Odpowiedzi forum utworzone

Przeglądasz 10 wpisów - od 81 do 90 (z 121)
  • Autor
    Wpisy
  • kurianna
    Uczestnik
      Liczba postów: 121

      @aqq1975

      Hmm, miałam już po Twoim wpisie („kurde, jaka masakra, muszę…”) irytację – ej, ale po co pytasz? Po nas angażujesz, skoro i tak tkwisz w roli ofiary? Która wszystko „musi”, choć nikt jej niczego nie każe? Przecież tak naprawdę „nic nie musisz”, możesz wybrać rozstanie i dbanie o własne granice, szczerość, etc. Ale przypomniało mi się, jak dłuuuuuugo dochodzi się tego typu umiejętności. I zobaczyłam autentyczne cierpienie w Twoim wpisie, tym następnym.

      Ona mówi, że kocha (czy to słowo Cię tak więzi? a co jej odpowiadasz, jeśli chcesz się podzielić?). Niektórzy tak mają, że bardzo szybko dążą do fuzji z drugim człowiekiem, dosłownie czujemy „miłość” wypełniającą nas po brzegi, chęć stopienia. Nie jest to do końca miłość, a bardziej nieugaszona tęsknota z lat wczesnodziecięcych, kiedy czegoś trochę lub bardzo zabrakło. Miłość to dla mnie jest decyzja, że jestem z kimś w relacji, pracuję nad nią, niezależnie od wzlotów i upadków emocji. I czasem poświęcając się w imię drugiego, ale świadomie, nie nadwyrężając się przy tym (tu prostą wskazówką jest gniew).

      A potem Twój trzeci wpis.

      No i zgodnie z oczekiwaniami, zostałem wyłomotany, nie wyspałem się i dzisiaj będzie w robocie przesrane.

      I tu mnie jak obuchem uderzyło – oddawanie odpowiedzialności za własne życie w cudze ręce! To jest coś, z czym bardzo mocno próbuję się uporać. Że ktoś coś mi „robi”, a ja cierpię – ale zobaczcie, jak ładnie i mocno cierpię! 😀

      A przy okazji – no, niby, ona się do mnie ciągle dobiera, niby mi to przeszkadza, ale zobaczcie, jak mam – te laski dosłownie pługiem trzeba ode mnie odrywać:D. Mogę się mylić, ale trochę takiego „tkwienia w słodkiej niewoli” tu widzę. Nie jesteś za nic odpowiedzialny (tak naprawdę jesteś – bo jesteś dorosły, heloł), więc próbujesz mieć ciastko (seks, zainteresowanie, słuchanie, że ktoś cię „kocha”) i zjeść ciastko (chętnie bym wrócił se do strefy komfortu sam z robotą i TV). Dokładnie połowa odpowiedzialności za tę relację należy do Ciebie. A laska może zadbać o swoją połowę dopiero wtedy, jak jej POWIESZ, że coś nie gra dla Ciebie. Nie ma drogi na skróty. Co Ty na to?

      Najwyraźniej coś Ci to tkwienie w roli bezwolnej ofiary załatwia. Może to, że już nie chcesz być sam – i jakaś część też nie chce, ale jakaś chce? I wtedy można zwalić na panienkę, że natarczywa  taka i nie da się jej odmówić. No co ja mogę? No co ja mogę?

      PS. Twój język mówienia o seksie jest niepokojący. Zostałeś wyłomotany? Ale że co? Nie było Twojej zgody na akt? Zostałeś bzyknięty na siłę? Czy udajesz, że nie ma zgody i ktoś Ci coś robi w łóżku na siłę, bo tylko tak potrafisz przyjąć radość z seksu? Już samo to moim zdaniem czerwona lampka „Gdzie tu dobry terapeuta przyjmuje”.

       

      Okfors, możesz nadal tkwić w roli ofiary i płakać, jak to chodzisz niewyspany do pracy, bo Ci laska na głowę wchodzi. Ale skoro tu piszesz to może chcesz jednak przejąć stery? możesz uczciwie odpowiedzieć? Czy wystarczy Ci tu okazywane zainteresowanie i wszystko będzie dalej po staremu?

      • Ta odpowiedź została zmodyfikowana 3 lat, temu przez kurianna.
      kurianna
      Uczestnik
        Liczba postów: 121
        w odpowiedzi na: Grzechy terapeutów #486440

        @Przemek15

        Jasne, że tak! Nie tylko można powiedzieć terapeutce, że Twoim zdaniem jej rady Ci szkodzą, ale wręcz się powinno. Do tego służy relacja terapeutyczna – żeby móc wyświetlisz wszystko, co myślisz, czujesz, uważasz, a ZWŁASZCZA w odniesieniu do samej terapeutki i jej słów. To jest sedno procesu, który wtedy zaczyna ruszać z kopyta. Powodzenia!

        kurianna
        Uczestnik
          Liczba postów: 121

          @Jakubek

          Jasne, każdy ma swoje motywacje pisania tutaj – Twoja jest mi bliska. Sprawdzam ją sobie – takie odsłanianie się tutaj jako rodzaj „mityngu” i przy okazji przyjrzenie się swojej drodze zdrowienia. Byłam dotąd tylko w terapii indywidualnej – nie trafiłam na mityngi ani na terapię grupową. Ale ostatnio na szkoleniu miałam doświadczenie procesu grupowego – nigdy nie zapomnę tego, co może dać grupa. Tej siły. Rodzaju feedbacku. Dlatego postanowiłam się tutaj bardziej otworzyć i poudzielać.

          A z tym zdrowym ratownikiem jako „zasadą” forum – to nie żadna jedyna formuła, oczywiście. Tak czasem mam, że jak się rozpędzę z metaforą, to podciągam pod nią różne bliskie mi rzeczy i uogólniam.

          Zwróciłeś uwagę na tego ratownika… Też go masz? Jak go ogarniasz? Ciekawa jestem też niezwykle, jak masz z nim Ty, Oliwio? Pracujesz jako terapeutka przecież?

          @Cerber

          hmm… napisałam, że DOKŁADNIE wiem, które potrzeby może spełnić dana relacja, a które są nie do spełnienia w dorosłej relacji i wczesnodziecięce – i te muszę spełnić sama… No, cóż… Widać, że miałam dobry dzień:D I mnie poniosło.

          Często relacje wydają mi się piekłem, sama nie wiem, co mam zrobić, żeby wreszcie było chociaż trochę dobrze mnie, o drugiej osobie nie wspominając. Wydaje mi się też, że nie umiem zadzierzgnąć żadnych bliskich relacji, wszystkie wydają mi się niewystarczające, albo z kolei uwierają mnie, są męczące i mam ochotę się odciąć. Czuję się samotna do szpiku kości. I nie ma znaczenia, że często wtedy wokół mnie są ludzie, którzy (w moim mniemaniu) mnie nie rozumieją – to jeszcze pogłębia osamotnienie. Często mam ochotę gryźć koc z frustracji, tak mnie to denerwuje, smuci i rozwala na raz.

          Ale faktycznie w lepsze dni potrafię już odróżnić te swoje potrzeby. Skąd to wiem? No, z terapii. Po prostu tydzień w tydzień gość pyta Cię ciągle: „co Pani czuła? Czy zna Pani skądś to uczucie? Czy pojawiło się ono wcześniej w Pani życiu?”, że to po jakimś czasie zaskakuje i zaczyna działać. Na  początku nie wiedziałam, co on do mnie mówi, mój mąż miał podobnie (jakie uczucia…? No przecież mówię…). Potem powoli, mozolnie zaczyna się tworzyć kanał porozumienia z samym sobą. Dostępu do siebie.

          Powoli poznajesz te uczucia, a przez nie – swoje potrzeby. Ale z uczuciami sprawa jest tricky, bo jest przeświadczenie, że one nigdy nie kłamią, więc jak je poznasz i masz do nich dostęp, to już luz. Nic bardziej mylnego! W przypadku ludzi po traumie nieświadomie wchodzą nam w paradę DAWNE uczucia bezradności, bólu, odrzucenia i w cholerę innych. No i odróżnić to, co jest adekwatne w danej sytuacji (kiedy rozmawiasz z szefem, koleżanką, dziewczyną na randce, panią w sklepie, człowiekiem na forum dda.pl), od tego, co Ci się w danej chwili odzywa i płynie z poprzednich zranień, jest bardzo trudną sztuką.

          Jedyne, co jest pocieszające: to trochę jak z byciem rodzicem. Uczysz się tego dzień po dniu – i jest to do ogarnięcia. Tworzysz relację z tym małym, starszym i dzisiejszym człowiekiem, jakim jesteś, uczysz się nim opiekować – nawet jeśli wcześniej tego nie robiłeś i nikt Cię dotąd tego nie nauczył.

          A przy tym uczysz się odróżniać swoje realne potrzeby w relacji od tych, których w relacji nie da się zaspokoić (te już trzeba samemu). Acha, tutaj bym chciała, żeby ten miły przystojny pan był moim tatusiem, którego nigdy nie miałam, i mnie np. docenił/uratował/zauważył/podziwiał/zaopiekował się/dał się o siebie zatroszczyć itd. Czyli – nie! stop! Z tym panem mogę np. zatańczyć i tyle. A ta dziewczyna ma myśleć to samo, co ja na ważny dla mnie temat, bo inaczej to nie jest przyjaźń – stop! Ma prawo myśleć, co chce, mogę jej po prostu w duchu szacunku wypowiedzieć swoje zdanie. A ta pani potraktowała mnie zimno i protekcjonalnie, ale nie jest moją krytyczną matką, tylko panią w przedszkolu i jej zachowanie mówi o jej braku profesjonalizmu, zmęczeniu etc. – mam prawo uprzejmie wyznaczyć granicę i się za bardzo nie przejmować (choć poczułam się jak małe skrzywdzone bezradne dziecko – czuję żal i wściekłość, ale postępuję z perspektywy dorosłego; a potem koję swoje uczucia, np. mówiąc, że nie powinno Cię to spotkać, mała kurianno, że byłaś traktowana w taki sposób zawsze, kiedy coś ci się nie udało – teraz ci współczuję, a gniew kieruję do twoich niewystarczających opiekunów, którzy zawiedli). I tak praktycznie w każdej minucie życia!!!

          Ktoś tu kiedyś super napisał, że nic tak nie rozwija mózgu jak relacja z drugim człowiekiem, jakakolwiek. Że decydując się na dłuższą samotność potem jest trudno wrócić do ludzi, bo się zwyczajnie nie ćwiczyło i połączenia nerwowe się zatraciły. Dlatego to jest piekło i trud, ale wart podjęcia.

          Jestem ciekawa, Cerberze, jak Ty sobie w tym gąszczu radzisz. Tak mi gra z Twoim pseudonimem zdanie Sartre`a: piekło to inni. No, ale to jedyne dostępne na ten moment piekło. Postanowiłam w nim się ogarnąć, jeśli już tu jestem. Choć jak mówię – w złe dni mam ochotę gryźć:D

          kurianna
          Uczestnik
            Liczba postów: 121

            A tak w ogóle to nie wszystko stracone i jest w ogóle możliwe, że macie przed sobą fajną relację (nieromantyczną). Raz na miesiąc na kawie czy w kinie, czy jak tam potrzebujesz. Szczerą. Fajną, dwojga ludzi. Warunkiem jest szczerość z Twojej strony.

             

            Trochę ześwirowałam, jak przeczytałam, że dasz się wmanewrować w dziecko, bo ona będzie uparta. Dziecko to jest poważna decyzja. A dzieci, które czują się w jakiś sposób niechciane, bardzo cierpią. Bardzo. Chyba na tym forum nie muszę tego pisać.

            kurianna
            Uczestnik
              Liczba postów: 121

              aqq1975, Truskawek i reszta już sporo napisali. Masz wszystkie karty na ręku – wiesz co powiedzieć, zawsze możesz to zrobić po prostu delikatnie. Nie będzie to przyjemne wiadomo, ale powiedzenie tego co czujesz („nie jestem gotowy, za szybko dla mnie, przepraszam, jeśli wysłałem mylne sygnały – poniosło mnie pożądanie, bo jesteś fajna i ładna, ale ja po prostu nie jestem gotowy na związek w tym momencie; zawalam pracę, źle się czuję z tym, jak szybko się to toczy i na pewno nie jestem gotowy na więcej typu narzeczeństwo, dziecko, zamieszkanie”) jest po prostu jedynym fair wobec tej kobiety wyjściem. Czy pójdziesz na terapię czy nie.

               

              Powiem szczerze – wyobraź sobie jej minę, że czyta te słowa i wie, że to o niej? Tyle tu nieprzyjemnych słów: rycząca czterdziestka (czy coś takiego), wiesza się na mnie, wpycha mi uczucia na siłę – tu jest dużo Twojej złości. I jakby poczucia wyższości. Ona to na pewno jakoś odczuje, bo to są silne emocje. Nie ukryjesz tego na dłuższą metę.

               

              Niechciany dotyk i „dobieranie się” do Ciebie w każdej możliwej chwili – to jest totalny znak, że powinieneś postawić granicę. To jest Twoje ciało! Jeśli macie tyle trudnych kwestii już na początku, ten związek będzie pasmem męczarni dla Was obojga. Szczera rozmowa to jak przecięcie wrzodu czy czegoś co boli – i nie tylko Ciebie. Ona na ten moment może leci na nieświadomce (bierze Twoją uległość i dostępność za dobrą monetę), ale nie rozmawiając otwarcie, wcale nie oszczędzasz jej bólu, wręcz przeciwnie. Szykujesz jej o wiele większy w przyszłości – kiedy Twoje uczucia wyjdą na wierzch tak albo inaczej.

              Takie jest moje zdanie. Kobiecym okiem – laski pod czterdziestkę 😀 Też często zdarza mi się przeginać z narzucaniem swojej wizji czy potrzeb bliskości w relacjach damsko-męskich – bardzo doceniam (może po czasie) szczery feedback od faceta w tym temacie. „Acha, dobra, czyli tyle potrzebujesz, a tyle to już za dużo – OK. A ja potrzebuję tyle i tyle, z tego mogę zejść, a z tego nie”. I relacja się rozwija, jeśli się da znaleźć kompromis. Ale to musi zostać wypowiedziane! Tak się komunikują (w miarę) dojrzali ludzie wg mnie. Niezależnie czy mają lat 18, 50 czy 75.

              kurianna
              Uczestnik
                Liczba postów: 121

                Cześć @Jakubku,

                fajnie, że Ci się także spodobało zdanie o konieczności leczenia w relacji ran zadanych niegdyś w relacji. To taka mantra dla mnie czasami – kiedy jest trudno. Leczymy rany, częściowo samotnie, niezależnie od innych, pracą własną, ale część leczenia odbywa się w relacjach. Tyle że nie wchodzisz już w nich w błędne koło retraumatyzacji, a zatrzymujesz się i szukasz nowych sposobów. Fajnych dla Ciebie i partnera w relacji. Takie doświadczenia są szalenie budujące.

                Też to, co napisała Oliwia, mi się przypomina, że pociechę może dać tylko świat duchowy, nie inni ludzie. Dla mnie sam świat duchowy w oderwaniu od ludzi to tylko bardzo pogłębiona dysocjacja, odcięcie się od tego, co boli i pogrążenie „w idealnym świecie”. Bardzo pociągające, ale podstępne. Rozwój duchowy wg mnie przebiega w dwóch planach – i osobistym, i wspólnotowym. Jakoś tam wspólnotowym – każdy ma tu swoją odpowiedź. W trakcie terapii odeszłam od wspólnoty religijnej, ale zauważam, że codzienne wspólnoty (typu rodzina, grupy, praca) dają ten rodzaj duchowego rozwoju, którego kiedyś szukałam np. w kościele.

                Pytasz o ratownika. To jest podstępny, ale i ważny element dla mnie. Dokładnie tak jak piszesz: daje siłę, ale nie każdy lubi być na siłę ratowany, a w dodatku zakłada to pewną podległość ratowanego do ratującego. Tyle lat leciałam na tym mechanizmie, a w ogóle tego nie zauważyłam – że wchodzenie w tę rolę zakłada dysproporcję sił. Jest protekcjonalne w pewnym sensie. Miałam tak utrwalone, że jestem gorsza od innych, że mogę im się przydać tylko wtedy, gdy jestem potrzebna – że nie zauważałam tej dysproporcji.

                No i oczywiście wisienka na torcie bycia ratownikiem – ratowanie innych, znajdowanie rozwiązań ich problemów jest wspaniałym „antidotum” na własne. Nie trzeba się przyglądać, co tam mam w środku, tylko lecę na zadaniowości – i ratuję. Jest akcja! Myśli zajęte. Jest bohatersko! Jest efekt! Jest wdzięczność! Jupi!

                Lekarstwo na to: bardzo uważnie przyglądać się sobie i innym. Zrobić krok wstecz przed działaniem. Zapytać. Przede wszystkim pomaganie w sytuacji, gdy druga osoba faktycznie prosi o pomoc. I najlepiej w taki sposób, żeby mogła sama sobie w efekcie pomóc. Czyli ratowanie „na żądanie” – a teraz w ogóle nawet bardziej stosuję wysłuchanie i danie przestrzeni na emocje, a nie od razu proponowanie rozwiązań i „ratowanie”. Albo mobilizowanie dzieciaków w grupie, by sobie proponowali rozwiązania i sposoby wsparcia (a nie wchodzenie w rolę ratownika bezpośrednio).

                Są sytuacje, gdy jednak osoba o pomoc nie poprosi, bo nie może – np. sytuacja bójki. Ostatnio tak miałam, że młodzież się lała na boisku. Był krąg wołający „Je*baj mu! Je*baj mu!” i w środku bitka. Weszłam jako dorosła i zapytałam, czy to zabawa i czy dzieje się za zgodą uczestników. Ten na górze i ten pod spodem uśmiechnęli się i potwierdzili – więc uznałam, że jest OK. Nie oddaliłam się jednak przez jakiś czas (byłam z własnym mniejszym dzieckiem obok na boisku, co mnie w ogóle uruchomiło do takiej odwagi, bo jestem bardzo drobną osobą, z historią siedzenia pod stołem w sytuacji kłótni rodzinnych), a oni i tak po chwili przestali tworzyć krąg i zaczęli się bawić kulturalnie. Trzymam więc ratownika na wodzy (ale nie ukrywam, że bycie wiedźminem od czasu do czasu ciągnie, ech!).

                Czy osoby zauważają, że wchodzę w taką rolę? Jasne! Mam relacje na tym oparte – wtedy jest ciężko, gdy zaczynam się wkurzać i sygnalizować własne potrzeby. Na tym etapie po prostu komunikuję swoje i zobowiązuję do lojalności: ej, ja Ci pozwalam na to i na to, daj mi teraz powiedzieć etc.

                Ogólnie jest to silny narkotyk – wchodzenie w rolę ratownika – i muszę z tym uważać. Zwłaszcza że pracuję z dzieciakami i młodzieżą, tworząc grupy, więc okazji jest co niemiara, żeby się ta część uaktywniała. Dojrzały ratownik – czyli ingerujący za zgodą, delikatnie i nie powodujący odejścia od siebie, a potem nadwyrężenia własnych zasobów – jest bardzo cenną umiejętnością. Wiadomo, że jest mnóstwo wtop po drodze, ale w takiej dorosłej formie dobry ratownik to ogromny zasób, powód do satysfakcji i cel gdzieś tam na horyzoncie.

                Ale trzeba się przyjrzeć sobie w pierwszej kolejności. Dlatego napisałam tu: ratownik mi się uaktywnia, Oliwia. Czy Ty chcesz, żeby Cię ratować? Czy to raczej odzywa się mój mechanizm? Bo całe forum trochę działa na takim dojrzałym ratowniku – ktoś prosi o pomoc, o wparcie, o wgląd, o spojrzenie z zewnątrz – a osoby angażują się w odpowiedź i udzielając się, pomagają. Tej osobie i sobie zarazem. Dlatego to działa. W ogóle ujęcie czegoś na piśmie bardzo pomaga – nie wspominając o wyjściu z tą odpowiedzią do innych. Stąd sytuacja „win-win” w takim działaniu oddolnym i non profit. Oczywiście w idealnych warunkach, bo wchodzi czynnik ludzki, mechanizmy typu projekcja i na wyjściu może być różnie.

                kurianna
                Uczestnik
                  Liczba postów: 121

                  Rozmawiacie sobie jakby we dwoje tutaj, Jakubku i Oliwio, ale postanowiłam napisać. Być może mój wgląd coś Ci, Oliwio, da.

                  Po pierwsze, Twój wątek budzi moje bardzo silne emocje. Postanowiłam Ci o tym napisać (mimo że jest szansa, iż to jest całkiem o mnie, a mniej o Tobie). Może Ci to pomoże w spojrzeniu na relacje z ludźmi tak jakby z ukosa, pozwalając zobaczyć to inaczej. Po drugie, bardzo dużo rzeczy mi gra w Twojej historii i wibruje na podobną nutę. Poza tym to, co tu napiszę, jest dla mnie zawstydzające, odsłaniające, więc trochę autoterapeutycznie postanowiłam z tym „wyjść do ludzi”.

                  1. Budzisz mi bardzo silnego ratownika. Po prostu aż mi się serce rwie, żeby sprawdzać, czy wszystko u Ciebie OK, czy niczego sobie nie zrobiłaś, jak sobie radzisz. Bardzo też kibicuję Ci w zdrowieniu, widzę, że ciągle szukasz sposobów, jak wyjść na powierzchnię. Bardzo to szanuję. Może tak masz w innych relacjach, że ludzie chcą Cię ratować? Jak na to reagujesz?

                  2. Bardzo Ci współczuję tego, co napisałaś o Twoim ojcu-kacie. I o tym, że musiałaś tłumić wyrazy bólu, żeby nie oberwać jeszcze mocniej. Koło tortur. Fizycznych i psychicznych. Domyślam się (częściowo z własnego doświadczenia, choć u mnie przemoc psychiczna dominowała nad fizyczną, też obecną), jak trudno jest wyjść w tym momencie z autodestrukcyjnych schematów.Mi pomogła relacja terapeutyczna. Dodam, że niełatwa, bo z terapeutą psychodynamicznym, a zarazem mężczyzną. W gabinecie dosłownie działy się reczy, nie były tylko odtwarzane, ale zachodziły tu i teraz w relacji. Całe sedno w tym, żeby to przejść, w strachu i lęku dosłownie o życie, przenosząc na terapeutę uczucia do „opiekunów” i doświadczając, że tym razem obawy się nie sprawdzą. To, co zostało zadane w relacji, może zostać uleczone w relacji. W trakcie terapii i lektur eksperymentowałam z relacjami w prawdziwym życiu (mąż, szef, przyjaciele) – i też udało mi się poschodzić z wielu mechanizmów i lęku (choć droga nadal trwa i jest kręta).

                  3. Piszesz o odrzuceniu przez ludzi, że jakby inni dostają w relacjach troskę, uwagę etc. normalnie, naturalnie, lekko, a u Ciebie kończy się to tak, że jeszcze bardziej obrywasz, więc tłumisz swoje potrzeby. Kurczę, tak dobrze to znam!! Różnica u mnie polega teraz na tym, że DOKŁADNIE wiem, które potrzeby dana relacja może spełnić, a które to moje wczesnodziecięce tęsknoty, które w dorosłej relacji nie zostaną zaspokojone. Te mogę zaspokoić tylko ja (co jest dla mnie jakby wyrokiem, nie umiem tego przeżyć w momencie, gdy to sobie uświadamiam).

                  Czyli np. przyjaciel (coś w rodzaju favourite person, niby nie mam diagnozy, ale cechy borderline bardzo silne), z którym mnie kiedyś coś łączyło, nie będzie już na każde moje zawołanie, nie przytuli mnie, nie zadba o mnie (tak naprawdę o moje wewnętrzne dziecko), ale może np. zagrać ze mną w planszówkę. I tyle. Ja potem przepłaczę całą noc, że to już nie to i nie wiem, jak się teraz zachować – ale spróbuję sobie te potrzeby zaspokoić sama. I zarazem cieszyć się tym, co jest. Nie lgnę tak rozpaczliwie do ludzi w nadziei na coś, co nie ma szans się wydarzyć. Także często się nacinam, że wyrażam swoje potrzeby, odpowiadam na cudze (np. słucham), a na moje odpowiedzi nie ma. OK, najwyraźniej tak to wygląda w tej relacji – albo mi to wystarcza, albo ją wyciszam (ale bez ucinania nożem, jak kiedyś).

                  4. I teraz to, co najtrudniej mi było napisać. Mam dosyć silne uczucie odrzucenia w tym wątku :D:D:D Mam wrażenie, jakbyś z wielu głosów osób zaangażowanych w Twój wątek wybierała niektóre głosy – i to jest normalne, że nie z każdym rozmawiamy, ilość energii jest ograniczona etc. Wybieramy relacje. Ale może – w realnym życiu także – wybierasz osoby, do których Cię w jakiś ciągnie (lgniesz do nich), a one potem czują się zmęczone za dużym ulokowaniem w nich Twoich oczekiwań i „obiektów” (czyli tego, co przerzucamy z domu na późniejsze relacje). A pomijasz część tych osób, które odpowiadają – i mimo wszystko pozostajesz zamknięta na potencjalnie obiecujące relacje?

                  Pozwalam sobie to napisać, dopuszczając hipotezę, że jest to całkiem o mnie. Ja np. tak miałam – myślałam, że jestem niesamowicie otwartą, akceptującą osobą, a tak naprawdę miałam bardzo silny filtr i mocno wybierałam ludzi, z którymi wchodziłam w relację. (na zasadzie kontroli lub idealizowania najczęściej).

                  • Ta odpowiedź została zmodyfikowana 3 lat, temu przez kurianna.
                  kurianna
                  Uczestnik
                    Liczba postów: 121
                    w odpowiedzi na: Molestowanie seksualne. #486084

                    Cześć, Alicja!

                    Temat jest mi bliski, terapia ofiar seksualnych bywa bardzo ciężka – w moim odczuciu. I z mojego doświadczenia. Jeśli przeżywasz trudny czas i potrzebujesz przegadać temat – napiszę Ci mejla. Być może czas dla mnie, by wyjść ze skorupy tutaj i faktycznie kogoś poznać – ośmielił mnie Twój wpis o relacjach, które tu nawiązałaś.

                    Podziwiam spokój i asertywność, a jednocześnie życzliwość, jakimi emanuje Twoja odpowiedź na post abcd. Zachowanie zimnej krwi w takich sytuacjach to coś, czego się uczę.

                     

                    kurianna
                    Uczestnik
                      Liczba postów: 121

                      Cześć! (Ale fajny nick, bliskie mi imię plus Yahoo☺️, takie skojarzenia mi się nasunęły)

                      Miło Cię tu zobaczyć, fajnie że się chciałeś podzielić w tak niełatwym momencie. Napiszę skrótowo, co mi się nasunęło – nie wszystko niestety co piszesz jest dla mnie zrozumiałe. Stąd moje uwagi mogą być nieadekwatne dla Ciebie.

                      1. Moment, w którym jesteś. Runęło to, co budowałes z trudem, a co przynosiło efekty. Niełatwe to bo „przecież działało”, a teraz znowu jesteś w punkcie wyjścia. Mogę się domyślać, jak trudne to musi być.

                       

                      Mi pomaga wtedy powiedzenie: nie porównuj się ze swoimi najlepszymi momentami. To zabójczy perfekcjonizm i woda na młyn wewnętrznego krytyka. Jesteś tu gdzie jesteś i masz karty jakie masz. Teraz na pewno trudno Ci traktować to co było wcześniej jako zasób, pewnie raczej to obciążenie. Skupiłabym się na tu i teraz. Co mi pomoże? Na czym mogę się skupić? Co mogę zbudować? Tego jednego dnia?

                       

                      2. Można też przemyśleć co nie działało. Mi się skojarzyło z Twoją sytuacją duże dbanie o fasadę (wszyscy przychodzili do Ciebie uśmiechniętego i dającego, a teraz mają szok poznawczy i się wycofali – ale czy na pewno dotyczy to wszystkich? A co możesz zrobić żeby to się zmieniło? Poszukać nowych znajomości, np. w grupach wsparcia? A może konsekwentnie i odważnie pokazać siebie tym znajomym z którymi czułeś się względnie bezpiecznie?).

                       

                      3. Dawałeś dużo z siebie, a co z umiejętnością proszenia o pomoc i przyjmowania jej? Tak to brzmi jakbyś był tak przywiązany do swojego wizerunku dającego wsparcie ze może nie akceptujesz jeszcze na głębokim poziomie siebie który jest w dole i teraz potrzebuje od innych?

                       

                      4. To brzmi jak zadanie dla dobrego terapeuty (jest wiele nurtów, ważne moim zdaniem, by T kumał tematykę traumy i uzależnień). Przekonanie o tym, że jesteś wartościowy dla innych jedynie gdy masz coś do zaoferowania? Znamy dobrze! Ale dobrze się też poddaje terapii.

                       

                      Też nie zrozumiałam o co chodzi z Twoim enigmatycznym udzielaniem pomocy innym – jeśli byłeś terapeuta, powinieneś przejść terapię własną? Jak to wyglądało?

                       

                      5. masz dużą świadomość mechanizmów i jak one Cię więżą, a pierwszy ważny krok by z nich zejść. Jednak jestes w dole, potrzebujesz zasobów… Dobrze się to robi w obecności kogoś kto daje wsparcie. Dla mnie pożyteczna była rada, że jak widzę mechanizm, ale nie wiem jak się go pozbyć, trzeba zrobić jakby krok w tył, zastanowić się i wybrać jeszcze raz. Czy to mi służy na dłuższą metę czy jest pisane przez emocje i stare skrypty? I tak… tysiąc razy dziennie 🤦

                      Trzymam za Ciebie kciuki i raz jeszcze wyrażam autentyczną radość, że zdecydowałeś się dołączyć i tu napisać (ja np. ciągle nie mam odwagi założyć swojego wątku, gratuluję).

                       

                      kurianna
                      Uczestnik
                        Liczba postów: 121

                        Nie napisałam wniosku. Tobie, Oliwio, wiem, że terapie zawiodły… Sama w dodatku jesteś po drugiej stronie i jesteś, jak słyszę, bez zasobów, wypalona. Ale każdy ma jakieś swoje sposoby radzenia sobie, nie ma jednej drogi dla każdego (przez większość czasu byłam przekonana, że jest – jest to terapia w nurcie psychodynamicznym dla każdego z trudnym dzieciństwem:D). Może spróbujecie poszukać tego, co Wam pomaga odnaleźć światło? może z tego da się utkać jakąś nić – łączącą Was ze sobą, a może nawet później z innymi?

                      Przeglądasz 10 wpisów - od 81 do 90 (z 121)