Witamy Fora Rozmowy DDA/DDD Będąc DDA

Przeglądasz 4 wpisy - od 1 do 4 (z 4)
  • Autor
    Wpisy
  • aktototaki
    Uczestnik
      Liczba postów: 370

      [size=5][color=#FF0000]DDA wg nastolatki[/color][/size]

      Czas zrobić coś ze swoim życiem. Prześwietlić własne wnętrze. Oczyścić to co wewnątrz zaczyna gnić w młodym ciele. Uzmysłowić sobie swoje lęki, obawy, poznać je a przede wszystkim zrozumieć. Co to właściwie znaczy być DDA? Dla mnie jest to trochę jak wyrok, z którym trudno jest mi się pogodzić. Przyglądnie się alkoholikowi, życie z nim nigdy nie będzie normalne. Dlatego wydaje mi się, że ja sama nie jestem "normalna". Ciąży coś nade mną, coś co mnie przeraża, paraliżuje jak chmury zapowiadające katastrofę, których żadna siła nie jest w stanie powstrzymać, żywioł który niszczy wszystko na około i chociaż bardzo byśmy chcieli go zatrzymać nie uda nam się. Czuję się bezbronna jakbym nie miała żadnej władzy, kontroli nad swoim życiem. Boję się planować, przeraża mnie to, że mogę się zawieść, mimo to planuję wszystko, bo to daje mi jakieś poczucie bezpieczeństwa, pewności – paradoksalne, prawda? Jednak wszystkie te cele wykonuję skrupulatnie, w panice.. robię wszystko by tylko zakreślić i dodać do listy "wykonane". Czuję się wtedy dobrze, wręcz idealnie, ale kiedy dzień chyli się ku zachodowi, marzę by następny nie nadszedł, ponieważ na nowo trzeba będzie walczyć ze swoim lenistwem, znowu zacznie się to działanie w obłędzie i tak każdego dnia zatacza się chory krąg. A kiedy nie zrobię nic mam wyrzuty sumienia, że nie robię nic, czuję się niewdzięczna wobec wszystkich domowników. Uwielbiam słuchać komplementów, tego, że jestem w czymś świetna, a z drugiej strony nie umiem ich przyjąć. Cieszą mnie te słowa i mimo, że zazwyczaj im przeczę w środku czuję się wyjątkowa. Kiedy uwaga skupia się na kimś innym, czuję się przybita. Ot błaha historia, kiedyś, dawno temu, kiedy miałam może 7 lat moja kuzynka złamała rękę i leżała w szpitalu, wszyscy ją odwiedzali, dostawała maskotki, czekoladki, baloniki.. to na niej skupiała się uwaga całej naszej rodziny; babci, dziadka, ciotek, wujków, kuzynów, nawet moich rodziców! Marzyłam by być na jej miejscu, by to o mnie się troszczono. Do niedawna myślałam, że to była po prostu zazdrość o te wszystkie drobiazgi, którymi została obdarowana. Jednak dopiero teraz uświadamiam sobie, że problem nie był w prezentach a w tym, że to nie ja byłam w centrum uwagi. Będąc trochę starszą dziewczynką sama trafiłam do szpitala i mimo bólu czułam się idealnie, każdy mnie odwiedzał, rozmawiał, martwił o mnie. Często marzyłam o tym, by wrócić do tych dni, choć choroba sprawiała mi tak duży ból fizyczny.
      Nienawidzę zmian, nie czuję się pewnie zmieniając chociażby szkołę. Z jednej strony jestem podekscytowana, ale kiedy te zmiany wkraczają w życie ja zaczynam się wycofywać.. Dużo czas zajmuje mi aklimatyzacja. Dlatego początek gimnazjum był dla mnie ciężkim okresem. Wzmożona walka taty z alkoholizmem jeszcze potęgowała moje odłączanie się od społeczeństwa, od rówieśników. Często płakałam, sporo jadłam, nie robiłam ze swoim życiem nic wartościowego, zawalałam wszystko.. ale jakimś cudem moje oceny utrzymywały się na względnym poziomie. Dopiero pod koniec 2 klasy zaczynałam się czuć pewnie, bezpiecznie. 3 klasa była niesamowita, piękna, wyjątkowa, bo wszystko było mi znane. Nie było nauczyciela, który mógłby mnie czymś zaskoczyć, nie było kolegów ze starszych klas, którzy byliby ode mnie "silniejsi". Dawałam z siebie wszystko i czułam się spełniona, uwielbiałam swoje życie, wszystko się układało. Przeżyłam piękne wakacje, wszystko planowałam by nie mieć wyrzutów sumienia, że coś tracę. I nadszedł wrzesień.. nowa szkoła, nowi ludzie.. całkiem sama w klasie, żadnej bliskiej mi osoby, wszyscy byli dla mnie obcy, nowi – niebezpieczni? Czułam się fatalnie ale wiedziałam, że nie mogę cofnąć się do tyłu. Jednak chyba już się cofnęłam. Jestem przerażona.. znowu. I nie mam pojęcia jak sobie z tym radzić. Marzenia, sen, książki, spokojna muzyka, samotność.. i chęć życia bez ludzi, całkiem samotnie, to moje jedno z większych marzeń. Wszystko to dla tego, że te istoty mnie przerażają, szczególnie Ci ludzie, którzy za bardzo ingerują w moje życie, mój azyl, próbując zaburzyć mój pozornie "poukładany świat", mam wrażenie, że na siłę próbują przebić mury, które tak skrupulatnie utworzyłam. Z drugiej strony czuję silną potrzebę posiadania obok siebie kogoś kto mnie wysłucha, zrozumie. Mam wrażenie, że takiej osoby po prostu nie ma, że to jeszcze czas na znalezienie kogoś takiego.. wydaje mi się, że na wszystko jest czas, że tak i tak będę żyć za 2,3,4,5….lat. Czyli nigdy. Jeśli teraz nie mam odwagi żyć tak jak chcę, to jak mam ją odnaleźć za kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt lat? Nie mam pojęcia i to mnie przeraża. Mam wrażenie jakbym to nie ja decydowała o swoim życiu. Czuję się jak marionetka, poruszana przez obce dłonie, chociaż wcale tego nie chcę, to jestem jak masa, która bez tych rąk nie jest w stanie "żyć". Tylko co jest tymi "poruszycielami" mojego życia? Przecież nikt mną tak naprawdę nie kieruję. Nikt nie ma wpływu na moje zachowanie, poglądy czy inne aspekty życia. Próbuję zrobić wszystko by ten wpis w miarę trzymał się "kupy", jednak mam wrażenie, że jest on pełen chaosu, nieułożenia, ale nie chcę go poprawiać, chcę zostawić wszystko zgodnie z pierwszą myślą, bo wiem, że to ona jest zazwyczaj szczera.
      Jeśli chodzi o moich rówieśników, rodzeństwo.. Pozornie jestem pełna optymizmu, zawsze uśmiechnięta, zawsze powtarzam, że nie można użalać się nad swoim losem (czyżby to było sprzeczne z tym co pisałam wyżej? no właśnie..), dla ludzi jestem osobą pozytywie nastawioną do życia, aktywną fizycznie, pracowitą, dla której nie ma drogi bez wyjścia. Jednak cechuje mnie jeszcze coś, co widzą chociażby moje przyjaciółki (które nie mają pojęcia o problemie mojego taty, o moim problemie. Nie jestem na siłach by z kimkolwiek o tym rozmawiać.) jestem bardzo nerwowa, nienawidzę jazdy komunikacją miejską, sklepów pełnych ludzi, miejsc tłocznych.. gdzie każdy się o mnie ociera, zaburza moją "prywatność". Mówię o tym wprost, czasem zbyt dobitnie, że nienawidzę ludzi i nagle z moich ust wylatuje wiązanka słów, jakiej nie spodziewalibyście się widząc mnie spokojną. Wydaje mi się, że zawsze trzeba zakładać inną maskę, maskę dostosowania się do miejsca, czasu, osób.. Na ulicy robię wszystko by stwarzać wrażenie osoby ciepłej, miłej, uprzejmej, pozytywnej, radosnej, energicznej. Nie mogę znieść widoku ładnych dziewczyn, które przeklinają a sama pod wpływem emocji, z którymi sobie nie radzę zachowuję się dokładnie tak samo. Sama robię to, co podobno mi się nie podoba w zachowaniu u innych. I przede wszystkim chciałabym wszystkich wkoło kontrolować, czytać ich wiadomości, o czym, o kim piszą, rozmawiają kiedy mnie nie ma, nie widzę..
      Rodzeństwo, młodsze terroryzuję, to chyba odpowiednie słowo. Nie lubię ich pytań, zachowań, z drugiej strony bardzo ich kocham i mogłabym za nich umrzeć. Właściwe sama wolę umrzeć, niż przeżywać śmierć bliskiej mi osoby. Gram na ich emocjach, mówię słowa, których później żałuję, chociażby zadając retoryczne pytanie "Ty jesteś naprawdę tak głupi/a?!". Nie lubię kiedy moja siostra się do mnie przytula, chodzi za mną. Na chwile jest to miłe, ale po czasie mówię jej, że ma się odczepić, dać mi spokój. W tych stosunkach też mam kilka masek.. z jednej strony oprawcy, a z drugiej jestem super siostrą. Pomagam im w zadaniach, lubię spędzać z nimi czas; lepić bałwana, odśnieżać podwórko, grać w gry na konsoli, zabierać ich na ciastko do kawiarni, obdarować bez okazji chociażby czekoladą, rozmawiając. Widzę ich smutek, potrafię wyciągnąć z nich jego przyczynę. Wiem, kiedy moje rodzeństwo kłamie w błahostkach, bo byłam dokładnie taka sama jak oni. Te same zachowania, to samo postępowanie.. Starszy brat, nie wiem co czuję, jest strasznie zamknięty w sobie, izoluję się. Tęsknie za czasami, kiedy byliśmy dziećmi wszystko robiliśmy razem.. Teraz nasze kontakty się polepszają, ale on traktuje mnie trochę jak ja młodsze rodzeństwo, on też kiedyś mnie straszył, teraz już jestem na tyle silna, że się nie dam. Czasem ciężko jest mi zrozumieć jego zachowanie ale nic nie poradzę na to, że bardzo go kocham.
      Dręczy mnie pewna historia, nie powiem, że zatruwa mi ona życie, ale żałuję, że zabrakło mi odwagi by postąpić inaczej. To był okres kiedy mój tata często się opijał. Mama wysłała mnie do sklepu po jakieś małe zakupy. Myślę, że miałam wtedy 12-13 lat. I spotkałam tam mojego tatę, który nie poszedł do pracy. Wydaje mi się, że to już był okres, w którym się leczył, chyba nawet jestem pewna bo mam wrażenie jakby to był ten incydent po którym wylądował na detoxie. Nie ważne. I widziałam to, że mój tata był pijany, widziałam – jeszcze trzymał się prosto, ale widziałam ten jego uśmiech, szklane oczy, które tak mnie przerażają. Wybierał wódkę.. a doradzał mu w wyborze wujek, który doskonale wiedział o bólu, który sprawiał alkohol w moim domu, o problemie i stosunku chociażby mojej mamy do tego wszystkiego, do . Widział mnie, samochód stojący przed sklepem i jeszcze śmiał się mi w twarz, małej dziewczynce. Byłam bezradna, nie umiałam powiedzieć tacie, że ma nie wsiadać do tego auta, że ma nie kupować tej cholernej wódki. Nie powiedziałam o tym nikomu po przyjściu do domu. Pamiętam jak przez mgłę wylane łzy i strach, czy tata wróci po "rajdach" samochodem. Wrócił w nocy, może nawet rano. Nienawidzę pijanych kierowców, nienawidzę! A to właśnie cechuje mojego tatę po wypiciu – nie przemoc, a jazda po pijanemu..
      Jestem osobą, która nie lubi wyróżniać się z tłumu.. Nie lubię mieć odmiennego zdania, za zwyczaj staram się dopasować do ludzi, na których mi zależy. Nie postępuje spontanicznie, zawsze myślę co ktoś pomyśli; rodzice, przyjaciele, ludzie.. Dążę do bycia idealną, czytam te wszystkie wzorce osobowe i próbuje je połączyć, by być kimś zapamiętanym. Boję się nawet o to, że po śmierci nikt nie będzie o mnie pamiętał, nikt po mnie nie zapłacze.. Moja mama jest kobietą dość konserwatywną, o tej i o tej porze mam być w domu; większość rówieśników tak ma, ale potrafią się postawić, powiedzieć nie – ja czuję się tchórzem. I wcale tego czasu nie spędzamy na piciu alkoholu, często siedzimy w ulubionych miejscach rozmawiając, śmiejąc sie.. i przede wszystkim to okres czasu kiedy nie ma szkoły, obowiązków.. Bo kiedy nadchodzi czas zajęć czuję, że nie mogę sobie pozwolić w tygodniu na takie rozmowy, spotkania, a muszę skupić się tylko i wyłącznie na nauce. W weekendy różnie bywa, ale ostatnio spędzam je sama, tak jest lepiej, bezpieczniej. Mam wrażenie, że moja mama też chce nadmiernie mnie kontrolować, tak jakby bała się, że zacznę pić. Nigdy nie dałam jej powodów do tego by tak myślała, ponieważ mój strach przed alkoholem mnie hamuje od takiego zachowania.
      Jeśli słyszę jakieś kłótnie w domu jestem przerażona, kiedy moja mama się zdenerwuje na młodsze rodzeństwo i siedząc w pokoju słyszę dochodzące z dołu krzyki siedzę jak na szpilkach, przerażona, naprawdę tego nie lubię. Unikam konfliktów z rodzicami, chociaż był okres kiedy ciągle się z nimi kłóciłam, ale myślę, że na to wpływ miał również proces dojrzewania, który nadal jest w toku, ale ja razem z nim się zmieniam. Uciekam od problemów. Mimo, że jak już pisałam ludzie myślą, że jestem w stanie sobie poradzić z każdym problemem tak nie jest. Prawda jest bardziej brutalna. Jeśli mam jakiś problem mam ochotę się zabić, dosłownie, zabić, zginąć. Czasem próbuję sobie wbić do głowy, że jeśli jakiś problem wg mnie nie ma rozwiązania, to go nie ma.
      Odrzuca mnie widok okazywanych uczuć. Nie ważne gdzie i jak. Publiczne całowanie zawsze uważałam za faux pas, ale mnie odrzuca nawet widok zwykłego przytulenia przez moich rodziców chociażby. Nienawidzę tego kiedy muszę się przytulać na powitanie z rodziną, czuję się wtedy fatalnie.. Nawet przytulenie prze rodzeństwo jest dla mnie swego rodzaju katorgą…
      Czasem mam wrażenie, że wszystko co mnie otacza to kłamstwo, fikcja.. że ludzie nie są szczerzy, nawet czytając tu wpisy mam obawy, że ktoś koloryzuje, nie pisze szczerze, że bawi go to co przeżywam, że was będzie bawić, że gówniarz myśli, że ma duże problemy, a one dopiero tak naprawdę zaczynają się w dorosłym życiu, a nie jakiejś głupiutkiej dziewczynki..

      Dopiero pisząc to wszystko widzę jak bardzo wiele mam ze sobą problemów. O wielu zapewne zapomniałam. Do czego zmierzam; mam 16 lat, czuję się zagubiona, jakbym miała kilka twarzy, wspomniane maski,które zakładam przy różnych okazjach. Nie kontroluję swojego życia. Tak wiele we mnie sprzecznych zachowań. Jednak zbliża się nowy rok, czas poznać siebie, swoje problemy, zawalczyć o to by być szczęśliwą. Moim sukcesem jest to, że mając zaledwie kilkanaście lat jestem tego świadoma, świadoma DDA, chociaż do końca nie wiem co to jeszcze dla mnie znaczy. Zapewne to dzięki moim rodzicom, którzy walczą, dzięki tacie, mamie i wszystkim innym wyjątkowym postaciom, które trochę od siebie odgradzam.

      "Stajesz się silny, kiedy poznajesz swoje słabości. Stajesz się piękny, kiedy akceptujesz swoje wady. Stajesz się mądry, kiedy uczysz się na swoich błędach"

      Jak poznać siebie? Jak zrozumieć swoje zachowania? Jak się pokochać? Jak dać się być kochanym przez innych? – tak wiele jeszcze pytań ciśnie się na moje usta, ale na dzisiaj już wystarczy..
      [color=#FF0000]Dziękuję każdemu,[/color] kto chociaż spróbował przeczytać moją historię, spróbował mnie zrozumieć…

      [size=4]Miłego dnia![/size]

      Edytowany przez: ejzjar, w: 2013/12/15 21:20

      martade
      Uczestnik
        Liczba postów: 19

        hej hi; ) Jestem studentką V roku psychologii, w ramach swojej pracy magisterskiej zajmuje się kształtowaniem się tożsamości u DDA. Proszę w związku z tym o wypełnienie dla mnie ankiety, której link podaje http://www.ebadania.pl/74bbca295baae2a9. Ankieta oczywiście jest anonimowa. Bardzo zachęcam do jej wypełnienia, a jednocześnie refleksji nad sobą, swoją rodziną, planami na przyszlość. Mam nadzieję na pozytywny oddźwięk i dziękuję za każdą wypełnioną ankietę. Pozdrawiam ; )

        EndGame
        Uczestnik
          Liczba postów: 265

          Przeczytałem od deski do deski. Cieszę się, że w tak młodym wieku zauważasz to wszystko i potrafisz to opisać. Myślę, że to pierwszy krok do sukcesu. Pisz dalej śmiało.

          Podobno w walce z tym syndromem ważna jest cierpliwość i konsekwencja, nawet jesli któryś raz z rzędu się nie udaje.

          Więcej nie napiszę, bo sam jestem laikiem i dopiero zaczynam poznawać siebie.

          aktototaki
          Uczestnik
            Liczba postów: 370

            EndGame zapisz:
            „Przeczytałem od deski do deski. Cieszę się, że w tak młodym wieku zauważasz to wszystko i potrafisz to opisać. Myślę, że to pierwszy krok do sukcesu. Pisz dalej śmiało.

            Podobno w walce z tym syndromem ważna jest cierpliwość i konsekwencja, nawet jesli któryś raz z rzędu się nie udaje.

            Więcej nie napiszę, bo sam jestem laikiem i dopiero zaczynam poznawać siebie.”

            Czuję, że jest to jakiś krok, nie przeczę, ale mam wielkie obawy, że się nie uda. Wyrzuciłam z siebie wiele rzeczy, które mi ciążyły, nadal są we mnie bo nie umiem o nich jeszcze otwarcie mówić, wykrzyczeć..

            Trzymam za nas kciuki, za Ciebie i za samą siebie, za wszystkich walczących. Mam nadzieję, że nam się uda.

            Miłego dnia!

          Przeglądasz 4 wpisy - od 1 do 4 (z 4)
          • Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.