Odpowiedzi forum utworzone
-
AutorWpisy
-
Nie ma jakiejś gotowej formułki co masz robić a czego masz nie robić. W dodatku wychodzenie z mechanizmów DDA to maraton, a nie sprint. Co zdecydujesz zrobić z tatą to moim zdaniem drugorzędne, bo tak czy owak będzie z nim jakiś problem, natomiast najważniejsze, żebyś poszła po pomoc dla siebie. Może ci się to wydać absurdalne albo nieludzkie, ale moje doświadczenie (i innych DDA/DDD jakich znam) pokazuje, że nasza intuicja zawsze stawia innych ludzi przed naszymi potrzebami, cokolwiek by nie spieprzyli i jak bardzo by z nas nie wysysali siły.
Jak najbardziej rozumiem, że masz dość tych problemów i samego ojca. Twoje uczucia są mi znane i bliskie. Pozytywne myślenie w ogóle nie nadaje się do takich spraw. Nam na terapii tłumaczyli, że to są tylko plasterki na niezagojoną ranę, a żeby przestała ciągle boleć to najpierw zdejmuje się plasterek, a potem czyści ranę – czyli jesteś na dobrej drodze właśnie teraz, niezależnie od tego co mówią ci „wszyscy”. Lepiej stracić siły i się zająć sobą niż zawsze dawać sobie radę i nie mieć życia.
Czy masz pomysł gdzie możesz się zwrócić po profesjonalną pomoc dla siebie?
Cześć Karina,
To zupełnie zrozumiałe, że masz dosyć, i współczuję ci, że zostały na ciebie zwalone kompletnie nie twoje problemy, na które w dodatku nie byłaś gotowa jako dziecko.
Najkrócej mówiąc – chodzi właśnie o to, żebyś to nie ty się nim zajmowała, tylko on sam. A na początek żeby zderzył się z konsekwencjami swojego życia.
To brzmi łatwo (bo w zasadzie możesz nic nie robić w jego sprawie), ale wcale nie jest łatwe, bo mamy wdrożone poczucie odpowiedzialności za rodziców (i innych ludzi potem), a swoje robią też lata cierpienia oraz głęboko wyuczone mechanizmy reagowania. Ty masz swoje rzeczy do zaopiekowania wreszcie. Jestem DDD i mnie polecali grupę terapeutyczną i faktycznie dużo mi to pomogło sobie ustawić. Może to być też indywidualna psychoterapia DDA, choć grupa jest bardziej skuteczna, ale może być to też równoległe, byle był kontakt między terapeutami, żeby zmiany były spójne.
Co do pustki – no tak, też tego doświadczyłem, że nie wiem co robić i niby przetrwałem, ale nie wiem co dalej. Kupiłem sobie tablicę na ścianę, narysowałem na niej rok i pozaznaczałem różne rzeczy, które bym chciał, na przykład jakiś ulubiony festiwal za pół roku, fajny koncert, na który trzeba zdobyć bilety zanim się rozejdą albo wyjazd na urodziny do przyjaciół. To mi pomogło widzieć, że coś mnie czeka i uczyło, żebym zapisywał swoje pomysły i że to jest ważne, żebym sobie sam planował, bo samo to się rzadko coś dzieje. Zwłaszcza w dłuższej perspektywie, bo tak na tydzień powiedzmy to mi wystarcza kalendarz w telefonie.
Inny pomysł jest taki, żeby popatrzeć na swoje potrzeby, bo zawsze jakieś mamy, i zacząć od nich zastanawiając się co mogę z tym zrobić, żeby je zaspokoić.
Hej,
Zmiana jest chyba zawsze trudna i niepokojąca, nawet na lepsze. Nie bardzo jednak wiem co masz na myśli z tą pustką – jakie uczucia temu towarzyszą, czy w ogóle żadne i to jest raczej jakieś odcięcie?
Pytanie też co bierzesz z tej terapii. 4 lata to długo – ja miałem 2 lata, ale na żywo, i dużo mi to wniosło. Czy na terapii opowiadałeś o tym stanie? Dostałeś jakiś komentarz?
w odpowiedzi na: Samotność i jak sobie z nią radzić #488458Spróbuję jakoś zwięźle, żeby nie popłynąć we wszystkie tematy na raz – a co to właściwie jest dla ciebie taka głęboka rozmowa? Co w niej jest dla ciebie najważniejsze, co konkretnie jej nadaje głębię, o którą ci chodzi?
Spotkanie grupy DDA wydaje mi się dobrym pomysłem, bo terapeuta daje co innego niż zetknięcie się z innymi ludźmi, którzy nie mają żadnego obowiązku cię traktować profesjonalnie itp. To może być bardzo wartościowe, dla mnie na grupie ważne było zarówno odkrycie co nas łączy, choć wydawało się, że to tylko moje wstydliwe ułomności i problemy, oraz w czym się różnimy, bo jesteśmy indywidualnymi ludźmi, a nie jednolitą masą. Obie te rzeczy wydają mi się wartościowe: i to poczucie bezpieczeństwa, i ten szok, jakiego się w końcu doznaje, że inni ludzie myślą zupełnie inaczej niż ja. Być może tam poznasz kogoś nowego właśnie, ja mam żywe kontakty nawiązane zarówno na terapii, jak i na tym forum, bo siłą rzeczy trafiają tam ludzie o podobnych problemach i po części zainteresowaniach, z którymi mniej trzeba tłumaczyć.
Też znam ten schemat, że jestem od słuchania innych, a sam nie bardzo mam kiedy powiedzieć co mnie gryzie, Znasz opis ról dzieci w domach dysfunkcyjnych? To jest ewidentnie rola ratownika/bohatera. Grupa była miejscem, gdzie był odpowiedni czas na to, żebym mówił o sobie, i potem łatwiej mi było z tym wyjść w zwykłym życiu. A skąd ludzie mają wiedzieć, że z czymś się dusisz, jak to elegancko przykrywasz słuchaniem, czego oni akurat potrzebują?
w odpowiedzi na: Samotność i jak sobie z nią radzić #488456Cześć Szymek,
Te problemy są mi bliskie. Tak najkrócej mówiąc, to są powolne zmiany i nie znam jakichś magicznych skrótów. W terapii ten proces zaczyna się od przyjrzenia się swoim bolesnym problemom, co było dla mnie oczywiście trudne, bo z czasem coraz więcej tego widziałem, a nie miałem jeszcze sprawdzonych nowych zachowań. Wtedy opierałem się na samym regularnym przychodzeniu na sesję (to była taka bezpieczna przewidywalność), na tym, że tam byli podobni ludzie w grupie (to bezpośrednio zmniejszało poczucie samotności, ale też paradoksalnie utrudniało mi zajmowanie się sobą), a terapeuci prowadzili, więc nie musiałem tak bez przerwy nerwowo kontrolować sytuacji. W kolejnych etapach to się zmieniało po trochu, ale te rzeczy zostały do końca terapii. Opisałem to kilka dni temu w osobnym wątku.
Jeśli chodzi o potrzebę głębokiej rozmowy, to ja mam ją bardzo dużą i po części to się działo właśnie na terapii, a po części innym bliskim ludziom o tym mówiłem albo próbowałem z nowymi ludźmi, a w czasie terapii tym bardziej miałem motywację i trochę przyzwyczajenie, żeby mówić o tym różnym ludziom, wychodzić poza granice codziennych rozmów. Żeby ryzykować po trochu pogłębienie relacji i zmianę z tego, że ja głównie słucham, na to, że mogę też więcej mówić co mnie dotyka. I efekty tego zostają mi do dziś, kilka osób same pewnie by nie zaczęło, ale weszły w to i mam z kim się dzielić jak się czuję. Pomaga mi też taki regularny kontakt, niekoniecznie nawet intensywny, ale jak mam kryzys, to najłatwiej odezwać się do tych ludzi, z którymi regularnie gadam, zamiast w panice szukać komu bliskiemu mógłbym się nagle zwalić na głowę z problemami, bo to się często kończy poczuciem winy i lękiem, więc w efekcie zamykam się z tym i oczywiście czuję się jeszcze bardziej samotny zamiast mniej.
Na przykład dziś mam taki kryzys, który zaczął się pewnie wczoraj, a jak z rana przyjaciółka napisała proste „jak się masz”, to od razu mogłem odpisać co mnie gryzie. Bo często gadamy o naszych emocjach i wiem, że nawet jeśli będzie zaskoczona, to naprawdę ją interesuje co u mnie się dzieje. Nie muszę też wylewać wszystkiego na raz, bo albo do kolejnego kontaktu mi to zejdzie, albo opowiem wtedy więcej. Oboje też ćwiczymy wyrażanie emocji, więc to jest dwustronne, co też pomaga żeby nie okopać się w jakiejś roli.
Na dłuższą metę chodzi o to, żebym mógł sam o siebie dbać – i to w trybie ciągłym, a nie tylko dopiero jak coś idzie źle. Ani terapia ani bliscy ludzie tego nie zastąpią, ale zanim posprawdzam co mi sprawia radość i satysfakcję, zanim posprawdzam z kim mogę pogadać głębiej niż zwykle, a potem jeszcze zrobię z tego nowe nawyki, żebym nie musiał ciągle sprawdzać, to trochę musi potrwać. Ta nadzieja też mi poprawiała humor i zmniejszała lęk. Jak myślałem, że to maraton, a nie sprint, to ten lęk się tak nie kumulował i łatwiej odpływał – zresztą lata po terapii tak samo na to patrzę i tak samo to u mnie działa.
Z mojego doświadczenia na początku terapii było nawet trudniej niż zwykle (nie wiem jak jest u ciebie, ale pierwsze kilka miesięcy tak mi było właśnie), ale potem powoli coraz łatwiej. Co mnie zaskoczyło, to że po terapii ten proces się nie zakończył i teraz oczywiście miewam trudniejsze dni, ale to już się nie ciągnie tygodniami, miesiącami i latami. Na dziś mogę powiedzieć, że w ciągu dnia już właściwie nie odczuwam tego lęku i samotności, więc przyszło mi do głowy, że może teraz mogę się zastanowić jak się zająć jak to jest nocami. Nie wiem jeszcze jak, więc będę znowu próbował takimi sposobami, które już ćwiczyłem wiele razy na terapii i potem – posprawdzam co czuję i co te emocje wywołuje, popróbuję drobne pomysły na zmiany, popróbuję kilka razy żeby się upewnić i pomyślę jak to utrwalić. Żadnych gwałtownych ruchów, to nadal jest maraton, całe życie mogę sobie coś powoli poprawiać, jak mi przeszkadza.
Nie wiem czy nie za ogólnie ci odpowiedziałem, jak chcesz to dopytuj i mów jak jest u ciebie. Samotność to także efekt jednostronnej komunikacji, bez pytania i bez mówienia że ja mam coś inaczej, bo tak się zostaliśmy nauczeni w domu. Wydaje się że bardzo prosto to zmienić, ale przekonałem się, że łatwiej mi liczyć na jakieś pojedyncze magiczne zmiany niż takie niepozorne, ale wszechobecne.
w odpowiedzi na: Zazdrość, strach i niepewność #488449„Bycie nie takim” to właśnie ten podstawowy lęk i poczucie winy, jakie mamy zaszczepione z domu. Różnie się może objawiać u różnych ludzi, ale zatruwa życie potwornie, właśnie tak jak piszesz.
Jeśli chcesz się trochę dowiedzieć, to polecam książeczkę „DDA – czy to ja?”, to jest świetne kompendium wiedzy o DDA/DDD (bo źródłem dysfunkcji w rodzinie wcale nie musi być alkohol, u mnie na przykład nie był). Zorientuj się też czy możesz zgłosić się na terapię DDA, żeby się właśnie tym problemem zająć od podstaw.
w odpowiedzi na: Zazdrość, strach i niepewność #488447A czy w ogóle rozmawiały z tobą o schematach DDA? Może się w tym nie specjalizują. W związku często wychodzą nam mocno rzeczy, które wynieśliśmy z domu i zanim się zdecyduje co zrobić, to jest praca właśnie nad tymi podstawami.
w odpowiedzi na: Zazdrość, strach i niepewność #488443Hej, a czy jesteś DDA? Miałaś jakieś doświadczenie z psychoterapią?
-
AutorWpisy