Witamy Fora Szukam Ciebie Podnosimy się po związku z DDA

Przeglądasz 10 wpisów - od 1 do 10 (z 12)
  • Autor
    Wpisy
  • Avatarludwik
    Uczestnik
    Liczba postów: 4

    Z całym szacunkiem do osób z problemem DDA – rozumiem wiele Waszych problemów i szczerze Wam współczuję. Niestety wiele świadectw ludzi zniszczonych w związkach z DDA jest przerażających. Tak jak Wy jesteście ofiarami swojego dzieciństwa, tak my jesteśmy Waszymi ofiarami. Osobnego forum dla nas nie ma. Pozwolę stworzyć sobie wątek tutaj.

    Jestem głodzony emocjonalnie i niszczony od lat, a w tym momencie to już kopanie leżącego. Nikt o tym nie wie. Męska duma nie pozwala mówić.

    Chętnie nawiążę kontakt z kimś, kto też tego doświadczył i rozumie, aby się jakoś wesprzeć. Raczej z kobietą. Po trzydziestce, jak ja. Przed mężczyzną się nie otworzę. I nie chodzi mi nawet o wyżalenie się. Po prostu o kontakt z kimś, kto wie. Mam wielu znajomych. Ale nie wchodzę na ten temat. Robię z tego tajemnicę i już mnie to męczy. Chcę znać kogoś, kto wie…

    Avatardda93
    Uczestnik
    Liczba postów: 183

    Przepraszam, bo temat dość delikatny, ale czy w związek z DDA/DDD wchodzi się zostając sprzedanym do haremu lub porwanym, czy (popełniając błąd, ale jednak) z własnej nieprzymuszonej woli? Trochę mnie martwi ta nagonka na DDA/DDD, jak gdyby to oni/one byli sprawcami wszystkich nieszczęść na świecie.

    Wiele osób postępuje tak, jak postępuje, nie dlatego, że są DDA, tylko dlatego, że tacy są – np. mają cechy osobowości narcystycznej lub psychopatycznej. Związek odznacza się tym, że decydują o nim dwie strony – i często jest tak, że np. przemocowca nie szuka nikt „bez obciążeń”, a osoba skłonna do zachowań bierno-agresywnych. Ja na przykład podświadomie ciągnę do kobiet nielojalnych i wykorzystujących, bo taki mam schemat z relacji z matką. I jestem zły na takie osoby, ale sam je sobie wybieram (choć nie chcę).

    JakubekJakubek
    Uczestnik
    Liczba postów: 504

    DDA to skrzywdzone osoby, a jak pisze Patrick Carnes: Od wieków naszymi największymi nauczycielami stają się ludzie najbardziej zranieni.

    Wydaje mi się, że w psychologii przeważa pogląd, że ludzie przyciągają się (dobierają) na zasadzie „trafia swój na swego”. Związek ze zranioną/raniącą osobą może być początkiem fascynującej podróży w głąb siebie.

    Ciekawie o związkach pisze Janet G. Woititz w książce „Lęk przed bliskością.”. Także Pia Mellody „Toksyczna miłość”.

     

    Avatarludwik
    Uczestnik
    Liczba postów: 4

    Nie robię żadnej nagonki. Starałem się być wyważony. Nikogo nie obraziłem.

    Wiadomo, że nikt nikogo do niczego nie zmusza. Ale wiele świadectw jest podobnych – ponadprzeciętne początki relacji, będące maskami, potem wycofanie i wejście w rolę ofiary i już 3 lata zleciało. Kochający partner próbuje pomóc, zlatuje następne 2-3 lata. Potem to już nie walka o związek, tylko o dobro dziecka i ani się człowiek obejrzy, mija dekada walki, poświęceń dla kogoś, kto ma wszystko gdzieś i pluje na koniec w twarz, obraca kota ogonem, bo nie umie wziąć odpowiedzialności za swoje czyny.

    Nie chcę generalizować, bo zapewne taki scenariusz opisuje postawę mniejszości osób dotkniętych DDA, ale problem jest realny i proszę go nie wypierać. Zresztą nie po to ten wątek, aby się o to sprzeczać. Celem było stworzenie miejsca dla ludzi, którzy borykają się z problemem DDA u swojego partnera.

    JakubekJakubek
    Uczestnik
    Liczba postów: 504

    <p style=”text-align: left;”>Trafnie to opisujesz.</p>
    Rozumiem Twój żal, bo wygląda na to, że rodzina się rozsypuje. Myślę jednak, że nie ma sensu okopywać się na poczuciu zranienia i krzywdy. To etap, przez który trzeba przejść. Potem trzeba uzbroić się w Wiarę i Nadzieję i próbować układać swoje życie na nowo, ratować trwałość rodziny albo szukać innych rozwiązań. Tylko w ten sposób damy ukochanym osobom tyle dobra, na ile nas stać. To może być punkt wyjścia do lepszego układu życiowego.

    Avatardda93
    Uczestnik
    Liczba postów: 183

    ludwik napisał:

    Nie robię żadnej nagonki. Starałem się być wyważony. Nikogo nie obraziłem.

    Ludwiku, moje słowa akurat nie były dokładnie pod Twoim adresem, tylko odniosłem się do ogólnego tonu wypowiedzi części z tych osób tutaj, które związków z DDA próbowały. Pod wieloma ze słów, które piszesz niżej sam mógłbym się podpisać. U mnie to jest tak, że jako DDA (po wielu terapiach, których – przez to, co się w ostatnich latach zadziało – jeszcze nie koniec) spotkałem DDA (która nie chce się leczyć, bo dopóki zarabia niemałe pieniądze, sądzi, że wszystko jest OK) i podobnie jak u Ciebie „zakładnikami” takiej sytuacji są dzieci.

    truskawektruskawek
    Uczestnik
    Liczba postów: 483

    Ja na stwierdzenie „wy DDA” poczułem odrzucenie (choć sam jestem DDD i oczywiście rozumiem, że to nie było do mnie osobiście). Bliskie mi jest to, o czym wspomniał Jakubek, o dobieraniu się ludzi. Oczywiście jest inaczej, gdy się jest dzieckiem, bo rodziców się nie wybiera i można się tylko tak albo inaczej do nich dostosować i znaleźć jakąś strategię przetrwania. Z dorosłymi w związkach jest jednak inaczej, bo da się żyć samodzielnie albo z kim innym.

    Znam różne osoby DDA/DDD i z niektórymi się przyjaźnię, a z niektórymi jest mi źle. Ale to ja wybieram z kim chcę być blisko, a od kogo się odsunąć. Nie zawsze jest to łatwe, ale się po trochu uczę i zauważyłem, że nie tylko ja, ale też inne osoby po terapiach, gdy stają przy sobie, to coraz mniej narzekają na inne osoby, i coraz mniej wchodzą w rolę ofiary. Nie dlatego, że ktoś nam zabronił, tylko bardziej widzimy, co możemy zrobić w takiej sytuacji, a mniej czekamy aż ktoś się wreszcie zmieni.

    Niestety jestem facetem 🙂 , więc tylko chciałem powiedzieć jak ja się mam z tym, co napisałeś, Ludwiku. Powodzenia w zadbaniu o siebie w tym związku, no i w szukaniu wsparcia w tej sytuacji!

    AvatarHenjo
    Uczestnik
    Liczba postów: 3

    cześć… nowy tu jestem przegladam forum szukam wiadomości wsparcia jakiegoś no i trafiłem na post ludwika… i aż mnie zmroziło najbardziej to : „Kochający partner próbuje pomóc, zlatuje następne 2-3 lata. Potem to już nie walka o związek, tylko o dobro dziecka i ani się człowiek obejrzy, mija dekada walki, poświęceń dla kogoś, kto ma wszystko gdzieś i pluje na koniec w twarz, obraca kota ogonem, bo nie umie wziąć odpowiedzialności za swoje czyny”

    potwierdzam zwłaszcza o odpowiedzialności za swoje czyny… „nie to nie ja to  jakoś samo tak” u mnie zazwyczaj jest tak że jeżeli coś się stanie co mnie zrani to najpierw jest: naprawdę ???? takie coś ??? nie dzidziusiuj potem że źle to odebrałem potem że nie miała nic złego na myśli / nic złego nie chciała zrobić potem że przecież przeprosiłam więc się już nie przyp…. j… i koniec…. nie można wrócić do tematu bo od razu że gnębię…. generalnie zero inteligencji emocjonalnej… to że pewne jej zachowania mogą ranić to dla niej fizyka kwantowa – nie do pojęcia…. i to przekonanie że zwykłe przepraszam resetuje wszystko…. do następnego razu.. tylko ile tak można ?  powielać sytuacje…. gdzie jest koniec? mam wyrażenie że szybiej nauczyłbym kamień mówić niż ją tego co mnie rani….

    czytałem wiele jak reagować… co robić…. najsensowniejsza podopowiedź jaką tu znalazłem to ta że „uciekać” tylko dosadniej napisana….

    truskawektruskawek
    Uczestnik
    Liczba postów: 483

    Hej, Henjo, zabawny masz nick. 🙂

    Z kamieniem jest bardzo prosto – nie sądzę, żebyś kamień przekonywał i uczył, bo tam jest wszystko jasne. A z partnerką (jak się domyślam) jest jednak nadzieja, a jeśli nie, to może ma inne potrzebne rzeczy, może na przykład zapewnia towarzystwo, albo kontakt fizyczny albo jeszcze coś innego.

    Ja mam przekonanie, że każdy może sobie wybierać co zechce i czego mu potrzeba. Można uciekać, można zostać jak dotąd, można próbować coś zmieniać, ale raczej w sobie, bo w zmienianie kogoś to mało wierzę. Nie wierzę też w samą „ucieczkę”, bo jak nic za tym nie stoi, to łatwo mogą wracać wyrzuty sumienia albo te potrzeby. Znam osobę, która potrafiła tak wielokrotnie zrywać i wracać, czasem nawet w ciągu miesiąca, i to wcale nie dawało jej szczęścia.

    Bardziej niż w proste „zrobienie czegoś” wierzę w zajęcie się swoimi schematami, uczuciami i potrzebami. U mnie to się sprawdziło w każdym razie. Skończyłem związek, w którym było mi źle, bo poczułem, że ja już tak nie chcę i nie czekam na jej zmiany – ale nie wcześniej, dopóki jeszcze miałem wątpliwości i sprawdzałem i dopóki nie byłem gotowy pozbywać się tych innych fajnych rzeczy, które mi dawał ten związek.

    AvatarHenjo
    Uczestnik
    Liczba postów: 3

    dzięki za odpowiedź… masz rację związek ma też inne strony… te dobre… nie przeczę … tylko…. no właśnie to „tylko”… gdzieś tam zatraciłem siebie… po to tylko aby stanąć na wysokości zadania aby sprawić jej przyjemność aby była zadowolona…. nie mówię że cały czas jest źle ale też w tygodniu to standard… mogło by być częściej ale starałem się zagryzać zęby…. generalnie jak pisałem wyżej zero zwracania uwagi na drugą osobę…. czasem ciśnie mi się na usta pytanie jak można być tak bardzo „głupim” emocjonalnie…. dlaczego zawsze wmawiasz mi że coś co mnie dotyka to wymysł i nie dotyka mnie wcale tylko sobie to wymyślam…. no dramat….

    masz rację trzeba znaleźć w sobie na tyle siły aby skończyć toksyczny związek i zająć się sobą swoimi „rzeczami” odłożonymi gdzieś na późnie …  dawać i prosić żeby wzięła to już chyba za dużo….

    z tyłu głowy kołacze się jednak cały czas pytanie… jak można być aż takim egoistą…. i niby odpowiedź znam… wiem dlaczego wiem że nie ma tu prostej odpowiedzi bo to jest jak rozmawianie ze ślepym o kolorach… wszystko wiem i rozumiem…..

    a jednak nic nie wiem i gówno rozumiem…..  strasznie głupi stan…..

Przeglądasz 10 wpisów - od 1 do 10 (z 12)
  • Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.