Odpowiedzi forum utworzone
-
AutorWpisy
-
Hej,
Trochę mnie to przytłoczyło, bo bym chciał odpowiedzieć na wszystko, jak w rozmowie na żywo, ale właśnie złapałem się na tej panice i już mogłem zdecydować co z tym zrobić. Więc spróbuję raczej odpowiadać co ja w tym widzę co napisałaś niż tak detalicznie się odnosić do wszystkiego. I w efekcie panika i poczucie bezradności odpłynęły – to nie jest tak, że jak coś odruchowo czuję, nawet silnie, to już koniec i muszę uciekać albo za tym ślepo podążać.
Nauczyłem się, że uczucia są i najwięcej problemów wywołuje próba ich unieważnienia. Więc jak czujesz żal, to naprawdę czujesz i nie trzeba tego za wszelką cenę usunąć – najlepiej od razu. Tak samo z zazdrością: tak czujesz i już. Na terapii jest czas się przyjrzeć jakie przekonania za tym stoją i zastanowić się, z czym się tak naprawdę nie zgadzam, tylko odruchowo mi się to kręci w głowie jak irytująca katarynka. Ale na sam początek jest uznanie, że w ogóle czujesz to co czujesz, żeby zatrzymać czy choćby tylko spowolnić natychmiastowe odruchy, które ci odbierają decyzje i przytłaczają.
I faktycznie, na początek zmian jest tylko chwila ulgi, też to znam. Z czasem te chwile stają się dłuższe, zaczynają się łączyć z innymi chwilami itp. itd. Jeśli do tego dojdzie poznawanie emocji i schematów, to pomaga utrwalić ten kierunek, bo jak nie wiemy co się dzieje, to odruchowo robimy to, co zawsze, czyli czego się wyuczyliśmy w dysfunkcyjnym domu. Taką mam w ogól ostatnio refleksję, że nawet po terapii jest ważne, żebym stawiał sobie jakieś własne cele (choćby małe), bo tę pustą przestrzeń bez planów wypełni mi „samo” to, co znajome. Więc odruch chowania się jest dla mnie szkodliwy i nie ma tu co udawać, że mi nie zależy, albo bagatelizować, że dam radę, ja sobie poczekam itp.
Jaka byś nie była, to masz prawo taka być na dzień dobry, zamiast przed tym ciągle uciekać. Tez mi tak brzmią przekonania, że całe życie, że jak było źle to zawsze będzie źle itp. – to jest taki mechanizm DDA/DDD, że łatwo się generalizuje. Terapia służy właśnie do tego, żeby przyjrzeć się szczegółom, nie rzucać się zawsze od krawędzi do krawędzi, bo to nam pierwsze przychodzi do głowy. Skoro coś pozytywnego złapałaś, to już nie jest całe życie złe – to jest już ten jeden kawałek poprawiony i na nim możesz budować kolejne takie pojedyncze klocki. Oczywiście to nie znaczy, że wszystko jest już dobrze, bo to też generalizacja i też nie pomaga. Chodzi o łapanie co jest realnie i konkretnie, a nie generalnie.
Bo to tylko z pozoru jest takie jednolite, ale im głębiej się przyjrzysz, tym więcej zaskoczeń (a także nadziei) z tego wychodzi. Pewnie, że chciałabyś „mieć życie” – ale to dla każdego oznacza coś trochę innego. Ja na przykład uwielbiam gadać i łączyć kropki, ale dla kogoś innego życie to może być poezja, ruch, podróże albo cokolwiek innego. No ale jak podróże – to jakie? Ruch – jaki i jak często? Poezja – ale czytać czy pisać? I tak dalej. To jest proces poznawania siebie i swoich potrzeb, nazywania ich sobie, sprawdzania i stopniowe realizowanie tego, co jest możliwe. To jak życzenia świąteczne: „wszystkiego najlepszego” oznacza, ze ktoś cię w ogóle nie zna, nie obchodzisz go, albo boi się wychylić, ale nie da się tym kierować w życiu, bo to jest tak ogólne, że w sumie puste i nic nie warte.
W ogóle jeśli chciałabyś trochę lepiej się zorientować co się z tobą dzieje, skąd się bierze i co z tym można zrobić, to polecam książkę „DDA – czy to ja”, którą napisali terapeuci DDA. Ona świetnie się nadaje właśnie na początek. Polecam też podcast tych autorów „Schodami do siebie” – tam są odcinki tematyczne, to nie jest taki logiczny ciąg jak w książce oczywiście, ale za to można sobie dobierać odcinki żeby się zastanowić nad jakąś bardziej konkretną rzeczą. Jest oczywiście jeszcze wiele innych tekstów i nagrań, ale możesz sama coś fajnego dla ciebie znaleźć. To są materiały wspomagające, nie zastąpią terapii i własnych działań, ale na początek człowiek nie ma się czego złapać, a to pomaga się trochę zatrzymać i po trochu docierać do swoich przekonań i mechanizmów.
A jeśli idzie o poczucie sensu – kto niby ma ci powiedzieć, co dla ciebie ma sens? DDA to poczucie, że ktoś nam wszystko powie, ale tak z ręką na sercu, to coraz mniej mam ochoty, żeby ktoś mi dyktował co mam robić i jaki powinienem być. Jak odkrywam swoje potrzeby i je po kawałku realizuję, to sens widzę właśnie w tym. A to są różne potrzeby – i takie, żeby coś fajnego posłuchać, i takie, żeby tu się dzielić swoimi doświadczeniami, i wiele innych, od sensownego i smacznego jedzenia począwszy. Jak przy tym jeszcze dbam, żeby sprawdzać, co czuję na bieżąco, i nie próbuję się rzucać na 100% albo dla odmiany wszystko sobie odpuszczać, to już mi wystarcza, choć znam doskonale takie zapętlenie, o jakim piszesz. Warto było się pouczyć nowych podstaw w czasie terapii i po niej sobie już to rozwijać na tyle, na ile akurat mi się wydaje.
Daj znać jak tam te spotkania online dokładniej, a jeśli sobie coś posłuchasz albo poczytasz, to co o tym sądzisz i jak na ciebie to działa. Z mojego doświadczenia już samo wyjście poza swój zamknięty świat daje trochę ulgi i ciekawości, a choćby tylko usłyszeć, że inni ludzie też tak mają – i po to także jest to forum, możesz z niego korzystać.
Powodzenia!
Właśnie sobie myślałem o tobie…
Zastanawiałem się w czasie terapii nad swoją krzywdą jako DDD i zacząłem porównywać swoje życie właśnie do wyobrażenia osoby z rodziny funkcjonalnej i zaskoczyło mnie co mi wyszło. No bo co nas różni? Czy jak jesteś z rodziny funkcjonalnej to nigdy się nie boisz? Nie chorujesz? Nikt bliski ci nie umarł? Nie doświadczasz przemocy? Nie doświadczasz biedy? Itp. itd. Doszedłem do wniosku, że nic z tych rzeczy – różni nas jedynie to, że ja się topię w lęku, bo nie umiem wziąć odpowiedzialności za swoje życie i nie wiem jak bezpiecznie się otwierać przed ludźmi i stawiać im granice. A tego da się nauczyć, tylko zamiast w domu rodzinnym, to na terapii, ale nikt się z tym nie urodził, tylko ja to robię teraz, kiedy wreszcie mogę. I faktycznie tak się stało, moje życie się dzięki temu znacznie poprawiło, a nie pogorszyło.
A to poczucie niesprawiedliwości i żal właśnie można ukoić. Nie trzeba w tym celu cofać czasu ani zmieniać statusu, natomiast chodzi o to, żeby je móc wyrazić i żeby ktoś to wysłuchał i zaakceptował – to wszystko. Oczywiście to nie jest banalne, ale jak najbardziej wykonalne. Nadal czasem nachodzi mnie żal, złość, wściekłość i nienawiść za ten stracony czas i cierpienie, jakie przeżyłem, ale nie zajmuje to większości mojego czasu i uwagi, bo już spuściłem te przytrzymywane ciągle emocje. To dlatego miałem wrażenie, że nigdy się nie kończą, a nie dlatego, że była ich niekończąca się ilość. Na terapii nauczyłem się wyrażać emocje, mieć z nimi kontakt i pozwolić im przepływać, zamiast się na nich rozsiadać i w kółko mielić, jak tego zostałem nauczony w domu.
Dzięki, miło mi to słyszeć!
Oczywiście, że masz niedosyt i oczywiście, że chciałoby się już mieć spokój i żeby „wszystko było dobrze” – jak podchodziłem do terapii, to też taki cel mniej więcej widziałem. Bałem się tylko czy nie zostanę jakoś zmanipulowany, zmieniony wbrew swojej woli, a jednocześnie czy w ogóle coś się uda, bo brałem wszystko na głowę i nie umiałem sobie wyobrazić co to znaczy, żeby ją „odciąć”.
To nie tylko jest maraton, ale też ma etapy – to nie jest liniowa, przewidywalna zmiana. Tak jasno przedstawiam problemy z pierwszych etapów, bo są one w miarę wspólne i wyraźne, z czasem coraz więcej indywidualnych spraw zaczyna mieć znaczenie (bo można wreszcie zająć się sobą), i dlatego sporo powtarzam, żeby cię trochę uspokoić jak to mniej więcej może wyglądać z początku – jak człowiek się boi i nie zna czegoś, to wydaje mi się, że nie ma za bardzo sensu opowiadać o odległej przyszłości, tylko raczej ugruntować tu gdzie jest i co chce zrobić za chwilę. Dlatego trudno mi mówić o tym jak sobie radziłem z różnymi problemami – staram się nawiązywać do tego, co ty przeżywasz, bo wtedy to ma sensowny kontekst w ogóle – i dlatego zachęcam, żebyś mówiła co ci tam się nowego urodzi.
Faktycznie szukanie sieci wsparcia wydaje mi się bardzo dobrym pomysłem. Dla mnie w trakcie terapii to była grupa, więc miałem ten jeden problem z głowy. Ale skoro tu napisałaś, to też zaczęłaś ten problem załatwiać.
Ja już dużo napisałem na forum (można to sobie nawet przeglądać), ale wydaje mi się, że najprościej jednak jak będziesz coś mówić albo pytać na bieżąco, bo musiałbym pewnie napisać życiorys, żeby zebrać wszystko czego się nauczyłem… a i tak niekoniecznie byłoby to dla ciebie akurat przydatne. Możesz nadal pisać na forum (może jeszcze ktoś się odezwie), ale jeśli wolisz pogadać bezpośrednio i bardziej prywatnie, to możesz pisać na mojego mejla (truskawek@onet.pl).
Hej, olkar – o, to świetne wieści, bardzo się cieszę!
To jest dla mnie zupełnie zrozumiałe, że cokolwiek by się nie stało, to zawsze się odpala mechanizm z domu, który człowieka marginalizuje. Nawet by było dla mnie dziwne, gdyby było inaczej na początku, bo to jest właśnie ostateczny efekt wychowania w dysfunkcyjnym domu i dokładnie nad tym się pracuje w terapii.
Zgodnie z zasadą, że jak ktoś w ręce trzyma młotek, to wszędzie widzi gwoździe, DDA/DDD wszędzie widzi, że jest beznadziejny jako człowiek/facet/babka/pracownik/dziecko/szef/podróżny/… i w dowolnej innej roli – więc oczywiście także jako pacjent/klient (różne szkoły terapii różnie to nazywają). Co naturalnie jest dosyć bezsensowne, jak się chwilę zastanowić, no bo przecież właśnie idziesz po pomoc z tym, ale schemat, że „coś jest ze mną nie tak” działa automatycznie i z początku bardzo silnie, dokładnie tak jak o tym mówisz. Więc poczucie, że jestem „złym pacjentem” i poczucie, że „skoro trafiłem na terapię, to chyba nie ma dla mnie ratunku” jest dokładnie tym, czego można się spodziewać po każdej osobie na tym miejscu.
Ja już jestem w stanie sobie z łatwością wyobrazić takie reakcje, bo albo samemu mi się pojawiają, albo słyszałem je u kogoś: „dobrze ci to wyszło” – „to przypadek…”, „świetnie wyglądasz” – „ale tylko dzisiaj…”, „nauczyłaś się czegoś ważnego” – „ale musiałam się długo do tego przygotowywać”… Ja już wiem, że nie istnieje taka rzecz, której DDA/DDD odruchowo nie podważy, zawsze się coś znajdzie. Ale to też pozwoliło mi się wyluzować, kiedy ktoś inny wpada w panikę i nie próbuję przekonywać, że właśnie jest dobrze, bo po pierwsze i tak zawsze coś wyskoczy podejrzanego albo złego, a po drugie – potrzeba czasu i miejsca, żeby ktoś nabrał zaufania i najgorsze co można zrobić, to negować jego przerażenie i niepewność.
Ale też nie ma co się tym przerażać, bo to jest taki mechanizm i tyle, a nie prawda objawiona jak bardzo jest źle. Nasze emocje są nastawione na obronę w każdych warunkach, bo tego się nauczyliśmy, żeby przetrwać – no i przetrwaliśmy, a teraz czas trochę to wyregulować, żeby nie tylko jakoś wegetować, tylko zacząć po trochu żyć po swojemu. Z czasem ten mechanizm przestaje być taki dokuczliwy, a ja nieraz już w ogóle o nim nie myślę.
Tak, że ani mnie to nie dziwi, ani dla terapeuty tym bardziej nie powinno to ulegać wątpliwości jak bardzo się możesz czuć niepewnie. Jeśli w którymś momencie będziesz miała siłę powiedzieć jej jak się czujesz jako pacjentka, to super (bo to jest konkret, który łatwiej zauważyć i nad tym pracować, a i tak pojawia się w wielu innych sytuacjach), ale jeśli nie (bo mówienie komuś na bieżąco, co się czuje, może być przerażające i wręcz niewyobrażalne), to też się nic złego nie stanie. To raczej taka ogólna wskazówka na przyszłość co możesz zrobić, zwłaszcza jeśli się zakałapućkasz i nie będziesz wiedziała co teraz możesz zrobić.
Na początek ważne, żebyś mogła chwilę odetchnąć, sprawdzić jak się masz z tą osobą, na ile jej ufasz, a na ile nie (bo nieufność też jest standardem u nas), „wymościć” sobie trochę miejsca i po kawałku rozmawiać co cię gryzie – nic ponad to. Dla swojego bezpieczeństwa możesz też sprawdzić jakie ma kwalifikacje – jeśli jest profesjonalna, to nie powinna mieć z tym problemu.
Z mojego doświadczenia są dni, kiedy idzie łatwiej, i takie, kiedy nawet nie masz pojęcia co powiedzieć – albo planujesz powiedzieć coś, a nagle ten plan się sypie, bo coś innego znienacka się stało i całkiem wytrąciło cię z równowagi. To nie jest ciężka i powtarzalna praca jak w fabryce przy taśmie, ale mnie wydaje się ważna regularność, bo trudno jest szybko zaufać komuś obcemu ze swoimi najgorszymi problemami, a bez odrobiny zaufania nie da się wiele emocjonalnie dotknąć i poruszyć. To jak stawianie fundamentów – leje się mnóstwo betonu, trwa to długi czas, a efekty ledwo wystają nad powierzchnię, ale bez tego trudno postawić solidny dom.
Co do tego, że to jej praca – fakt, ale masz prawo oczekiwać, że tę pracę wykona dla ciebie dobrze. Trudno jednak taką pracę wykonywać bez żadnego zaangażowania, empatii i zainteresowania drugim człowiekiem, ja sobie tego nie umiem nawet wyobrazić. Tak mi się jeszcze kojarzy, że na swojej terapii sobie pomyślałem, że sytuacja jest faktycznie sztuczna, ale emocje są zawsze prawdziwe – i tak coś będziesz przeżywać, a to jest najważniejsze. Oczywiście ta druga osoba też ma znaczenie (na ile ją zaakceptujesz i jak się z nią czujesz), ale widziałem już jak przyjaciółka zrobiła na terapii swoje, chociaż nie bardzo się zgrała z terapeutką, bo tak się uczepiła nadziei na zmianę, że to faktycznie zadziałało.
I też doskonale rozumiem, że chciałoby się, żeby było zajebiście od jutra, ale to jest maraton a nie sprint. Po wielu latach w domu rodzinnym także potrzeba czasu, żeby się trochę rozluźnić, przyjrzeć co jest grane i poćwiczyć nowe umiejętności, ale na szczęście nie trzeba kolejnych 20 czy 30 lat (a tym bardziej nie trzeba cofać czasu…), a sama już zaważyłaś, że pojedyncze korzyści widać praktycznie od razu. I to jest ważne, bo nawet odrobinę lepiej, to zawsze lepiej niż topienie się w beznadziei, a trudno coś robić, jak nie widać żadnych korzyści z tego. Fajna sprawa jest taka, że z czasem z tych drobinek robi się dużo i nie trzeba do tego żadnego nadludzkiego wysiłku, tylko w naturalny sposób przechodzi się z jednego etapu do kolejnego, i wtedy naprawdę czuć różnicę.
Dawaj znać jak się masz i co nowego (ciekawego, trudnego, przyjemnego…) zauważyłaś. Od siebie mogę powiedzieć, że przyjemnie mi się z tobą rozmawia, bo mówisz wprost – umiesz nazywać co cię boli i czego się boisz, ale też zauważasz co daje ci nadzieję na zmiany. Jesteś świadoma (w terapii między innymi się to pogłębia, to jest proces „urealniania”), no i w ogóle – coś faktycznie robisz! Zapewne uznasz, że to przecież nic wielkiego (np. „przecież każdy tak umie”) no i oczywiście „to nic nie zmienia” (patrz to co napisałem wyżej o odruchowej nieufności), ale z mojego doświadczenia to bardzo ważne i właśnie na tym możesz coś zacząć budować.
Powodzenia w drodze do siebie!
Jest mi to bardzo znajome jak się czujesz. W zasadzie w pewnym momencie terapii uświadomiłem sobie, że to nawet nie jest ciągły strach o coś, ale ze 3 warstwy strachu – nie taki paniczny, ale taki ciągły, już nawet nie pamiętam czego dotyczyła każda z tych warstw, ale tylko jedna chyba była o przyszłość, a na wierzchu jeszcze warstwa wstydu. Jakby takie grube, wielowarstwowe futro. Ciężko się z tym żyło.
Dopiero od tych kilku lat jak się czuję dorosły, to stwierdziłem, że chyba wreszcie nie ma żadnej z tych warstw. To znaczy – oczywiście czasem się boję, ale to się w ogóle kiedyś kończy i potem mam inne emocje. Tak jest w dzień, w nocy nadal chyba mam dużo strachu, ale jak już wiem, że on się może kiedyś po prostu skończyć, to i mniej się tym nocnym niepokojem przejmuję.
W ostatnich tygodniach przeżywam jakiś duży kryzys i dopiero sobie przypomniałem jak to się przeżywa. Z jednej strony kiepsko, kryzys nigdy nie jest przyjemny, ale z drugiej – skoro przez tyle miesięcy obawy nie przeszkadzały mi w zwyczajnym decydowaniu co chcę a czego nie chcę, że aż zapomniałem o nich i nie obawiałem się, że wrócą (czyli strach, że się będę bał… takie błędne koło), to znaczy, że już zyskałem te miesiące na normalne życie, a co więcej – prawdopodobnie teraz będzie mi łatwiej do tego wrócić.
I w sumie to najgorszy dla mnie jest chyba ten strach, o którym napisałaś: „że zawsze będę czuć lęki”. Jak jego nie ma, to już jest luźniej, bo nawet jak się boję, to na bieżąco i o jakieś konkretne rzeczy, to mi nie zatruwa całego czasu – jest chwila na oddech, zadbanie o siebie i realne myślenie. No i straszne jest poczucie beznadziei i bezradności, że to się nigdy nie skończy. Nawet teraz, jak powoli mi ten kryzys mija, mam trochę tego poczucia, choć całe nowe doświadczenie pokazuje mi, że jak najbardziej może się skończyć i znowu mogę nawet o tym zapomnieć na długie miesiące. Ale teraz mam już przećwiczone i przegadane jak sobie radzić z kryzysami, no i wiem, że to nie jest jakaś złudna obietnica nierealnego szczęścia, tylko coś, co już znam z własnego życia. Daję sobie czas, bo nie potrzebuję już wsparcia z zewnątrz, poza zwykłymi rozmowami z bliskimi ludźmi, wiem, że wystarczy, że będę dbał o siebie i stopniowo to przejdzie – niestety nie tak szybko, jak bym chciał (wiadomo – najlepiej od razu!), ale na szczęście nie tak długo, jak się tego zawsze bałem.
Mnie w terapii na pewno paradoksalnie pomogło to, co wyniosłem z domu – przyjmowanie, że inni wiedzą co robią i mogę po prostu regularnie przychodzić i słuchać, jak nie będę wiedział co robić. I faktycznie, opuściłem tylko jedne zajęcia, a i to tylko z powodu wyjazdu na urlop. Zawsze znajdzie się jakaś cecha, która pomaga, choć na początku faktycznie wszystko wygląda na niemożliwe, a ja nie wiem jak niby mogę sobie coś poprawić. Druga taka ważna rzecz, która mi pomogła nie zrezygnować, choć nie wiedziałem co z tego będzie, to autentyczna ciekawość – no dobra, jest do dupy, mam kryzys, ale w sumie przeżycia są zawsze ciekawe, jak się czegoś nie nauczę, to chociaż posłucham innych ludzi, i to na żywo. Przynajmniej nie będę tkwił w bagnie bez ruchu, coś się będzie działo i dla mnie to już atrakcja. Jak już nie miałem nic do stracenia, to mogłem uczestniczyć w czymś, co kto inny zorganizował, i mieć do czynienia z ludźmi jak mówią wprost co przeżywają, zamiast udawać.
Nie zmieniłem się w kogoś innego i nie stałem się odporny na strach, ale to już przestało być najważniejsze, stało się jedną z wielu emocji, które przychodzą i odchodzą, i które mogę traktować jak kompas, więc nie warto się żadnego z nich pozbywać. Teraz mam ze strachem tak, jak z pobieraniem krwi na badanie: to jest nieprzyjemne, ale przez resztę dnia nie siedzę i nie przypominam sobie ciągle tego momentu, a w następne dni zajmuje się w ogóle czym innym i nie drżę kiedy znowu będzie kłucie.
Zdecydowanie myślę, że pisanie posta na tym forum jest lepsze niż kręcenie się w kółko po cichu. Przynajmniej możesz gdzieś powiedzieć jak jest naprawdę, a od tego się zaczyna, że nie trzeba udawać.
Ja byłem na terapii grupowej i zebrałem wiele różnych rzeczy, ale najmocniejsze doświadczenie było gdy terapeutka nagle mnie pytała jak się czuję. Na bieżąco to było tak straszne, że całkiem mnie odcinało, ale na dłuższą metę mi pokazało, gdzie siedzi najgrubszy problem i że to nie jest takie nieuchwytne, bo da się wywołać prostym i niegroźnym pytaniem. No i zacząłem ćwiczyć nazywanie co czuję na bieżąco i to mi sporo dało, choć wcześniej nie rozumiałem co to niby miałoby zmienić. Ale dla innych osób w grupie przełom dawały inne rzeczy, więc nie sądzę, żeby to był uniwersalny sposób. Zresztą to nie była jedyna ważna rzecz, jaką wyniosłem i ważny był czas, jaki tam spędziłem szukając, słuchając i sprawdzając.
Moja terapia trwała 2 lata i oczywiście to nie był koniec zmian, raczej przez ten czas zebrałem dosyć narzędzi i pewności, że dalej sobie po kawałku rzeźbię co chcę i jak mi się wydaje. Trochę lepiej było mi już w trakcie terapii. Najtrudniej było mi w pierwszym roku, kiedy – obrazowo mówiąc – ściągaliśmy plasterki z niegojących się ran, bo coraz więcej widziałem problemów i to było przygniatające wrażenie, że gdzie się nie ruszyć to coś jest nie tak, ale w drugim roku już się coraz więcej tego udawało oczyścić i przestało się to tak paprać, a przy okazji już rozumiałem schematy i byłem w stanie słuchać swoich emocji na bieżąco i za nimi podążać, zamiast się zastanawiać jak zwykle co „powinienem” zrobić.
Po terapii nie było już jakiś szczególnych zmian i wydarzeń, ale jakoś po 3 latach poczułem, że jestem już naprawdę dorosły i od tej pory jest mi dużo lepiej, a nie tylko trochę, bo skupiam się na tym co chcę (i oczywiście lepiej lub gorzej to wychodzi, bo nie ma jakichś magicznych formułek jak zawsze wygrywać), dużo mniej mam obaw i nie czekam aż tak czy ktoś to zaakceptuje.
Ponieważ to się dzieje stopniowo, to mnie to teraz nie dziwi, ale jak by mi ktoś powiedział przed terapią, że tak będzie, to bym chyba nie uwierzył. Ale wtedy mi wystarczyło, że po prostu nie miałem żadnego lepszego pomysłu i chciałem coś zrobić, nie zastanawiałem się co konkretnie się poprawi.
Hej, olkar!
Cieszę się, że sobie pozwoliłaś opowiedzieć o sobie. Na mnie duże wrażenie zrobiło, że napisałaś, że się wstydzisz – mnie nazywanie emocji na bieżąco przyszło późno, ale to mi się wydaje bardzo ważna rzecz, ez której trudno się połapać co się dzieje i dokąd chcę iść dalej,
Ja poszedłem na terapię 10 lat temu, bo sypał mi się związek, i okazała się to bardzo korzystna decyzja. Związek sam zakończyłem, bo dziewczyna nie była gotowa nawet zacząć się otwierać, a ja i tak dobrze na tym wyszedłem – co oceniam z tej długiej perspektywy. Ale wiem, że dopóki nie zaczęło mi się palić pod tyłkiem, to bym nie poszedł na żadną terapię, bo dawało się wytrzymać. Słyszałem też o ludziach regularnie dojeżdżających do innego miasta.
Motywacja to podstawa, a z własnego – ale i innych ludzi dokoła – doświadczenia widzę, że desperacja całkiem nieźle się na początku sprawdza. Potem jest miejsce na coś dobrego, ale faktycznie na początku trudno uwierzyć, że w ogóle może być lepiej (może innym, ja jestem oczywiście „beznadziejnym przypadkiem” – wiadomo), więc na sięgnięcie po pomoc jest miejsce dopiero, jak człowiek się okropnie przestraszy jakiejś straty i czuje, że nie ma już nic do stracenia. Oczywiście dla różnych ludzi to będą różne rzeczy, czasem mogą wyglądać na błahe, ale wtedy nie ma większego znaczenia jak to wygląda. Mam nadzieję, że i tobie się coś takiego otworzy, bo choć to nie jest przyjemne, to moim zdaniem jedyne naprawdę skuteczne, żeby o siebie solidnie zadbać.
Nie wiem czego tak bardziej konkretnie potrzebujesz poza wygadaniem się (w sumie po to jest to forum), ja w każdym razie mogę ci powiedzieć, że da się lepiej żyć i nie topić się w strachu i poczuciu winy, które pamiętam od zawsze. I że ta pomoc z zewnątrz wydaje mi się bardzo ważna, bo też wiele razy widziałem u kogoś, jak miał sensowny pomysł i zaczął o siebie dbać, ale bez wsparcia albo siły się szybko wypalały, albo nachodziły wątpliwości i dobry pomysł się skompromitował, a poczucie gorzkiego zawodu tym bardziej utrudniało jakiekolwiek zmiany na przyszłość. Samo działanie bez pomocy nie wystarczy, zresztą sama piszesz o tym błędnym kole decyzji i żalu.
Jako DDA/DDD oczywiście nie masz do siebie zaufania i czujesz się beznadziejna, to tak właśnie działa. Także poczucie, że jest za późno – dopiero teraz widzę, że to nie była żadna kosmiczna mądrość o przemijaniu, tylko zwyczajnie ogromny lęk, i że mogę próbować tyle ile zechcę, zamiast z góry zakładać co się „na pewno” nie uda. Żal do rodziny to też coś – przynajmniej nie walisz w siebie na 100%, dopuszczasz w ogóle, że możesz czegoś nie chcieć i nie lubić zamiast się bezwiednie zapadać i poddawać innym olewając swoje granice. To pewnie też etap (tak jak z tym poczuciem, że się pali pod tyłkiem, co w pewnej chwili mi przeszło, ale miałem już wtedy inną motywację). Teraz dużo mniej uwagi poświęcam swojej rodzinie, bo tego tak bardzo nie potrzebuję, ale jak potrzebowałem, to bardzo się przydało, żeby w ogóle zakwestionować czego się nauczyłem w domu rodzinnym, żeby powoli poluźnić te automatyczne zachowania i zacząć wyrabiać sobie nowe zwyczaje, które mi lepiej służą.
w odpowiedzi na: Sami na planecie ziemia #488487Hej, Anastazja!
No, to powszechne poczucie, jak się nie ma okazji pogadać z innymi ludźmi czy mają problemy. Terapia pomaga się zorientować, że inni też sobie nie ze wszystkim radzą (tak jak ty nie ze wszystkim sobie nie radzisz) i jest raźniej przekonać się, że nie jesteśmy z tym sami.
w odpowiedzi na: Sami na planecie ziemia #488484Hej,
Mnie się najbardziej kojarzy, że nie wspominałaś o innych ludziach niż ten wybranek, a samo poleganie tylko na jednej osobie w życiu już brzmi bardo ryzykownie. Nawet gdyby był najlepszym człowiekiem na świecie, to strasznie dużo na niego odpowiedzialności spada za twoje szczęście, a przecież szansa, że to akurat właśnie najlepszy człowiek, jest już nikła. Dopóki ty nie stoisz sama na własnych nogach i nie masz różnych kontaktów w życiu – i tych bliskich, i tych średnich, i tych dalszych – to nie wiem jak miałoby być spokojnie, a co dopiero szczęśliwie.
Druga rzecz – zaciekawiło mnie czemu nie chcesz psychoterapii? Nie wspominasz o swojej rodzinie, ale zakładam, że jesteś DDA/DDD. A jeśli tak, to ta szyba jest całe życie, nawet jeśli nie dojdzie depresja, bo nauczyliśmy się w domu dysfunkcyjnych zachowań, które nam szkodzą nawiązywać dobre relacje z ludźmi. Trudno ją nawet zobaczyć samemu, bo przecież jest cały czas i jeśli nie ma kogoś z boku, to też nie wiem jak niby można to najpierw zobaczyć, a potem zmienić. Terapia właśnie do tego służy, żeby na chwilę w ogóle wyjrzeć z boku tej szyby, trochę sobie urealnić widok, a potem jeszcze zastanowić się co z tym można zrobić, żeby było mi lepiej. Leki nie zmienią dogłębnie wyuczonych zachowań, a bez tego właśnie trudno liczyć na trwałą zmianę – tak, jak to właśnie opowiedziałaś.
U mnie lęk nie zmniejszył się od razu, ale właśnie na dłuższą metę się obniżył jak sobie zmieniam życie po terapii, bo przychodzą w końcu efekty zmian.
-
AutorWpisy