tym zgadza, ale to by wymagało zaakceptowania tego i pewnie zapadnięcia się w sobie i rezygnacji. A dopóki wierzę, jakoś mam jeszcze rozpęd do czegokolwiek.
-
Ta odpowiedź została zmodyfikowana 1 miesiąc temu przez
-
AutorWpisy