Witamy Fora Rozmowy DDA/DDD Rozmowa z wewnętrznym dzieckiem

Przeglądasz 10 wpisów - od 1 do 10 (z 11)
  • Autor
    Wpisy
  • Anonim
      Liczba postów: 20551

      isze osobny watek liczac na to , ze wiecej z was ty zajrzy… Kompletnie nie wiem jak sobie z tym poradzic…

      Wiele osob mowilo, że ich dzieci sa na nich złe, wręcz wściekłe, a niekiedy smutne. Przez dłuższy czas zastanawialam sie czy aby nie przeprowadzic takiej rozmowy z wlasnym wewnętrznym dzieckiem, ale coś mnie blokowało. Dziś to zrobiłam i wyniki rozmowy mnie przeraziły.

      Moje wewnętrzne dziecko jest tak przerażone i tak bardzo sie mnie boi, czuje sie tak bardzo winne wszystkim moim nieszczesciom, ze nawet nie potrafi się odważyc , by mi powiedzieć co tak naprawde czuje. Siedzi w kaciku i myśli tylko o tym, żebym nie zaczęła go obwiniać o wszystko. Nie zdawalam sobie nawet sprawy z tego, że to robie i sama nie wiem teraz w jaki sposob to robie. Ale ono tak czuje. Czuje, że go nie bronie, że zostawiam je same z problemami, moimi problemami. Ale najgorsze nie jest dla mnie to co mowi mi moje dziecko, ale to co ja do niego czuje
      Otoż ja go nie chce, nie znam, i poznać nie chcę, nie lubie i czuję sie poniżona tym, ze muszę z nim rozmawiac. To dla mnie niepotrzebny balast, coś czego sobie nie życzyłam, czego nie chce i ktoś mnie tym dzieckiem obarczył nie pytajac o zdanie. Ale najpotworniejsze jest to, że coraz bardziej dochodzi do mnie, że moj stosunek do mojego wewnetrznego dziecka jast stosunkiem do mnie mojej matki!

      Do tej pory, choc wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywaly że jest inaczej, ja twierdziłam, ze matka mnie kochała, ze mnie chiała tylko nie potrafiła mnie wychować, że nie była do tego przygotowana. Dziś wiem na 99% ze ona mnie nie chciała i obwiniala mnie o to że sie urodziłam. Mowi mi o tym moj stosunek do wewnętrznego dziecka. wszystko zaczyna mi się układac gdy porozmawialam z moim wewnętrznym dzieckiem

      Dlaczego wczesniej nie dopuszczałam do siebie myśli, ze ona mogła mnie nie chcieć, a jak już dopuściłam, to potem czułam, ze obwiniam matkę o swoje nieszcześcia? Myśle, ze dlatego, iż trudno sie dziecku pogodzić z tym, że jest niechciane. £atwiej mowić i sadzić , ze matka po prostu nie potrafiła, a nie że nie chiala i czuła sie w obowiazku by mnie wychowywać i kochać. Przeciez nie można prawdziwie kochac z obowiazku

      A po drugie, dopiero teraz jestem gotowa na to by taka myśl do siebie dopuścić i jakoś sobie z nia poradzić, dopiero teraz mam przy sobie osoby ktore mnie kochaja i może dobrze, że wcześniej tego nie wiedziałam, bo ¼le by to się mogło dla mnie skonczyć…
      Teraz zrozumiłam dlaczego całe życie czułam sie niechcina, niepotrzebna, dlaczego czułam że nie zasługuję na to by żyć, że nie powinnam życ, choć przecież nikt nie powiedział mi tego wprost. Teraz to wiem…

      MAMO DLACZEGO? TRZEBA BY£O ZROBIÆ SKROBANKE, TRZEBA BY£O MNIE ODDAC, MO¯E ZNALAZ£BY SIE KTO¦ KTO BY MNIE POKOCHA£… DLACZEGO TAK BARDZO UKARA£A¦ MNIE ZA SWOJ¡ NIEDOJRZA£O¦Æ, ZA SEKS BEZ ZABEZPIECZENIA? DLACZEGO MNIE NAWET NIE DOSTRZEG£A¦, NIE POZNA£AS, OBWINIA£A¦ ZA TO ¯E ISTNIEJE, ¯E STOJE NA DRODZE DO TWOJEGO SZCZE¦CIA? DLACZEGO?

      Ale bez wzgledu na to jak wielki żal mam do matki, mam też kłopot ze swoim wewnetrznym dzieckiem… Nie mam pojęcia jak z nia postępować, uciekam od niej, boje się jej, pomimo, że ona wyraża chęć wspołpracy ze mna, pomimo ze mowi, ze jak bedziemy razem to bedzie dobrze, że we dwie będziemy silniejsze… Bardzo by tego chciała, choć już nie wierzy w to, że tak bedzie, nie wierzy, ze będzie dobrze, bo tyle razy jej o tym mowiłam a potem wszystko było po staremu… Ona mi nie ufa, jest sceptyczna, ma tylko nadzieje, że nie będzie znow gorzej…

      Nie mam pojęcia co mam zrobić, trudno mi sie w ogole przemoc by z nia porozmawiac… Straszne to wszystko… Dodatkowo nie mogę nic ważnego dla mnie na ten temat znale¼ć w necie, nic o tym stosunku od wewnętrznego dziecka… Nie radzę sobie…i nie wiem co dalej

      Anonim
        Liczba postów: 20551

        Teraz rozumiem rownież skad sie wzięły moje wszystkie zachowania autoagresywne. Dlaczego odgrywalam sama przed soba scenki w ktorych byłam jednocześnie ofiara i katem… w ktorych karałam moje wewnętrzne dzieco za to, że nie spełnia oczekiwan wewnętrznego rodzica… Przez wiele lat karałam sie fizycznie za to, ze nie spełniam oczekiwan mojej matki. Naprawde dla mnie przemoc fizyczna to nic wielkiego… bicie? sama siebie bułam, cięcie? sama siebie ciełam… to wszystko dla mnie jest niczym w porownaniu do bolu psychicznego i tego wszystkiego co mi zrobiono. Tylko jak z tego wyjść? Terapeuta ma urlop dp konca miesiaca a ja czuję że tonę w zupie ugotowanej przez moja matke…

        Anonim
          Liczba postów: 20551

          pamietam moja pierwsza pracwe zwiazana z wew dzieckiem, mialam sobie wyobrazic piekne miejsce wewnatrz mnie i tam mialo mieszkac moje wewnetrzne dzicko, nie dalo rady, miejsce jedyne jakie przychodzilo mi do glowy bylo szafe, smutne, pozbawione kolorow i zabawek, zero radosci, jeden wielki smutek, a dziecko zastraszone, najpierw usiadlo kolo mnie smutne,p ozniej otworzylo raczke i dalo mi malenka zabawke, pluszowego kroliczka. zadziwiajae jest to ze od mojego dzieciecia z jakis czas dostalam takiego kroliczka, teraz dop sobie o tym przypomnialam. moje wew dzicko, nie chcialo ze mna rozmawiac, bylo tak potwornie smutne, chcialo tylko zebym przy nim byla, wszustko, zeby nie bylo samo.
          Teraz jestem na etapie rozpoczynania pracy z wew krytykiem i wczoraj sie naczytalam, ze glownym zadaniem wew krytyka jest ochrona naszego wewnetrzenego dziecka, ale z czasem jego rolo, jezeli nie dostajemy odpowiedniego wsparcia rosnie, wew krytyk to najczesciej glos naszych rodzicow, komunikaty krytyczne, ktore przez cale zycie slyszymy najczesciej wlasnie od rodzicow, to wszystko zaczyna miec dla mnie sens, nie wiem jeszcze jak radzic sobie z WK, ale podobno najlepszym sposobem jest zatroszczenie sie o swoje wew dzicko.
          pozdrawiam, zycze ci sily, to na pewno bylo dla ciebie trudne doswiadczenie, ale z cala pewnoscia oczyszczajace- schodzy prowadza do gory.

          Anonim
            Liczba postów: 20551

            wiele razy wydawalo mi sie ze ni przezyje tego co odkrylam, ze sobie nie poradze, ale zyje, spokojnie, wszystko bedzi dobrze, cierpliwosci , postaraj sie dac duzo ciepla sobie i wew dziecku, nie przeczytalam tego nigdzie przechodzilam przez to i nadal sie z tym zmagam, ja nosilam swoje wew dziecko np "na rękach", przytulalam, wciaz nieumiem sie np z nim bawic,ale ona tez nie bardzosie do tego kwapi, pamietam ja bardzo byla smutna totalnie mi nie ufala, ja zapewnialam ze ja kocham, pozniej nie raz jeszcze ja opuszczalam, ale nie robilam sobie z tego powodu jakis strasznych wyrzutow, nie bylam wstanie zajac sie nia non stop i przyznawalam sie do tego nie mialam sily na ta milosc, nie umialam, bardzo chcialam ale nie wiedzialam jak, ale nie obwinialam sie za to teraz czuje ze znowu ja zaniedbalam, moze dlatego znow odzywa sie we mnie silnie wew krytyk,
            trzymaj sie Justunko jestem z Tob/a

            Anonim
              Liczba postów: 20551

              Chyba nie potrafię dać tej wew.dziewczynce nic, nie chce w ogole się do niej zblizać, bo nie chcę jej zranic i się zdenerwować, nie chce znow czuć sie winna ze puściły mi nerwy. Czuję że znow będzie tak jak zawsze, że jak do mnie podejdzie to powiem jej "idz sobie, nie chcę Cię", bad¼ nie zareaguje udajac, że jej nie widzę. Nie chcę też podejść sama, bo drażni mnie jej strach i jej uległość, po prostu wpadam w szał jak to widze. Jak mam jej powiedzieć, że ja kocham, jak jej nie znosze… Zajmowanie się tym dzieckiem to jakieś potworne przeklenstwo, jakaś kara. Wiem Maju , że chcecz mi pomoc, ale ja piszę to co czuję. Jestem jej najwiekszym wrogiem i jestem tego świadoma.
              Zrozumiałam też dlaczego zawsze za wszelka cene nie chciałam mieć dzieci. nie znoszę ich i wiem , ze byłabym zła matka.
              Z drugiej strony jest we mnie tyle ciepła do doroslych ktorzy mieli rożne nieciekawe przejscia, zwlazsza do męzczyn. A tu dziecko, do tego dziewczynka…

              "ja nosilam swoje wew
              dziecko np \"na rękach\", przytulalam, wciaz nieumiem sie np z nim bawic,ale ona tez nie bardzosie
              do tego kwapi"
              Gdy to przeczytałam to już wzbudziło to moja złość, wstyd i takie jakieś uczucie poniżenia, że muszę się zajac jakimś dzieciekiem. Wiem jak to brzmi, ale mam tak wielki wewnętrzny opor i chyba wpojono mi jakieś bzdurne zasady odnośnie dzieci, do tej pory nie zdawałam sobie z tego sprawy.
              Zasady typu:
              -dziecinstwo to zło ktore jaknajszybciej trzeba wyleczyc (zawsze byłam małym dorosłym i matka byla z tego dumna),
              -dziecko tylko bierze, nic nie daje, absorbuje uwagę i zawraca głowę.
              -posiadanie dzieci to udreka (tego wprost nie slyszalam, slyszalam natomiast od matki ze maż to udręka bo krępuje kobiete, kobieta nie może być wolna i robić co chce, spotykac sie z kim chce i wychodzić kiedy mam ochote- mnie od najmlodszych lat matka zostawiala w domu i szla do kolezanek).
              -dzieci sa nie do pohamowania, dasaja się, wpadaja w furię, wściekaja się (boję sie rozmow z tym dzieckiem, jest dla mnie uosobieniem złości i agresji słownej ktorej tak bardzo sie w innych boje)
              – zajmowanie się dziecmi to rola dla głupich bab (przepraszam wszystki mamy, tak mnie nauczono…i dla mnie to tez nic milego czuc cos takiego)
              dla inteligentnych to poniżej ich godności (czuję straszne opory, jakby to dziecko nie było mnie godne, trudno to opisac)

              Może jest jeszcze coś, czego nie jestem świadoma i co spowodowalo powstanie wielkiego muru z drutem kolczastym, miedzy mna i moim wewnętrznym dzieckiem. Chyba najpierw nalezaloby ten mur zburzyc, żeby cokolwiek zaczać. Ale nie mam pojęcia jak to zrobić, chciałabym mieć to już za soba, ale najlepiej żeby ktoś inny się zajał ta sprawa, NIE JA.

              Czuje się podzielona w środku… ja osobno, tak własciwie bez nikogo komu ufalabym do konca i przed kim nie bałabym sie lub nie wstydziła mowic wszystkiego; i ta mała osobno, w jakimś strasznie zimnym i ciemnym kacie, z pełnymi przerazenia oczami. To obraz mnie i mojej matki – ona i olbrzymi mur wokol niec i ja, gdy wolalam, żeby mojaj matki nie było w domu, żeby tylko byl spokoj.
              Zawsze wiedziałam, że coś było nie tak, choc matka chyba z poczucia obowiazku i winy zajmowala sie mna, robiła prezenty… ale nigdy nie myślałam, że było tak tragicznie.
              Co jeszcze – gdy mialam ok 15 lat zaczęłyśmy się z matka jakoś tam dogadywać, powiedzmy, że powstał jakiś kontakt. Gdy patrze na inne mamy ktore traktuja jak małe dzieciatka swoje 30 letni pociechy, to dostrzegam, iż moja matka zadziwiajaco szybko przestała we mnie widzeć dziecko. Dla niej juz w tym wieku byłam dorosła osoba ktora powinna byc zaradna i samodzielna niemal we wszystkim. No chyba że pasowało jej abym nie robiła tego czego ona sobie nie zyczyla- wtedy byłam dzieckiem dla niej, ale nawet to nie było cześte, tak naprawde wtedy ona się mna już nie interesowała, miała swoj świat i swoje rozrywki. Nie miala nic przeciwko temu, że w tym wieku nocuje u mnei dorosły mężczyna – tylko się martwiła co ludzie powiedza… Praktycznie całe życie traktowała mnie jak muchę ktora jej brzęczy nad uchem i nie pozwala się skupić na sobie. Po prostu gdy mialam kilkanascie lat przestalam cokolwiek od niej chciec, przestalam jej mowic o kłopotach. Ona nawet moje powazne problemy traktowala jak ciekawe historyjki zasłyszane od psiapsiułek, ktore mozna opowiadac wokol każdemu kto się nawinie… tak jak to robia nieraz przyjaciolki w swoim gronie.
              Zastanawiałam się skad we mne ten brak poczucia przynalezenia do kogos, bezpieczenstwa… chyba już wiem, trudno przynalezec do matki przez mur wokol niej… A nikogo bliższego nie mialam nigdy.

              Nie wiem co będzie dalej, jak sie zabrac za ten mur, właściwie to nie mam ochoty, nie mam ochoty nic robić dla tego wew. dziecka, ale wiem że powinnam, bo jesli tego nie zrobię to nic się nie zmieni… Znow poczucie obowiazku, znow to samo, skad ja to znam…
              Znow sie rozpiszalam, czuje jakbym otworzyła jakaś puszkę pandory…
              Pozdrawiam i dziekuje za wysłuchanie.

              Anonim
                Liczba postów: 20551

                mysle, ze gdyby nie terapia, bylam na dobrej drodze zeby stac sie taka jak twoja matka i to samo zrobic mojmu dziecku, czytajac twoje wypowiedziz wrocilam do art na temat wew dziecka, wciaz jeszcze trzmam na dystans moje dziecko to prawdziwe, moze to strach przed zblizeniem do tej dziewcznki w srodku mnie, musze to przemyslec

                Anonim
                  Liczba postów: 20551

                  Maju, wspominałaś o artykule o wew. dziecku. Czy mogłabyś się nim ze mna jakoś podzielić? Jeśli to możliwe, to wyślij mi go, proszę na
                  gotyk_lady@wp.pl
                  Bedę bardzo wdzięczna, bo w necie znalazłam jednie krotkie i dość ogolne informacje nt. wew. dziecka.
                  Pozdrawiam

                  Anonim
                    Liczba postów: 20551

                    na stronie internetowej Ewy foley, to jej kasety sluchalam podczas pracy z wew dzieckiem.
                    http://www.foley.com.pl/index.php?dz=4,99

                    Anonim
                      Liczba postów: 20551

                      Witaj Justynko, to co piszesz o swoim wewnetrznym dziecku jest mi bardzo bliskie, jak czytalam twoj pierwszy post tu , to tak jabym slyszala siebie.
                      Ja rowniez zajmowanie sie moim wewnetrznym dzieckiem traktowalam chyba jak kare, nie chcialam sie opiekowac nim, a tak naprawde balam sie go, balam sie uczuc tej dziewczynki, wiec zostawialam ja sama i jedno co umialam to znecac sie nad nia , osmieszac, zawstydzac, obarczac wina za wszystkie problemy.Traktowalam ja bardzo okrutnie, gdybym tak traktowala dziecko w rzeczywistosci, siedzialabym chyba w wiezieniu za maltretowanie psychiczne dziecka. Czulam sie wiecznie winna, ze taki mam stosunek do tego dziecka.
                      Jesli bylo smutne, plakalo to jeszcze jakos moglam to wytrzymac, ale jesli sie zloscilo, bylo wsciekle, czulo nienawisc, to juz z tym nie moglam sobie poradzic, wiec stawalam sie wredna matka i znecalam sie nad tym dzieckiem, zaprzeczalam jego uczuciom, nie lubilam go, bo wiecznie cos chcialo, karalam je.
                      W takich momentach nienawidzilam tego dziecka, ktore tak naprawde bylo przerazone i zrozpaczone.Pojawialy sie mysli samobojcze, mialam dosc siebie, i tego dziecka.Chcialam zabic to dziecko w sobie, a tym samym siebie.
                      Bo tak naprawde to dziecko w nas to nasza czesc, to my.jesli nie chcemy, nie umiemy go kochac, to znaczy, ze nie potrafimy pokochac siebie,bo ta dziewczynka to my.
                      Kiedys przyszlo olsnienie w terapii, ze to jak traktuje swoje dziecko, jak zaprzeczam jego uczuciom, wysmiewam je, nie rozumiem ich, przypomina troche stosunek moich rodzicow do mnie, zwlaszcza mamy.
                      I masz racje Justyno, ze to bardzo trudne do przyjecia, ze nasza matka nas nie chciala, nie kochala (nawet jesli nie potrafila), nas opuszczala.To jak bylismy traktowni przez matke, nieswiadomie powtarzamy dalej w relacji z naszym wewnetrznym dzieckiem.
                      U mnie ostatnio cos sie zmienilo, cos ruszylo.Ale najpierw na terapii musialam sie spotkac gleboko ze swoja rozpacza, ze moja matka mnie opuszczala w dziecinstwie, ze jej nie bylo przy mnie.To tak bardzo bolalo, plakalam dlugo i glosno, szlochalam siedzac skulona w kacie i wtedy chyba dopiero tak naprawde doszlo do mnie, ze to dziecko tak wlasnie sie czuje, ze ono ma prawo sie tak czuc, ze to sa prawdziwe uczucia.Pierwszy raz zrobilo mi sie zal tego dziecka, poczulam jego rozpacz, opuszczenie.Pierwszy raz poczulam, jak musilalo cierpiec.Teraz zaczynam czuc potrzebe zaopiekowania sie tym dzieckiem, wynagrodzenia jej tyle lat opuszczenia, zlego traktowania z mojej strony, czuje potrzebe kontaktu z nia, pojawily sie uczucia akceptacji, zrozumienia, wiary w jej uczucia.Troche sie nie umiem w tym odnalezc, bo to jest nowe, inne, troche sie boje, ze teraz to dziecko moze juz nie chciec miec ze mna nic doczynienia, bo ono juz mi nie ufa, nie wierzy, tyle razy juz mu obiecywalam, ze bedzie ok.Tyle razy go zawiodlam.Ale sprobuje na nowo odbudowac to zaufanie, bo pierwszy raz w zycu mi na tym bardzo zalezy.Bardzo chce zajac sie swoja dziewczynka, chce zobaczyc jej usmiechnete oczy, uslyszec jej smiech.To co czuje,bardzo uspokaja
                      Sa we mnie uczucia pozytywne do niej.Sama nie wiem, co to jest, bo te uczucia sa nowe, pierwszy raz je czuje.
                      Terapeutka powiedziala ostatnio, ze moze zaczynam czuc w koncu milosc do tego dziecka, czyli tym samym do siebie.Nie umialam odpowiedziec, rozplakalam sie, bo cos to we mnie poruszylo.Moze…
                      Bo chyba to prawda, ze jak odrzucamy swoje wewnetrzne dziecko, to tak naprawde odrzcucamy siebie.Robimy to nieswiadomie i niekiedy nawykowo, tak jak traktowali nas nasi rodzice, nieswiadomie tez czesto.Ale czy dla dziecka wazne jest to, ze matka jest nieswiadoma swoich uczuc, ze nie potrafii go kochac???Czy dziecko to zrozumie??Ono chce tylko czuc sie kochane, chciane, bezpieczne.Czy to w koncu tak wiele??
                      Justynko jestem z Toba i mam nadzieje, ze bedzie dobrze.Pozdrawiam cieplo.

                      Anonim
                        Liczba postów: 20551

                        Ciut się uspokoiłam, moja złość przygasła, ale to może dlatego, że nie zapuszczam sie w rejony gdzie jest moje wewnętrzne dziecko. Napisałaś Julio, ze karałaś swoje wew. dziecko za to, że było na CIebie złe, że miało do Ciebie żal i pretensje. Ja nie wiem jak będzie z moim wew. dziekiem, bo nawet nie mam odwagi do niego zajrzec, ale przypomniała mi sie sytuacja z dziecinstwa, w ktorej podczas jednej z awantur i wybuchow wściekłości mojej matki powiedzialam jej, że gdy taka jest to sie jej bardzo boję. Liczyłam, że może wtedy mnie przytuli, że się opanuje, że mnie zobaczy, zobaczy jak na mnie działa jej krzyk. Niestety, to matkę zdenerwowało jeszcze bardziej, była wyprowadzona z rownowagi, nie wiedziała co z tym zrobić i wtedy dopiero zobaczyłam czym jest awantura i wściekłosc… Teraz wiem, że to wściekłość wynikajaca z bezsilności, z poczucia porazki jako matka, ale wtedy tego nie wiedzaiłam…

                        Nie wiem czy to dobre czy złe, ale nie chce wybaczyć matce, chciałabym obwinić ja za całe to zło jakie mi zrobiła, ale jej już nie ma… To, że w koncu spostrzegalm to wszystko, jest dla mnie brakujacym elementem układanki, bardzo ważnym elementem, dzieki temu coraz wiecej częsci i wspomnien do siebie pasuje. Już to, że to zrozumiałam jest dla mnie pewna ulga, przestałam siebie obwiniac za moje dziecinstwo, znalazłam przyczynę tego, że moje zycie wyglada tak a nie inaczej. Może obwinianie matki nie jest najlepszym wyjściem, bo w koncu ona też pewnie była skrzywdzona, ale co, mam obwiniac dziadkow, pradziadkow…? Z poczuciem winy narazie sobie nie radze, wiec musze dla jako takiej stabilnosci miec takiego "winnego". Moze ktos to skrytykuje i uzna że powinnam przebaczyc, ale ja nie czuje takiej potrzeby, wręcz przeciwnie, CHCE J¡ OBWINIAC i chwilami załuję że matka nie zyje… Choc z drugiej strony (jak jedna z moich znajomych w realu) mogłabym nie przestac… Ona obwinia matke o dziecinstwo od jakichs 15 lat. Może przez to,ze moja matka nie zyje bedzie mi łatwiej przez to przejść. Nie wiem. Dalej nie wiem z ktorej strony sie do tego zabrać, ale jestem troszke spokojniejsza i mam nadzieje ze następny krok nie będzie takim kopniakiem w twarz, jak ten… mam nadzieje że najgorsze już za mna w tej kwestii.
                        Wam rownież powodzenia życze i dziekuje za wspieranie mnie.

                      Przeglądasz 10 wpisów - od 1 do 10 (z 11)
                      • Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.