Odpowiedzi forum utworzone

Przeglądasz 10 wpisów - od 91 do 100 (z 122)
  • Autor
    Wpisy
  • kurianna
    Uczestnik
      Liczba postów: 122

      Nie napisałam wniosku. Tobie, Oliwio, wiem, że terapie zawiodły… Sama w dodatku jesteś po drugiej stronie i jesteś, jak słyszę, bez zasobów, wypalona. Ale każdy ma jakieś swoje sposoby radzenia sobie, nie ma jednej drogi dla każdego (przez większość czasu byłam przekonana, że jest – jest to terapia w nurcie psychodynamicznym dla każdego z trudnym dzieciństwem:D). Może spróbujecie poszukać tego, co Wam pomaga odnaleźć światło? może z tego da się utkać jakąś nić – łączącą Was ze sobą, a może nawet później z innymi?

      kurianna
      Uczestnik
        Liczba postów: 122

        Hmm… Tyle bólu u Was obojga słyszę, ogrom cierpienia i beznadziei. I samotności. I świadomości, że znowu próbowałem i nie wyszło (albo nie warto próbować, bo kto by to wytrzymał). Współczuję. I rozumiem (jakoś tam po swojemu, odnosząc do siebie, po swojemu i w niepełny sposób).

        Dwie rzeczy mi się nasuwają: relacje to piekło. Banał, ale prawdziwy. Tu nie ma niiiiiigdy nic stałego, cały czas się zmagam z poczuciem odrzucenia, poczuciem, że to co robię, trafia w pustkę, że gra jest niewarta świeczki… Nie wiem, czy też tak macie, ale to, co dla innych jest normą, stanem normalnym (utrzymywaniem relacji), u mnie wywołuje psychiczne tortury. Zresztą nawet na tym forum też przestałam się udzielać, musiałam przetrawić to, jak widzą mnie inni (bardziej: jak myślę, że mnie widzą). Przepracować też to, jak nie trafiać znowu w koleinę „szlag, znowu oberwałam, trzeba było się nie pchać”.  Skonfrontować się być może z własną nieumiejętnością komunikacji. I pytaniem: jak oddzielić to, co jest faktycznie o mnie, od tego, co nie jest, a co mówi jedynie o samym mówiącym… Jaka jest tu granica mojej odpowiedzialności i mojego wpływu?

        Ech… W życiu po chwili wracam jednak do tych zwichrowanych (często przez moje impulsywne czyny) relacji i buduję na nowo. Klocek po klocku. Zawsze boli. Ciągle trudno mi odróżnić, kiedy warto się angażować, a kiedy nie. Kiedy podchodzę za blisko i za intensywnie, a niekiedy z kolei wycofuję się za bardzo.

        Druga rzecz: słyszę głuchy dźwięk uderzenia o dno. Zwłaszcza u Ciebie Oliwio, dosłownie go usłyszałam. Taki list z butelki z głębi morza – Twoje słowa (takie mi się obrazy uruchamiają). Mocno mi się ratownik odzywa. Ale generalnie, jeśli mogę podsunąć nutkę nadziei, z takiego dna czasem rodzi się coś nowego. Już wiemy, że nie dajemy rady. Że wszystko zawiodło – to czego dotychczas próbowaliśmy. Mi osobiście samo znalezienie się na tym dnie pomogło (po czasie to widzę). Własna bezradność mnie uwolniła też w jakiś sposób. Nie zdecydowałam się na ostateczność, jakoś za którymś razem odnalazłam odpowiednią pomoc. I tak to się tka, w bólu, do dzisiaj.

        Nie ma niestety jednej recepty… Generalnie zwykle pomaga terapia i leki (wspierająco lub stale). Z dobrym, znającym problematykę traumy i uzależnień, terapeutą. Ale mi pomogły też książki (np. Pinkola Estes, Biegnąca z wilkami, mimo nawiedzonego stylu i paru błędów merytorycznych oraz Peter Walker, ComplexPTSD, poradnik gęsty jak smoła, dostępny na chomikuj, jeszcze nie przebrnęłam, ale już pomógł, zwłaszcza rozdział o emocjonalnych flashbackach, można znaleźć w necie – na początku brzmi jak czarna magia, a potem w miarę wprawy – po prostu działa i pozwala leczyć samemu dawne rany; oczywiście z kolosalnym wysiłkiem). Pomogły też internetowe podcasty itd. No i jednak otwieranie się przed ludźmi w realu – czasem zbyt wylewne, czasem nabijające guza we wrażliwe miejsce, ale generalnie zdejmujące nieznośny ciężar pięknej fasady.

        W końcu trafiłam do siebie jakoś i daję przemówić mojej intuicji. Często nie rozróżniam jej głosu od innych w mojej głowie, albo boję się działać, ale jest lepiej. Ona podpowiada mi, słuchana, jakie sposoby są dla mnie najlepsze. Choć tu też zdarzają się liczne bezdroża – wywieranie presji na siebie. Ot, np. zrobiłam test mocnych stron zwany testem Galllupa, nie wiem, czy kojarzycie – fajne, wspierające narzędzie psychologiczno-rozwojowe. Przepłakałam dwa dni (nie całe:), tak silna jest we mnie presja, że powinnam być najlepsza we wszystkim (a nie mieć jakieś tam konkretne mocne strony, w dodatku nie takie, jakich oczekiwałam:), a  test wypełniłam „źle” (to niemożliwe:P). Mój mąż (też DDA) wziął po prostu z tego raportu fajne, wspierające zdania o nim samym, w końcu podążyłam za nim w tym i z oporem próbuję przeczytać raport, który mówi Ci, co w Tobie może być dobrego i pomaga wypracować zgodne z Tobą sposoby funkcjonowania i może nawet rozwoju. Jako najważniejsza cecha wyszła mi empatia. Postanowiłam tu wrócić i napisać. Tak, jestem w eterze. Tak, jestem realna i realnie myślę o Oliwio, Cerberze. W tej samotności Waszej i bólu.

        kurianna
        Uczestnik
          Liczba postów: 122

          Szukasz spraing partnera… No way. Szkoda mi energii.

           

          Nie uzgodnimy poziomów dyskusji- już na etapie definicji jest rozdźwięk.

           

          Dla mnie operujesz przekonaniami  jako obiektywnie przyjętą wiedzą. Próbowałam wejść na poziom meta (pytałeś czemu jesteś uznawany za agresywnego – starałam się w duchu szacunku wskazać, że uznajesz rzeczy dyskusyjne za oczywistości, stąd reakcje obronne).

           

          Myliłam się co do przypisywanej Ci pasywnej agresji – jest jawna i otwarta! 😅 Odejdź w pokoju.

          kurianna
          Uczestnik
            Liczba postów: 122

            No i odłożyć telefon… Ymhm… Łatwiej powiedzieć niż zrobić 😉 Zawsze łatwiej przeglądać tysiąc gotowych perfekcyjnych rezultatów – to takie satysfakcjonujące przecież! I na tym się kończy:D Cenna uwaga.

            kurianna
            Uczestnik
              Liczba postów: 122

              Dzięki, Noname, za taką wyczerpującą odpowiedź. I inspirującą. Powiem szczerze, nie wpadłyby mi do głowy tak proste sposoby jakie opisałaś:D Dzielenie się kimś z tym co robię – zawsze wydawało mi się to za mało ważne, za mało wartościowe i godne uwagi (wiadomo, z domu: rezultat ma być od razu PERFEKCYJNY albo do kosza i nie próbuj więcej, bo to wkurza!). A stworzenie wokół siebie wspierającej atmosfery (ludzie, słońce, przestrzeń) może być kluczowe. Bardzo fajna też myśl z prezentem, robieniem czegoś dla kogoś – w sumie kiedy ostatnio sięgnęłam po papier i nożyczki, to właśnie dla kogoś, dla mojej nauczycielki z gitary. Fajne. Od razu też czuję, że na mnie działa taka przyjazna rywalizacja – Wy coś robicie, ja też chcę coś robić, idzie mi energia „do góry” od razu, tak pozytywnie, jak mówiłaś.

              Zniechęcają mnie pierwsze próby (a i tak wymagają ogromnego przełamania, by zacząć, pokonania ogromnej wewnętrznej inercji i lęku), bo wydają mi się chaotyczne, amatorskie, duuuużo gorsze od innych… Kurde, wiem, że to mechanizmy, ale na razie się im przyglądam bezradnie. Przekonania stojące za nimi są za silne chyba póki co (nie masz prawa się za nic brać! robisz bałagan! rzępolisz! zniknij stąd! – coś w tym stylu na poziomie przekazu z domu).

              Biję się też w piersi z odbieganiem od tematu – tutaj tylko hobby, bez wsadzania kija w mrowisko.

              Noname, bardzo podoba mi się Twój sposób dyskusji – taki wnikliwy i pełen szacunku dla drugiej strony, a jednocześnie aktywnie unikasz wejścia w spiralę negatywności, budując pozytywne podejście. Mega dla mnie!

              kurianna
              Uczestnik
                Liczba postów: 122
                w odpowiedzi na: Tęsknota po terapii #485140

                Fajnie, dokładnie to wszystko opisałeś. Możliwe, że ten zgryz jest w związki z terapią behawioralną, skupioną na objawach – objawy ogarniasz, więc kończymy. A Ci się przeniesienie włączyło mega (czyli obudziły Ci się wczesnodziecięce braki, które w końcu trzeba samemu zacząć zaspokajać), więc proces jest totalnie w trakcie. Stąd ta tęsknota taka bolesna. U mnie poziom cierpienia był prawie nie do wytrzymania, wyłam z bólu podczas wszelkich przerw, urlopów terapeuty etc. Leki pomogły no i oczywiście żmuuuudne przegadywanie tematu w terapii (wstyd, lęk, obawa przed zakończeniem, bo jestem „za bardzo” zaangażowana). No i kupa lektur w temacie (to mój sposób radzenia sobie z rzeczywistością od dzieciństwa), dlatego troszkę się tu mogę powymądrzać:) Dziękuję za tolerancję dla belferskiego może czasem tonu:)

                Czy Ty w ogóle kierowałeś gniew do swojej t.? Bo to tak brzmi, jakbyś skończył na etapie idealizacji, takiego uwielbienia i tęsknoty. Gniew to bardzo ważny element, a ja widzę (i odczuwam) co najmniej 5 powodów dla których mógłbyś wyrazić swój gniew na sesjach.

                Wg mnie masz dwa wyjścia, może nawet na raz: wejść w furtkę spotkań z Twoją terapeutką i przegadać z nią temat tak szczerze jak Cię na to stać. Łącznie z gniewem na nią, który być może gdzieś Ci tam kiełkuje (i który w mojej ocenie dobrze by Ci zrobił). I nie udawać samemu przed sobą, że skończyłeś terapię (bo masz wesele, bo już rok, bo coś tam). Jesteś w samym środeczku.

                Czujesz cierpienie, którego źródło będzie Ci ciężko samemu usunąć (tęsknota przeniesieniowa). Warto, żebyś miał wsparcie w tym momencie. Osobiście radziłabym Ci poszukać takiego terapeuty, który zajmuje się traumą wczesnodziecięcą i/lub tematem uzależnień i współuzależnienia (byle nie sam terapeuta uzależnień, tylko psychoterapeuta). Np. jest w stowarzyszeniu European Society for Trauma and Dissociation. Albo jakiegoś polecanego przez kogoś z podobnymi do nas problemami.

                 

                Bardzo Ci kibicuję w szukaniu wyjścia z tej niełatwej i bolesnej sytuacji. Natomiast jasna strona to taka, że to o czym piszesz świadczy, że serio już dużo zrobiłeś w terapii. Dużo kroków za Tobą. Fajnie byłoby to mądrze pociągnąć. Mówię z doświadczenia własnego, mojego męża DDA, który właśnie wraca na terapię z kim innym, bo też dotrwał do etapu „ogarniania kuwety”, ale nie przepracowania traumy. Moja przyjaciółka też jest psychoterapeutką, więc sporo się wymieniamy spojrzeniami.

                kurianna
                Uczestnik
                  Liczba postów: 122
                  w odpowiedzi na: Tęsknota po terapii #485134

                  Że jak – w złą stronę? Że bałeś się za bardzo zaangażować? To jest istota terapii, przeniesienie. Tak organizujemy relacje w naszym życiu, taka matryca – po to się jej przyglądamy w procesie, żeby móc to zmienić. To nie jest tak, że robisz coś „tylko” z terapeutą. Robisz to wszędzie zapewne. Tylko tu bardziej widać. Np. pewnie wyprzedzająco pomagasz ludziom i bierzesz na siebie za dużo w innych relacjach też. Albo tak jak ja – zamiast zająć się swoimi sprawami, właśnie uciekam w Twoje problemy od mega stresującego zadania, jakie mnie czeka:D:D:D

                  Tylko ważne żeby to wszystko (strach przed zaangażowaniem, lęk przed pójściem za daleko) przynieść na sesję.

                  • Ta odpowiedź została zmodyfikowana 4 lat, temu przez kurianna.
                  kurianna
                  Uczestnik
                    Liczba postów: 122
                    w odpowiedzi na: Tęsknota po terapii #485133

                    Czy to są dobre powody by kończyć terapię? Sam podjąłeś taką decyzję? Mnie mój t. mówi, że to relacja 50-50 i że jedna strona nie decyduje nagle o zakończeniu. Miałeś szczerą rozmowę na temat przyczyn zakończenia terapii?

                    Nie rozumiem z tym weselem? To był warunek, koniec terapii? Twój, narzeczonej?

                    Bo tak ogólnie terapia rok to bardzo krótko… W sam raz żeby rozgrzebać. Zwykle 2,5-3 lata, czasem 4, 5… Ewidentnie jesteś w samym środku przeniesienia (a więc i procesu terapeutycznego).

                    • Ta odpowiedź została zmodyfikowana 4 lat, temu przez kurianna.
                    kurianna
                    Uczestnik
                      Liczba postów: 122
                      w odpowiedzi na: Tęsknota po terapii #485131

                      Kurczę, nie zazdroszczę… Natomiast nie obwiniaj się – frame`u (ram) pilnuje psychoterapeuta, nie Ty. Ty mogłeś sobie proponować podróż na księżyc i seks po trzy godziny dziennie – masz prawo mówić wszystko na terapii, a nawet powinieneś, bo to zdradza różne potrzeby – zadaniem terapeuty jest, by nie doszło do przekroczeń. A doszło. Jeśli kobieta ma kwalifikacje, wiedzę i doświadczenie i pozwoliła, byś jej naprawiał auto i zapraszał ją na wesele – dla mnie to jest niedopuszczalne. I jeszcze w dodatku Ty bierzesz na siebie odpowiedzialność (typowy mechanizm DDA – nadoodpowiedzialność, jeszcze Ci to wzmocniło mechanizm obronny i poczucie winy, co za niedopilnowanie!).

                      Rozumiem, że psychoterapeuta w nurcie behawioralnym może inaczej rozumieć ramy i słabiej ich pilnować niż psychodynamiczny. Ale wedle wszelkich szkół doszło do przekroczenia – wejścia w relację dualną. I nieważne, że Ty proponowałeś – ona miała tego pilnować. Ze wsparciem superwizora. W dodatku kiedy w grę wchodzi trauma (chyba 100 procent DDA), to przeniesienie jest bardzo silne (negatywne, pozytywne, idealizujące, zależy od procesu i momentu) i nie ma że „to inny nurt” terapii, gdzie teraz możemy się od czasu do czasu wymienić usługami i poprzebywać na weselu. Ech…

                      Jasne, że nie rozumiesz dlaczego taka przyjaźń jest niemożliwa, że wydaje się to bzdurą. Boże, ileż emocji mnie ten temat kosztował. Dlaczego nie moglibyśmy się zaprzyjaźnić jakoś? Przecież tyle mamy wspólnego, tak świetnie się dogadujemy… Ech… Dobry terapeuta wie, że z tego będzie tylko problem. I to nie jego – ale Twój.

                      Zostałeś z rozgrzebaną terapią i dużym cierpieniem (które moim zdaniem – tak!!! – będzie się wzmagać po każdym „spotkaniu”). Mój terapeuta też podkreślał (mamy dzieci w jednej szkole:O), że przy takich spotkaniach nawet small talk nie wchodzi w grę – bo jedno dzieje się w rozmowie, a w emocjach rozkręcony rollercoaster. Miejsce rozmowy z terapeutą jest niestety na terapii – żeby to się udało. I to powinno być właściwie dokończona terapia.

                      Niestety, właśnie też sporo czytałam o tym, że terapeuci behawioralni mniej są wyedukowani jeśli chodzi o przeniesienie (albo udają, że to ich nie dotyczy, bo terapia ma trochę inny charakter). A dobre rozwiązanie przeniesienia to jest bardzo delikatna sprawa. I wiele może się wydarzyć po drodze (np. odczytane przez pacjenta odrzucenie – i już myśli samobójcze). Każdy terapeuta wchodzi w relację z pacjentem i ona jest podstawą zdrowienia – tyle że nie jest to relacja dualna (przyjacielska, romantyczna, wzajemna), ale terapeutyczna właśnie i dlatego obłożona specyficznymi warunkami i ramami. Ich trzymanie świadczy o profesjonalizmie terapeuty, nie dyplomy, jakie zdobył. Ostro, ale gniew mi się włączył  na Twoją t., że jeszcze Ci wzmocniła poczucie winy i rozmycie granic, zamiast Cię nauczyć zdejmowania z siebie nadmiernej odpowiedzialności, a brania jej tam gdzie trzeba (NIE zalicza się do tego naprawa jej auta). Taki odpowiednik parentyfikacji w dorosłym życiu. Czyli dla mnie – retraumatyzacja (chociaż możesz to widzieć inaczej oczywiście).

                      Moim zdaniem znalazłeś się (NIE Z WŁASNEJ WINY, nie daj sobie tego wmówić) w bardzo „tricky” sytuacji, najeżonej pułapkami. Na pewno spotkania przyczynią Ci bólu (masz przeniesienie dalej), na pewno będzie po nich gorzej (ulga będzie krótkotrwała), bo dalej Ci wyje tęsknota. Jeśli możesz do niej wrócić i rzecz przegadać – albo spotkać się z kimś innym w tej konkretnej sprawie – spróbowałabym. Serio, zostawienie tego w takim stanie zawieszenia „ach, zobaczę ją w maju na moim ślubie… a potem na grillu we wrześniu…” nie brzmi jak zdrowa relacja. A tego powinna nauczyć właściwie poprowadzona terapia – że wchodzimy w relacje zdrowiej, tak żeby sobie już nie szkodzić – albo potrafimy z nich zrezygnować w imię obrony siebie.

                      kurianna
                      Uczestnik
                        Liczba postów: 122
                        w odpowiedzi na: Tęsknota po terapii #485129

                        Cześć, Adamus!

                        Współczuję Ci serdecznie Twojego stanu, doskonale wiem o czym mówisz. Tzn. na tyle, na ile to możliwe – ale stan tęsknoty za terapeutą, niechęć do zakończenia procesu (mimo poprawy i ogarnięcia objawów) i chęć poszerzenia tej relacji poza gabinet to jest mi coś bardzo bliskiego.

                        Generalnie jednak – choć nie wiem, w jakim nurcie pracuje Twoja terapeutka – to, co napisałeś wydaje mi się niepokojące ze względu na jej profesjonalizm. Po pierwsze nie bez powodu tzw. dualne relacje pacjent-teraupeta są zabronione. Nie chodzi tylko o romans czy przyjaźń, ale także przyjmowanie od pacjentów jakiegokolwiek „serwisu” – to jest właśnie dualna relacja (czyli wymiana wzajemna). Terapeuta jest dla Ciebie. Nie Ty dla niego – w żadnej formie. Tak się dzieje, żeby właśnie móc bez szkody dać sobie pomóc, rozbroić mechanizmy obronne, rozwiązać przeniesienie i jakby zabrać terapeutę do swojego wnętrza (jako tzw. introjekt – czyli „dobry” obiekt, który zastąpi Ci „złe” obiekty w psychice pozostałe po trudnej przeszłości i pozwoli żyć zdrowiej). Ale celem jest samodzielność – i pogodzenie się z utratą (także terapeuty w takiej formie, w jakiej masz go na sesjach – ale dopiero w sytuacji, gdy jesteś na to w pełni gotowy i poprzedza to długi zazwyczaj czas przygotowania i zakończenia).

                        Pozwalając na relację dualną (serwis), terapeutka w mojej ocenie przekroczyła granice i zrobiła Ci krzywdę. Co gorsza, pogłębiła ten stan, proponując Ci znajomość (czy tam zgadzając się na Twoją propozycję) – to niestety jest przepis na katastrofę. Taka relacja nigdy nie będzie symetryczna, ona zawsze będzie mogła nacisnąć odpowiednie dźwignie, jeśli się pokłócicie, trudno też będzie być przy niej neutralnym (te wszystkie emocje z przeniesienia, o których pisałeś). Jeśli mogę wyrazić swoje zdanie – poczytałabym na ten temat czy porozmawiała z kimś kompetentnym i przyniosła te rzeczy na terapię. Albo rozważała jak najszybszą zmianę terapeuty – moim zdaniem może Ci być bardzo ciężko w obecnej sytuacji. Jest to nieprofesjonalne ze strony Twojej t., że na coś takiego pozwoliła i dalej to wzmacnia. Potencjalnie może Cię to bardzo skrzywdzić. Zapytałabym, czy jest tego świadoma? Ciekawa też jestem, jakie ma kwalifikacje (certyfikat towarzystwa terapii? W trakcie? Nie sądzę), że pozwoliła na takie przekroczenie.

                        Czy lepsze radzenie sobie to już czas na koniec terapii? Moim zdaniem nie, jeśli masz wciąż takie silne potrzeby emocjonalne (wczesnodziecięce najprawdopodobniej) – należy najpierw je opłakać w terapii, a później nauczyć się je samemu zaspokajać. I dopiero jest czas na powolne kończenie. Mam nadzieję, że uda Ci się ogarnąć tę sytuację, nie zwątpić w ogóle w terapię i znaleźć odpowiednie wsparcie. Mocno trzymam za Ciebie kciuki, Adamus!

                      Przeglądasz 10 wpisów - od 91 do 100 (z 122)